Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
„Doom Patrol” z czasów Granta Morrisona sprowadzono wreszcie do Polski. Pierwszy tom opowieści o bohaterach „najdziwniejszych z dziwnych” okazał się komiksem z najwyższej półki, zarówno pod względem rysunku jak i scenariusza. Tom drugi to po prostu dalszy ciąg – lektura obowiązkowa dla osób zachwyconych pierwszym.
Bohaterowie komiksu to tacy „X-Meni” w krzywym zwierciadle (obie grupy wymyślono w tym samym czasie – na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku). Dowódcą i założycielem grupy jest (choć nie łysy, lecz mocno owłosiony) Niles Caulder – trochę szalony naukowiec jeżdżący na wózku inwalidzkim i używający „hiperczapki, łączącej jego świadomość z każdym możliwym punktem w znanym wszechświecie”. Mają swoją zaawansowaną technicznie siedzibę i wielkie sale treningowe. Podobnie jak mutanci Marvela są społecznymi wyrzutkami – powody są jednak różne. Krótko mówiąc, podopieczni Cauldera są ekstremalnie dziwni. W skład drużyny wchodzą między innymi: ludzki mózg z depresją zawiadujący mechanicznym ciałem – Robotman; trzy istoty w jednym, czyli kobieta, mężczyzna i „duch negatywny” – Rebis; dziewczyna z kilkudziesięcioma osobowościami – Szalona Jane; nastolatka z twarzą szympansa, która urealnia swoje lęki – Dorothy Spinner; oraz kilkoro innych nie mniej pokręconych indywiduów. Wydawać by się mogło, że w pierwszym tomie grupa walczyła już z najbardziej szalonymi i groteskowymi zagrożeniami jakie mogły przyjść Morrisonowi do głowy – Nożycoludzie, Bractwo Dada, fikcyjne miasto Orqwith przenikające do rzeczywistości, Kult Nienapisanej Księgi, Dekreator czy Piąty Jeździec Apokalipsy. No to zajrzyjcie do tomu drugiego.

