Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Artykuł. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2026

Bug. Tom 4

Autoportret?


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Enki Bilal potrzebował trzech lat na napisanie i narysowanie czwartego tomu „Buga”. Zawsze wspominał, że nigdy nie planuje fabuły komiksu na więcej niż kilka stron wprzód i daje się ponieść radosnej improwizacji. W przypadku najnowszego albumu było oczywiście dokładnie tak samo – bez najmniejszych prób udawania, że komiks powstaje według dalekosiężnego planu.

„Bug” jest chyba najśmielszym formalnie komiksem Bilala. Francuski twórca przesuwa granice swej twórczości już od „Trylogii Nikopola”, skupiając się coraz bardziej na impresyjnej, malarskiej grafice i specyficznej symbolice, odsuwając przystępność narracji na dalszy plan. Czwarty tom „Buga” nie jest bardziej złożony fabularnie niż poprzednie, ale wydaje się być o wiele bardziej przeszarżowany formalnie.

niedziela, 20 lipca 2025

Bug

Miękki reset


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Niektórzy bardziej złośliwi krytycy komiksu francuskiego mówią, że Enki Bilal od czasów „Snu Potwora” pisze (i rysuje) cały czas ten sam komiks. Czasem faktycznie nie sposób oprzeć się wrażeniu, że coś w tym jest – najnowsze i na razie ostatnie jego dzieło jest po prostu podobne do poprzednich. Przed nami trzytomowy, nadal niedokończony „Bug”, opowieść o cyfrowej apokalipsie.

W roku 2017, trzy lata po „Kolorze powietrza”, czyli ostatniej części „Trylogii Krwotoku”, Enki Bilal powrócił z nowym komiksem. I, podobnie jak w poprzednim, zaczął zadawać pytania o kondycję ludzkości, uzależnienie naszej cywilizacji od technologii, granice postępu naukowego i – ponownie – postanowił dokonać swego rodzaju „resetu świata”. O ile w „Trylogii Krwotoku” mieliśmy do czynienia z naprawdę twardym restartem cywilizacji, tak w „Bugu” chodzi o zdecydowanie bardziej miękki i ideologicznie nawiązujący do jeszcze starszej komiksowej opowieści Bilala – „Tetralogii Potwora”. Rok 2017 – to były czasy jeszcze sprzed pandemii, a także sprzed gwałtownej eksplozji chatów GPT i innych powszechnie dostępnych sztucznych inteligencji. Tym bardziej przesłanie i problematyka „Buga” wydają się naprawdę aktualne.

sobota, 1 stycznia 2022

Czytało się w 2021

 

Rok 2021 właśnie się zakończył. Podsumujmy.

 Szóste podsumowanie w historii bloga. Książek prawie nie ma. Sorry. Jest ich tak mało, że wspomnę o wszystkich.

 Po za blogiem istnieję na portalu Esensja, gdzie ląduje praktycznie wszystko to, co potem zamieszczam na blogu. Małym wyjątkiem jest kilka recenzji Szortalowych, publikowanych na facebookowym fanpage’u.

 

Co na blogu?

 Nie pisałem o opowiadaniach, nie pisałem również o filmach. Tak, trzeba to zmienić, wiem.

  A co było najlepsze w 2021 roku?

 Oceny (nadal w skali od 1 do 10) mocno subiektywne – odzwierciedlają one głównie mój gust, a nie obiektywną wartość komiksu lub książki (o ile takowa istnieje). 

niedziela, 16 maja 2021

Elektra. Assassin

Jak żywioł


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Elektra Natchios, jedna z najciekawszych żeńskich bohaterek Uniwersum Marvela pojawiła się po raz pierwszy w sto sześćdziesiątym ósmym numerze „Daredevila” autorstwa Franka Millera. Jej komiksowy „ojciec” już na starcie zasygnalizował, że Elektra nie jest i nigdy nie będzie podobna do innych superbohaterek Marvela. „Elektra Assassin”, ośmioczęściowa miniseria sprzed trzydziestu pięciu lat, utrwala kontrowersyjny wizerunek partnerki Daredevila i jest jednym z największych osiągnięć w karierze Franka Millera.

W roku 1983 Frank Miller stał na Parnasie. W lutym odszedł z „Daredevila”, gdzie zrobił rewolucję i zajął się własnym, w pełni autorskim projektem – „Roninem”. Jest to tytuł ważny w kontekście omawianego dziś albumu, gdyż wiele idei i pomysłów tam zamieszczonych rozwijanych jest właśnie tutaj. Gdy przyszedł rok 1986, gwiazda Millera świeciła chyba najjaśniej – „Powrót mrocznego rycerza” i „Daredevil: Born Again” wydawane były dokładnie w tym samym czasie i obydwa okrzyknięto wielkimi sukcesami, mierzonymi zarówno wpływami ze sprzedaży i ocenami krytyków komiksowych. Fakt jednoczesnej pracy dla dwóch wielkich molochów wydawniczych („Batman” dla DC, „Daredevil” dla Marvela) w żaden sposób nie wpłynął na jakość pracy autora. I jakby tego było mało, w tym samym roku odezwało się do niego trzecie wydawnictwo.

niedziela, 11 kwietnia 2021

Koziorożec

Ład i przeznaczenie kontra chaos i przypadek


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Andreas Martens, jeden z najbardziej rozpoznawalnych twórców komiksowych rynku frankofońskiego, znany jest w Polsce przede wszystkim z „Rorka”. Nic dziwnego – to właśnie ta postać pojawiła się pod koniec lat osiemdziesiątych w magazynie „Komiks Fantastyka” i był głównym bohaterem jednego z najbardziej wymagających tytułów tamtych czasów. Ale Andreas to nie tylko „Rork” – to także „Koziorożec”, najdłuższa seria, jaką niemiecki autor napisał i narysował.

Andreas wiedział od samego początku, że „Rork” skończy się na siedmiu albumach. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych pisał i rysował ostatni tom, zatytułowany „Zejście”, miał już pomysł na nową serię. Nową, ale ze znanym i wypróbowanym bohaterem – Koziorożcem. Rork wspomina o nim już w czwartym albumie, czyli „Gwiezdnym świetle”. Sy-Ra, córka Deliah Dartkthorn z umysłem „zawieszonym między światami”, może być uratowana tylko przez pewnego astrologa żyjącego w Nowym Jorku. Tom piąty, zatytułowany właśnie „Koziorożec”, wprowadza do świata „Rorka” nowe postacie – wspomnianego astrologa i dwójkę jego asystentów: flegmatycznego bibliofila Astora i energiczną poszukiwaczkę przygód Ash Grey. Ekipa Koziorożca pomaga Rorkowi w dotarciu do tajemniczego artefaktu, zwanego „sześcianem numerycznym”, który skrywa tajemnicę nie tylko pochodzenia białowłosego bohatera, ale i natury całego multiwersum Andreasa. Koziorożec powraca następnie w tomie ostatnim i wraz ze swoimi asystentami bierze udział w niesamowitych wydarzeniach zamykających „Rorka”. To on właśnie podsumowuje całą opowieść, mówiąc, że Rork był tak naprawdę pewnym znakiem – symbolem niekończącej się podróży i ciągłych poszukiwań.

niedziela, 21 marca 2021

Animal Man

Widzę was!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Buddy Baker to z pozoru superbohater jakich wielu. Oto „Animal Man” ze scenariuszem Granta Morrisona – jego pierwsze dzieło, które napisał dla Detective Comics. Z początku jest zupełnie normalnie, ale bardzo szybko robi się surrealistycznie, dziwnie i „po morrisonowemu”. Szalony Szkot naciera w pierwszym uderzeniu komiksowej „brytyjskiej inwazji na USA” – bezpardonowo i nie biorąc jeńców. Co tu się wydarzyło, u licha?

Kim jest Animal Man? To postać stworzona przez Dave’a Wooda i Carmine Infantino, która zadebiutowała w 1965 roku w 180 numerze „Strange Adventures”. W wyniku eksplozji tajemniczego statku kosmicznego Buddy Baker zdobywa nadludzkie moce – może absorbować umiejętności zwierząt, w pobliżu których przebywa. Może latać jak orzeł, ryć w ziemi jak kret, pływać jak ryba, razić prądem jak węgorz, regenerować kończyny jak dżdżownica, pędzić jak gepard, czy nawet pierdzieć jak skuns. Co dziwne – nie musi mieć fizycznych atrybutów tychże zwierząt, aby „moce” działały, żadnych skrzeli czy skrzydeł. Bohater, znany wtedy jeszcze jako „A-Man”, pojawiał się przez kolejne dwadzieścia lat sporadycznie w najróżniejszych seriach (dokładnie jedenaście razy), ale nigdy nie dorobił się własnej. Jego marną karierę trzecioplanowego herosa, którego w sumie prawie nikt nie zapamiętał, zakończyło słynne wydarzenie, znane jako „Kryzys na Nieskończonych Ziemiach”. Ten niezmiernie ważny precedens w historii uniwersum DC zniszczył całą dotychczasową jego rzeczywistość a Animal Man został wymazany razem z nią. Ale nie na długo…

niedziela, 17 stycznia 2021

Przedwieczni

Szok przeszłości

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Większość fanów historii obrazkowych na pytanie „Jakie nazwisko najbardziej kojarzy się z komiksowym uniwersum Marvela?” odpowie bez wahania - Stan Lee. Nic dziwnego, „ojciec Marvela” był legendą za życia i nawet teraz, dwa lata po śmierci, jest nadal jednym z najbardziej medialnych twórców komiksowych. Jednak ani Marvel, ani nawet sam Lee, nie osiągnęliby tak oszałamiającego sukcesu, gdyby nie pewien facet - tytan pracy, który w swoim małym mieszkaniu w ekspresowym tempie rysował stronę za stroną. Oto „król komiksu”, słynny Jack Kirby i jedno z jego najbardziej znanych dzieł – „Przedwieczni”.

Jacob Kurtzberg, syn austriacko-żydowskich emigrantów, urodził się w 1917 roku w Nowym Jorku. Nastoletnie życie spędził na ulicach miasta w czasach Wielkiego Kryzysu – miał na pieńku z tamtejszymi młodocianymi gangami i zaczytywał się przygodami „Flasha Gordona”. Karierę rysownika zaczął wcześnie, jeszcze przed Drugą Wojną Światową – rysował chociażby krótkometrażówki „Popeye’a”. W czasie wojny, razem ze swoim wielkim przyjacielem, Joem Simonem, wymyślił postać Kapitana Ameryki, który tłukł nazistów aż huczało. Jack Kirby trafiał potem z jednego wydawnictwa do drugiego, aż w końcu w 1961, wraz z Stanem Lee i kilkoma innymi zapaleńcami, zainicjował nową erę w historii komiksu. Wydawnictwo „Atlas Comics” (znane wcześniej jako „Timely Comics”) przekształciło się w „Marvel Comics” a na rynku pojawił się pierwszy numer „Fantastic Four”. Kirby pracował dla Marvela przez całe lata sześćdziesiąte. Thor, Hulk, IronMan, Fantastyczna Czwórka, Silver Surfer, Galactus, Czarna Pantera, Doktor Doom, X-Men – ich wszystkich narysował właśnie Kirby, ustanawiając swego rodzaju marvelowski kanon. Niestety, gdy nadeszły lata siedemdziesiąte, stał się dokładnie taką samą ofiarą systemu jak Todd McFarlane, Jim Lee i pozostali założyciele Image Comics dwadzieścia lat później (patrz „Pajęcze lata Todda McFarlane’a”). Coraz bardziej doskwierający brak swobody twórczej, brak praw do postaci, wszędzie twarz Stana Lee (choć to Kirby odwalał lwią część roboty) i brak perspektyw. W 1970 roku Jack Kirby odszedł do największego konkurenta Marvela – Detective Comics – gdzie wykorzystał kilka odrzuconych pomysłów z czasów, gdy pisał „Thora” i stworzył legendarne już komiksy określane jako „The Fourth World”. „New Gods”, „The Forever People” i „Mister Miracle” – oto epickie historie o gigantycznych bogach-kosmitach, dziejące się zazwyczaj na przerażającej planecie Apokolips, którą rządzi Darkseid lub na stawiającej jej opór Nowej Genezie z Highfatherem na czele. Kontrakt był pięcioletni – w 1975 roku Kirby wrócił do Marvela i postawił bardzo twarde warunki. O dziwo nikt nie robi problemów.

czwartek, 31 grudnia 2020

Czytało się w 2020

 



Kończymy ten paskudny rok 2020 i podsumowujemy!


Piąte podsumowanie w historii bloga. Od razu przepraszam rozczarowanych ilością książek - poza Dickiem nic nie ma w tym roku. Komiksy tak bardzo zdominowały moje czytelnicze życie, że trochę mi wstyd przed samym sobą. Czy coś z tym zrobię? Jeśli tak postanowię, to na pewno nie - więc zobaczymy jak będzie.

niedziela, 20 grudnia 2020

Chłopaki

Pięcioro przeciwpancernych i pies

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Gdy przyszły lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku, komiks superbohaterski przestał być w końcu postrzegany jako infantylna, niewymagająca rozrywka. Zaczęły się jego najróżniejsze „dekonstrukcje” i „rewizje” – najsłynniejsze wyszły spod ręki znanego nam wszystkim Alana Moore’a („Miracleman”, „Strażnicy”). Co by było, gdyby herosi istnieli w realnym świecie, takim jaki widzimy za oknem? Dwadzieścia lat po „Strażnikach” na to pytanie spróbował odpowiedzieć Garth Ennis przy pomocy Daricka Robertsona.

W październiku 2000 roku ukazuje się ostatni odcinek jednego z najlepszych komiksów „DC Vertigo”. „Kaznodzieja”, ze scenariuszem Gartha Ennisa i rysunkami Steve’a Dillona, dobiegł końca. Cztery miesiące później zamknięto inną słynną serię tego imprintu – Darick Robertson skończył rysować „Transmetropolitan” Warrena Ellisa. Obydwa komiksy odbiły się szerokim echem – zatem wieść, która gruchnęła cztery lata później, zelektryzowała fanów. Ennis i Robertson robią razem komiks – tym razem superbohaterski – pod egidą „Wildstorm”, czyli tego kieszonkowego uniwersum Detective Comics, które wydało na świat „Top 10”, czy „Śpiocha”. Pierwsze sześć odcinków „The Boys” ukazuje się między październikiem 2006 a lutym 2007 roku – nagła kasacja serii była wielkim zaskoczeniem. Otóż, według relacji Ennisa, „antysuperbohaterski” wydźwięk komiksu był dla Detective Comics nie do zniesienia. Było to trochę niezrozumiałe, wszak mocno uderzające w religię treści „Kaznodziei” problemu nie stwarzały. Jak się potem okazało „superbohaterstwo to biznes” – Detective Comics potwierdziło, zupełnie nieświadomie, podstawową tezę „The Boys”. Na szczęście komiks Ennisa trafił do nieco mniejszego wydawnictwa – „Dynamite Entertainment” zaczyna od numeru siódmego, ledwie trzy miesiące po rezygnacji „Wildstorm”. DC dało nawet specjalną „dyspensę” Robertsonowi, aby mógł rysować dalej (obowiązywała go wtedy umowa na wyłączność). Panowie wspominali po latach, że nigdy nie mieli takiej swobody twórczej jak w „Dynamite” – granice praktycznie nie istniały. I to naprawdę widać.

niedziela, 22 listopada 2020

Blueberry

Serenada na trąbkę i sześć strzałów!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Wśród miłośników komiksu europejskiego nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o Mike’u S. Blueberrym – „jankesie z Południa”, kawalerzyście armii Północy, bezczelnym szulerze, niesubordynowanym gagatku i nieokrzesanym awanturniku. To chyba najsłynniejszy komiksowy rewolwerowiec obok Lucky Luke’a – kreowany jednak bardziej poważnie, choć nadal rozrywkowo (zarówno pod względem fabuły i rysunku). Dziś przenosimy się na Dziki Zachód, do czasów tuż po Wojnie Secesyjnej. Kurz jeszcze nie opadł, krew jeszcze do końca nie wsiąkła w ziemię – oto świat, w którym przetrwają najsilniejsi.

niedziela, 18 października 2020

Batman. Gotyk

W stylu retro
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W jednym z poprzednich odcinków cyklu czytaliśmy „Azyl Arkham” – genialną opowieść o Batmanie, który, w zakamarkach najbardziej przerażającego szpitala psychiatrycznego w historii komiksu, szukał prawdy o własnej naturze. Był to pierwszy komiks Granta Morrisona, w którym zajął się postacią człowieka–nietoperza – dziś drugi, napisany zaraz potem na fali popularności „Azylu”. Gotham mierzy się z jednym z największych zagrożeń jakie kiedykolwiek wisiało nad miastem.

Zanim jednak o tym opowiemy przenieśmy się na chwilę do listopada 1989 roku. To właśnie ta data widnieje na okładce rzeczonego „Arkham Asylum: A Serious House on Serious Earth”. Wielki sukces, Morrison na ustach wszystkich fanów Detective Comics. Dokładnie w tym miesiącu ma również premierę całkiem nowa seria: „Batman: Legends of the Dark Knight”. Do jej powstania, podobnie jak w przypadku „Azylu Arkham”, przyczynił się „Batman” Tima Burtona, który wszedł na ekrany kin pięć miesięcy wcześniej. Nowa seria, w odróżnieniu od dwóch już istniejących („Detective Comics” i „Batman”), miała być z założenia skierowana do czytelników nie śledzących na bieżąco przygód Batmana – miały to być krótkie (z początku zawsze pięcioodcinkowe) historie oderwane od głównego kontinuum DC i nie pozostające w żadnej zależności fabularnej także względem siebie. Każda z nich miała być pisana i rysowana przez inną parę twórców, którzy dostali naprawdę całkowitą swobodę – mogli cofać się do początków kariery Batmana, tworzyć alternatywne wizje rzeczywistości i robić z bohaterem co im się żywnie podoba – pod warunkiem oczywiście wysokiej jakości swej pracy.

niedziela, 20 września 2020

Trylogia Krwotoku

Uruchom ponownie

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Artykuł dotyczy serii trzech komiksów Enkiego Bilala , stanowiących jedną całość fabularną - „Animal'z”, „Julia &  Roem”, „Kolor powietrza”.

Enki Bilal, zaraz po ukończeniu „Czwórki” zamykającej „Tetralogię potwora”, rozpoczął prace nad kolejnym cyklem. Historia zawarta w trzech albumach, nazywana najczęściej „Trylogią krwotoku” (La trilogie du coup de sang”), lub z rzadka „Trylogią żywiołów” („La trilogie des éléments”), kontynuuje eksperymenty twórcze autora. Bilal szuka najlepszej metody na wyrażenie siebie i przekazanie własnych obaw i przestróg. I robi to na swój, często krytykowany, bo skrajnie subiektywny, sposób. Na okładce trzeciego tomu możemy wyczytać, że mamy do czynienia ze „sprzeciwem Bilala przeciwko technologicznemu i odczłowieczającemu kierunkowi rozwoju cywilizacji”. W komiksie sprzeciwia się sama planeta.

niedziela, 16 sierpnia 2020

Sygnał do szumu

Zawsze żyjemy w czasach ostatecznych

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Neil Gaiman i Dave McKean gościli już w naszym cyklu przy okazji „Czarnej orchidei”. McKean, zaraz po zakończeniu prac nad rzeczonym komiksem, zaczął współpracę z Grantem Morrisonem błąkającym się po korytarzach Azylu Arkham, a Gaiman wyruszył do Krainy Snu. Ale panowie pozostawali z sobą w ciągłym kontakcie, którego efektem był „Sygnał do szumu”. Komiksowe doświadczenie graniczne.

Dave McKean w przedmowie do polskiego wydania opowiada jak w ogóle doszło do powstania komiksu. Pod koniec lat osiemdziesiątych współpracował z londyńskim magazynem „The Face”, którego popularność zaczęła dramatycznie spadać. Pani redaktor zaproponowała McKeanowi narysowanie czegoś w rodzaju łabędziego śpiewu czasopisma, a ten odezwał się w tej sprawie do Neila Gaimana. Tworzone równolegle arcydzieła („Sandman” i „Azyl Arkham”) nie przeszkodziły obydwu panom w nawiązaniu ponownej współpracy i utworzeniu nowego, może nie tak genialnego, ale na pewno godnego uwagi, komiksu. Kolejne odcinki „Signal to Noise” ukazywały się w „The Face” w 1989 i 1990 roku, aż wreszcie w 1992 zostały zebrane i wydane jako powieść graficzna.

czwartek, 23 stycznia 2020

Falangi Czarnego Porządku. Polowanie

Głębokie rozczarowanie

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Rejs zapomnianych”, „Statek z kamienia” i „Miasto, którego nie było”, czyli trzy komiksy znanego francuskiego scenarzysty Pierre’a Christina i młodego, nieopierzonego jeszcze rysownika Enkiego Bilala, wydane w połowie lat siedemdziesiątych, spotkały się z uznaniem krytyki. Skoro tak, to może warto pójść za ciosem? Oto „Falangi Czarnego Porządku” i „Polowanie”, wydane w Polsce przez Egmont – najpierw pojedynczo w kolekcji „Mistrzowie komiksu”, a później zbiorczo, jako „Fins de siècle”.

Pierre Christin, po sukcesie trylogii zebranej potem w „Legendach naszych czasów”, zapragnął stworzyć coś jeszcze większego i bardziej zaangażowanego w sprawy polityczne i społeczne współczesnego mu świata. Za sferę graficzną odpowiadać miał oczywiście Bilal, w którego umiejętności Christin pokładał już wielkie zaufanie. Tym razem cały projekt miał być pozbawiony pierwiastka fantastycznego, tak silnie obecnego w pierwszych trzech komiksach i nastawiony na zdecydowany realizm fabularny. Pod koniec lat siedemdziesiątych głośno było o lewicowym terroryzmie. Działalność niemieckiego ugrupowania Baader-Meinhof, czy francuskiej Akcji Bezpośredniej, były wstrząsem dla lewicowca takiego jak Pierre Christin – umiarkowanego intelektualisty, który zawsze wolał reformy niż rewolucje. Przemoc płynąca z lewej strony była dla niego bolesna i niezrozumiała – Christin postanowił o tym opowiedzieć.

niedziela, 29 grudnia 2019

Czytało się w 2019



Kończymy rok 2019 i podsumowujemy!



Czwarte podsumowanie w historii bloga. Jak pewnie zauważyliście zmieniam trochę proporcje  - w tym roku jest jeszcze mniej książek niż zwykle, ale za to mamy mnóstwo komiksów i zacząłem regularnie pisać o filmach. I taką tendencję chciałbym utrzymać.




niedziela, 8 grudnia 2019

Czarna Orchidea

Roślinny kryzys tożsamości

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Dzisiaj Neil Gaiman. „Czarna orchidea” jest jego pierwszym komiksem napisanym dla Detective Comics. Autor „Amerykańskich bogów” dał tu upust swojej fascynacji „Sagą o potworze z bagien” Alana Moore’a, dzięki której w ogóle został scenarzystą komiksowym. No i pojawia się znowu Dave McKean – jeszcze sprzed niesamowitego „Azylu Arkham”. Panowie stworzyli dzieło, które bezpośrednio utorowało drogę jednemu z najważniejszych komiksów w dziejach – „Sandmanowi”.

Gaiman poznał McKeana w 1986 roku, podczas podróży na jakiś kolejny konwent komiksowy. Szybko nawiązali współpracę – jej efektem miała być antologia „Bright New British Anthology Comic”, która ostatecznie nigdy nie została wydana. W międzyczasie szukali szczęścia u wydawców (również amerykańskich) – ich prace zostały docenione przez Paula Gravetta, redaktora popularnego w Wielkiej Brytanii magazynu komiksowego „Escape”. Gravett zaproponował im napisanie kilkustronicowego komiksu na dowolny temat. W efekcie powstało dzieło pięćdziesięciostronicowe, które w zamyśle Gaimana, miało dotrzeć przede wszystkim do osób, które w ogóle nie czytają komiksów. „Violent Cases” wychodzi w czerni i bieli w 1987 roku (wstęp napisał sam Alan Moore) i zostaje zauważone za oceanem. Oniryczna opowieść narratora (łudząco podobnego do samego Gaimana), który wygrzebuje z mroków pamięci wspomnienia swego magicznego i zarazem niepokojącego dzieciństwa, przetarła szlaki do międzynarodowej kariery obydwu twórców.

niedziela, 17 listopada 2019

Asteriks

No to łups, Astriksie? No to łups, Obeliksie!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Asteriks obchodzi właśnie sześćdziesiąte urodziny. Jego dwaj ojcowie, urodzeni w połowie lat dwudziestych we Francji jako synowie imigrantów (jeden polskich, drugi włoskich), są już popkulturowymi ikonami – te dwa nazwiska zna każdy miłośnik komiksu. Ich twórczość jest bardzo bogata, nie ulega jednak wątpliwości, że to przygody małego, nieustraszonego Gala i jego wielkiego, mocarnego przyjaciela wywindowały autorów na szczyt popularności. Dziś czytamy jeden z najważniejszych komiksów w historii.

wtorek, 5 listopada 2019

Wtorek przed ekranem #24

Mad Max: Na drodze gniewu (2015)



Artykuł „Nie jedziesz, nie żyjesz” ukazał się pierwotnie w „Nowej Fantastyce” 5/2019.


Co to za wspaniały dzień!


Pomiędzy „Pod kopułą gromu” a „Na drodze gniewu” upłynęło dokładnie trzydzieści lat. Plan nakręcenia czwartej części powstał już w latach osiemdziesiątych, ale z powodów finansowych odłożono go do szuflady na wiele lat, aż do czasów, kiedy to Mel Gibson, z najróżniejszych powodów, nie mógł już być Szalonym Maxem. W 2009 roku potwierdzono ostatecznie, że zdjęcia do nowego filmu ruszą w 2011 roku w Australii, a potem na pustyniach Namibii. Studio Warner Brothers wyłożyło sto pięćdziesiąt milionów dolarów i dało całkowitą wolność twórczą Millerowi. Ze scenariuszem tylko w postaci storyboardów, z minimalnym udziałem CGI i innych komputerowych retuszy, powstał jeden z najlepszych filmów akcji ostatnich lat – „Mad Max: Fury Road”. George Miller chciał jak najbardziej wiarygodnie i realistycznie pokazać świat po zagładzie oraz osadzić go mocno na ziemi – efekt okazał się piorunujący. 15 maja 2015 roku sala kinowa w Cannes, podczas projekcji filmu poza konkursem głównym, rozbrzmiewała co chwila brawami.

wtorek, 29 października 2019

Wtorek przed ekranem #23

Mad Max: Pod Kopułą Gromu (1985)




Artykuł „Nie jedziesz, nie żyjesz” ukazał się pierwotnie w „Nowej Fantastyce” 5/2019.


Razem zbudujemy lepsze jutro!

Przyjaciel Millera, Byron Kennedy, zginął w 1983 roku. Helikopter, którym latał w poszukiwaniu odpowiedniej scenerii do trzeciej części „Mad Maxa”, uległ katastrofie. George Miller, po początkowym zamiarze rezygnacji z filmu, przyjmuje ostatecznie na pokład drugiego reżysera, George’a Ogilvie, który w nowym filmie o przygodach Maxa zagrał pierwsze, reżyserskie skrzypce. Na produkcję pieniądze wyłożyło Hollywood, co dodatkowo zmieniło charakter opowieści. W czerwcu 1985 roku na ekrany kin całego świata wchodzi „Mad Max: Beyond Thunderdome”, hollywoodzki film przygodowy z elementami komedii, dozwolony od trzynastu lat.

wtorek, 22 października 2019

Wtorek przed ekranem #22

Mad Max 2: Wojownik szos (1981)



Artykuł „Nie jedziesz, nie żyjesz” ukazał się pierwotnie w „Nowej Fantastyce” 5/2019.

Jestem tu tylko po benzynę…

George Miller wyjaśnił w końcu co spowodowało apokalipsę. „Mad Max 2” kręcony był w czasach początków wielkiego konfliktu iracko-irańskiego, do którego ciągle oliwy dolewali Amerykanie, walczący o wpływy w rejonie bogatym w ropę naftową. Na początku filmu, głos zza kadru mówi, że wybuchła wielka wojna o paliwo, siłę cementującą społeczeństwo i gwarantującą jego harmonijny rozwój i bezpieczeństwo. Wielkie maszyny stanęły, gangi przejęły autostrady, a poniewierani ludzie musieli żyć jak zwierzęta. Brak ropy oznaczał koniec cywilizacji – paliwo płynie w jej żyłach. Drugi film przynosi sporą zmianę scenografii. Przenosimy się bowiem na suche pustkowia, z dala od opuszczonych miast. W miarę realistyczne stroje, broń i samochody zastąpione zostają skórzanymi kostiumami, prosto z wypożyczalni S&M, fantazyjnymi kuszami i miotaczami ognia oraz dziwacznymi hybrydami samochodów i motocykli. Najważniejszą zasadą funkcjonowania w społeczeństwie po apokalipsie jest pozostawać w ruchu. Nie jedziesz, nie żyjesz – to dlatego benzyna jest najcenniejszą rzeczą pod słońcem.