Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
Luiz Eduardo de Oliveira, pseudonim „Leo”, oraz Rodolphe Daniel Jacquette, alias „Rodolphe” to dwaj komiksowi twórcy, którzy w maju 2018 roku zabrali nas na pełną przygód wyprawę po kenijskim safari. Pół roku później ich celem stała się Namibia, ale tym razem skupili się tylko na pisaniu scenariusza, zostawiając sferę graficzną nowemu człowiekowi na pokładzie – Bertrandowi Marchalowi. Marchal rysuje zaskakująco podobnie do Rodolphe’a – tym sposobem otrzymujemy pięcioczęściową historię, będącą tak naprawdę sequelem „Kenii”. Przygodową, awanturniczą, szpiegowską, pulpową opowieść science fiction mocno w stylu retro. Chyba trochę zbyt mocno.
W roku 1949 źle się dzieje w państwie Namibii. Rolnictwo upada, toczone najrozmaitszymi plagami dziwacznych, nienaturalnie wielkich robaków. Mieszkańcy zapadają na bliżej nieokreśloną chorobę i starzeją się w błyskawicznym tempie. Do brytyjskiego MI-5 trafiają zdjęcia, na których widać Hermanna Göringa, przechadzającego się wśród namibijskich pól dotkniętych zarazą. Jak to? Przecież został skazany w Norymberdze, popełnił samobójstwo a ciało skremowano! Do Namibii leci znana z „Kenii” agentka Katherine Austin, której zadaniem będzie rozwikłanie zagadki. Na miejscu czeka na nią major Browley, kolejny po zmarłym w Kenii Johnie Remingtonie hemingwayowsko rysowany gbur, mizogin, rasista i szowinista – ucieleśnienie wszystkich negatywnych cech białego kolonisty.
