Gdy cierpią niewinni
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
Mucha Comics nie ma może wielkiego repertuaru, ale jak czasem przywali, to z rury tak grubej, że echo słychać jeszcze przez długie miesiące. Tak stało się właśnie teraz – ukazało się ponad pięćsetstronicowe, wielkie tomiszcze z przygodami marvelowskiego bohatera dość słabo obecnego na polskim rynku. Oto nadjeżdża Ghost Rider!
Najpierw krótkie wprowadzenie. Bohater o pseudonimie Ghost Rider kojarzy się głównie z postacią z płonąca czaszką, ubraną w czarne skóry i podróżującą wielkim motocyklem. Prawda jest taka, że pierwszym Ghost Riderem był Carter Slade, kowboj, który po indiańskim rytuale stał się „Widmowym jeźdźcem” i ubrany na biało ścigał łotrów po preriach Dzikiego Zachodu. Był rok 1967, wyszło kilka komiksów z jego udziałem i sprawa ucichła. Gdy w roku 1972 w piątym numerze antologii „Marvel Spotlight” pojawił się wspomniany tajemniczy motocyklista z piekła rodem, „starego” Ghost Ridera przemianowano na „Phantom Ridera”, a nową ksywkę nosił od tej pory Johnny Blaze. Druga seria „Ghost Ridera” wydawana była aż dziesięć lat – zakończyła się po numerze osiemdziesiątym pierwszym, w czerwcu 1983 roku.
