Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weird fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Weird fiction. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2026

Lód


Anna Kavan
to tak naprawdę Helen Emily Woods, brytyjska pisarka i malarka urodzona w 1901 roku. Najpierw pisała jako Helen Ferguson, a w 1940 roku przybrała pseudonim Anna Kavan (nazywała się tak bohaterka jednej z jej wcześniejszych powieści). Lódjest ostatnią powieścią, która była wydana za życia pisarki, Anna Kavan umarła rok po jej publikacji. Kavan była mocno doświadczona przez życie, jej dwa małżeństwa się rozpadły, ona sama zmagała się z załamaniem nerwowym i długoletnim uzależnieniem od heroiny, podejmowała nawet próby samobójcze. Napisała kiedyś, że w jej głowie kotłuje się tak wiele snów, że jest ledwo w stanie odróżnić prawdę od fikcji. Nie wiem jak w poprzednich powieściach, ale w Lodziewidać to wyraźnie.

Bezimienny narrator wraca do ojczystego kraju, wiedziony pogłoskami o „tajemniczym niebezpieczeństwie grożącym tym stronom”. Świat, chyba w wyniku wojny nuklearnej bądź innej bliżej nieokreślonej ogólnoświatowej katastrofy, stoi w obliczu nowej epoki lodowcowej. Z północy, w bardzo szybkim tempie, nadciąga gigantyczna ściana lodu niszcząca wszystko na swej drodze. Narrator jednak, gdy już przybywa na miejsce, zostaje opętany jedną, uporczywie powracającą myślą. Chce odnaleźć dziewczynę, z którą był kiedyś związany, a która obecnie ma już męża i żyje gdzieś w zagrożonej okolicy. I ta gonitwa, poszukiwania z rozpadającym się światem w tle, stanowią sedno powieści. 

wtorek, 23 grudnia 2025

Koszmary

Stężenia przedśmiertne

Artykuł należy do cyklu XX lat Biblioteki grozy wydawnictwa C&T”. Odcinek dwudziesty czwarty.

Dziś poznamy efekty kolejnej korespondencyjnej współpracy Howarda Philipsa Lovecrafta. W omawianym niedawno „Kopcu” znaleźliśmy opowiadania pisane przez niego do pomysłów niejakiej Zealii Bishop (choć Cthulhu tylko wie, ile było w nich Lovecrafta, a ile wspomnianej, początkującej autorki). Teraz przyszła pora na „Koszmary” – pięć opowiadań pisanych do spółki z Hazel Heald, inną korespondencyjną „petentką” Samotnika z Providence.

Wszystkie teksty wydano pierwotnie na początku lat trzydziestych w magazynie „Wonder Stories” („Człowiek z kamienia”) oraz słynnym „Weird Tales” (pozostałe). Współpracę z Hazel Heald, kolejną niespełnioną pisarką, Lovecraft rozpoczął w 1932 roku – badacze jego twórczości, w tym S.T. Joshi, (któremu raczej można wierzyć) uważają, że Heald proponowała tylko ogólny zarys fabuły, a całe teksty pisał Lovecraft, ingerując mocno w pierwotny projekt. Jak dokładnie było – trudno orzec. Można tylko szacować stężenie „Lovecrafta w Lovecrafcie” – najwyższe jest w opowiadaniach drugim i czwartym, czyli w tych moim zdaniem najlepszych.

wtorek, 11 listopada 2025

Nadprzyrodzone

Anegdoty grozy

Artykuł należy do cyklu XX lat Biblioteki grozy wydawnictwa C&T”. Odcinek dwudziesty trzeci.

Ambrose Bierce był obiektem moich czytelniczych zainteresowań. Gdy po raz kolejny wróciłem do genialnego serialu „Detektyw”, przeczytałem „Mieszkańca Carcosy” – bardzo nastrojowe, niepokojące opowiadanie będące zalążkiem swego rodzaju uniwersum, do którego możemy zaliczyć również „Króla w żółci”. Teraz pora na powrót do Bierce’a, choć w nieco innym wydaniu.

„Mieszkaniec Carcosy” był poetyckim, onirycznym weird fiction – takich opowiadań nie znajdziecie w omawianym dziś zbiorze. „Nadprzyrodzone” z „Biblioteki grozy” wydawnictwa C&T składa się aż z dwudziestu czterech opowiadań z powodzeniem mieszczących się na stu czterdziestu stronach książki. Łatwo się domyślić, że mamy do czynienia z króciutkimi, kilkustronicowymi tekstami – bardziej „anegdotami grozy”, niż opowiadaniami do jakich przyzwyczaiły nas poprzednie tomy cyklu.

Wikipedia mówi, że Ambrose Bierce tworzy w swej literaturze światy pełne beznamiętnego okrucieństwa, bardzo przyziemne i makabryczne. Tych cech również nie ma w zbiorze „Nadprzyrodzone” – mamy tu do czynienia z krótkimi widokówkami, takimi miejskimi/wiejskimi legendami opowiadanymi przy ognisku. Tak, ognisku, a nie kominku w londyńskim klubie dla dżentelmenów. Bierce był Amerykaninem, walczył w Wojnie Secesyjnej, widział niezliczone przykłady śmierci i okrucieństwa a bohaterami jego opowiadań są zazwyczaj zwykli, szarzy ludzie, Amerykanie na dorobku, Amerykanie drugiej połowy dziewiętnastego wieku.

sobota, 7 czerwca 2025

Kiedy będziesz gotowy, idź

Oswoić przez opisanie

Dziesięć lat temu zacząłem pisać recenzje. Wiadomo, pisać może każdy, choć nie każdy powinien. Pisanie na temat literatury filozoficznej, erudycyjnej systematyzowało oczywiście wrażenia, ale czasem tworzyło również złudzenie jej zrozumienia, uświadamiane sobie coraz mocniej z biegiem lat. Teraz nie mam już ani potrzeby, ani ciśnienia by pisać o każdej swej lekturze – piszę tylko wtedy, gdy jestem pewien, że przysiadłem fałdów. Próbuję wtedy oswoić literaturę przez jej opisanie.

Nigdy nie kryłem swej fascynacji literaturą weird fiction, w szczególnością tą autorstwa Wojciecha Guni. Czytałem i opisywałem (oswajałem) każdy jego zbiór opowiadań – o każdym pisałem frazesy, które powinienem powtórzyć i tym razem, po lekturze „Kiedy będziesz gotowy, idź” od Wydawnictwa IX. No bo wiecie, Gunia pisze w bardzo sugestywny, nieoczywisty i wymagający sposób – trzeba się skupić, odciąć od otoczenia i dać się ponieść. Styl, szeroko pojęte „pióro” to jedno – wiadomo, że znakomite, nikomu nie muszę tego powtarzać. Mnie jednak zawsze bardziej od stylu absorbowała nieoczywista filozofia twórczości Guni – ten ukryty za nawałnicą wrażeń przekaz. Odbierany za pierwszym razem intuicyjnie jest jak muzyka Jonasza Dota – jednorazowo iluminacyjny, przez co nieuchwytny, chwilowy, choć w tym jednym momencie w pełni zrozumiały. Gdy potem opisywany (oswajany), ubierany w nuty i odtwarzany – jest zazwyczaj zniekształcony, ograniczony subiektywizmem i umiejętnościami opisującego. Takie też są światy, w których znaleźli się bohaterowie opowiadań – nieopisywalne, lecz uporczywie opisywane. 

czwartek, 26 grudnia 2024

Lavondyss

Wszystko jest starsze, niż nam się wydaje

Wydawnictwo Terminus nie boi się wyzwań i dwa lata po niesamowitym „Lesie ożywionego mitu” wydaje „Lavondyss” – powieść nie będącą bezpośrednią kontynuacją „Lasu…”, lecz podejmującą poruszone tam wątki. Dlaczego „wyzwanie”? To nie są książki-bestsellery, to nie są łatwe lektury, to nie są projekty skazane na sukces. A „Lavondyss” stanowić będzie jeszcze większe czytelnicze wyzwanie niż jej poprzedniczka.

„Las ożywionego mitu” ustanowił pewne zasady uniwersum wymyślonego przez Roberta Holdstocka, a każda kolejna powieść dokłada nowe i modyfikuje stare reguły. Stephen Huxley i Harry Keeton zapuścili się głęboko w starożytny, magiczny Las Ryhope w brytyjskim Herefordshire i już go nie opuszczą. Kieszonkowy wszechświat lasu, rozrastający się i starzejący w miarę podążania w stronę jego środka, do tajemniczej, mitycznej krainy Lavondyss, znanej czasem jako Tír na n-Oc lub Avalon, pełen jest „mitotworów” („mythagos” w oryginale), urzeczywistnionych mitów, obrazów istniejących w jungowskiej zbiorowej nieświadomości ludzkiego gatunku. Zamek Camelot, Robin Hood, Jack in the Green i wszystkie inne celtyckie, starobrytyjskie (tak, pozostajemy w kręgu wierzeń i mitologii tego właśnie zakątka Europy) mity i legendy manifestują się nie tylko w swoich najbardziej rozpoznawalnych (bo popkulturowych) formach, lecz poprzez niezliczone iteracje, wciąż starsze i starsze, pamiętające czasy pierwszych ludzkich zorganizowanych społeczności epoki lodowcowej. Znane nam legendy powstały przecież ze swoich prototypów, pra-legend, opowieści szeptanych przy ognisku, a potem ich nadinterpretacji i niedopowiedzeń. Wyhodowane zostały za pomocą nieustannej, nieuniknionej i jedynej możliwej metodzie tłumaczenia i wyjaśniania zasad zastanej rzeczywistości w czasach przedhistorycznych. Metodzie nie opartej o żaden naukowy paradygmat, lecz impresje, symbole i irracjonalne wyobrażenia.

wtorek, 3 grudnia 2024

Niejasne spektakle

Czy widowisko potrzebuje widza?


Kaina nigdy dosyć. „Niejasne spektakle” od Wydawnictwa IX zbierają cztery opowiadania grozy (trzy rasowe weird fiction i jedno idące w stronę bardziej „standardowego” horroru) połączone jednym wątkiem – tajemniczych spektakli odbywających się poza naszą (a może – uwaga – głównie w niej) rzeczywistością. 

„Na zawsze w dole” opowiada o mężczyźnie, który w dzieciństwie udał się z rodzicami do cyrku. Tam przydarzyło się mu coś, co zmieniło całkowicie postrzeganie świata. A może zdemaskowało pewną głęboko ukrytą prawdę – podobny horror przeżył kiedyś Dawid z „Zapleczy”, bohater niezwykle podobny do narratora pierwszego opowiadania. „Noc widowiska” zabiera nas do ciemnego lasu, gdzie na odludziu rozbił się dziwny cyrk nie potrzebujący widowni, aby działać. „Ostatnie słowo” tylko pozornie odbiega od dwóch pierwszych opowiadań – wykorzystanie motywu „found footage” jak zwykle bardzo skutecznie tworzy narrację o świecie istniejącym gdzieś obok, po drugiej stronie ekranu telefonu, ale przeraża do szpiku kości. A na koniec mamy tekst pod tytułem „Derealizacja, kurtyna” – najkrótszy, najmocniejszy, najmniej oczywisty i jednocześnie najlepiej podsumowujący cały zbiór. Idziemy do psychoanalityka – bo gdzie indziej?

czwartek, 24 października 2024

Zaplecza

Strefy przejściowe


Każda kolejna powieść (lub zbiór opowiadań) Dawida Kaina trafia w moje gusta i potrzeby czytelnicze bez najmniejszego pudła. Teraz zaproponował „Zaplecza” i znów mnie kupił. Nie będę się rozpisywał, bo długich recenzji już nikt nie czyta – zaznaczę tylko kilka rzeczy, bo trzeba.

O samej fabule najlepiej wiedzieć tyle, ile proponuje blurb z tyłu okładki. „Coś dziwnego i niepokojącego kryje się pod powierzchnią naszego świata. O tym, jak cienka granica dzieli pojęte od niepojętego Dawid przekonał się już jako sześciolatek, gdy zgubił się w galerii handlowej i trafiwszy na Zaplecza rzeczywistości, stanął oko w oko z czystym przerażeniem. To traumatyczne doświadczenie prześladowało go potem na drodze do dorosłości, nie dając spokoju tak w snach, jak i na jawie. Próbował zapomnieć o tamtym miejscu, nie wiedział jednak, że ono wcale nie zamierza zapomnieć o nim. Teraz Dawid ma dwadzieścia cztery lata i musi wrócić na Zaplecza, nim te pochłoną wszystko, na czym mu zależy”. Przepisałem, żebyście nie musieli teraz akurat sięgać po książkę. 

wtorek, 28 maja 2024

Zew Cthulhu

Na początku był Lovecraft


Artykuł należy do cyklu XX lat Biblioteki grozy wydawnictwa C&T”. Odcinek pierwszy.

Dokładnie dwadzieścia lat temu, wiosną 2004 roku, małe toruńskie wydawnictwo wydało grozę klasyczną najbardziej z możliwych. „Zew Cthulhu” Howarda Philipsa Lovecrafta otworzył prawdziwie już kultowy i na stałe zapisany w historii polskiego fandomu cykl wydawniczy – „Bibliotekę grozy” wydawnictwa C&T. Minęły dwie dekady, ukazało się pięćdziesiąt sześć (uwzględniając zapowiedzianego na koniec czerwca „Okultystę Johna Silence’a”) tytułów. Przeczytałem mniej więcej połowę, napisałem tylko o kilku – czas to zmienić. A jubileusz cyklu jest ku temu dodatkową okazją.

Mieszkam w Toruniu i kilka lat temu miałem okazję poznać właściciela wydawnictwa osobiście. Współpracowałem z nim nawet przy „Znakach niesamowitych” Stefana Grabińskiego, gdzie znalazła się moja przedmowa do zbioru. Paweł Marszałek to pasjonat, stara szkoła redaktorska, miłośnik i znawca klasycznej literatury grozy – wydaje dokładnie takie książki, jakie sam chciałby przeczytać. „Biblioteka grozy C&T” od zawsze była przedsięwzięciem nieobliczonym na wielkie zyski, lecz wynikającym z pasji – dwadzieścia lat istnienia potwierdza, że pasję ową podziela wielu (w tym ja!) odbiorców. Jak to się zaczęło? Na początku był Lovecraft!

czwartek, 10 sierpnia 2023

Dziwne fikcje. Słowem wstępu

New Weird - co to, dlaczego i po co?


Tekst powstał przy współpracy z portalem Esensja i został tam pierwotnie zamieszczony.


W 2006 roku wydawnictwo Mag zaprezentowało polskim czytelnikom „Wieki światła” Iana R. MacLeoda. Była to pierwsza powieść z cyklu „Uczta wyobraźni” – wydawanego do dziś, choć już nie z taką częstotliwością jak w pierwszych kilku latach. Mag wznawia co jakiś czas niektóre pozycje – rzeczone „Wieki światła” ukażą się ponownie już za trzy tygodnie. Start „Uczty wyobraźni” w połowie pierwszej dekady obecnego wieku był symptomatyczny – jego początek kojarzony jest bowiem w literaturze fantastycznej z ruchem „New Weird”. I to właśnie tego rodzaju fantastyka (choć nie tylko) zdominowała „Ucztę…” – taki oto znak czasów.

niedziela, 30 lipca 2023

Alektromanta i inne opowieści niesamowite

Opowieści o bólu albo „smutek oliwi maszynę istnienia”


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Mało jest recenzji „Alektromanty” w sieci. Szkoda, bo opowiadania Christophera Slatsky’ego wydane w zeszłym roku przez Dom Horroru to lektura znakomita. Dla fana nieoczywistej i niestandardowej literackiej grozy jest to prawdziwa uczta – oto „weird fiction” pełną gębą.

Trzynaście krótkich opowiadań (ostatnie – tytułowe – jest nieco dłuższe) o dość podobnym (co wcale nie jest wadą) schemacie. Mamy bohatera egzystującego w niby normalnym, choć od początku nieco „podejrzanym”, świecie. Bohater ów ma kłopoty z samym sobą, ale stara się o nich nie myśleć i żyć normalnie. I potem dochodzi do małego zniekształcenia rzeczywistości – zawsze szybciej dostrzeżonego przez nas niż samego bohatera. A potem do kolejnego – i dzieje się to w taki sposób, że od razu wiemy, że „lepiej to już było”. Kolejne warstwy odkrywanego świata są coraz bardziej przegniłe, coraz mocniej dotknięte chorobą. Tak jakbyście skręcili podczas nocnej jazdy autostradą w nie ten zjazd i odwracając się z żalem przez ramię, zauważyli przez tylną szybę, że autostrady już nie ma. Jest tylko ta wybrana przez was mroczna, kręta szosa, której końca nie widać.

niedziela, 9 lipca 2023

Las ożywionego mitu

Ku wewnątrz


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Las ożywionego mitu” Roberta Holdstocka – rzecz napisana na początku lat osiemdziesiątych, wydana w Polsce po raz pierwszy w roku 1996 i wznowiona latem zeszłego roku pod egidą Wydawnictwa Terminus. Rozmiarami nie imponuje, ale zdecydowanie nadrabia fascynującą fabułą a także wielością sensów i znaczeń w niej ukrytej. W szeroko pojętym gatunku literatury fantastycznej – to jest arcydzieło.

Mamy lata czterdzieste poprzedniego stulecia. Gdzieś w Herefordshire w zachodniej Anglii, blisko granicy z Walią, daleko od wielkich miast, leży stara posiadłość Oak Lodge. Tuż przy niej rozciągają się walijskie i angielskie lasy, w tym jeden szczególny – Ryhope Wood, „mający powierzchnię około trzech mil kwadratowych, postglacjalny bór”. Jest to obszar „pamiętający ostatnią epokę lodowcową”, niezmieniony od tysiącleci, nieskażony cywilizacją – miejsce lekko przerażające, magiczne i zaciekle broniące się przed człowiekiem. Rezydentem Oak Lodge jest (a raczej był, bo zmarł na samym początku powieści) George Huxley, człowiek ogarnięty obsesją na punkcie Ryhope Wood. Jego pseudonaukowe badania lasu i występujących w nim fenomenów (w które wciągnął też swojego kolegę, naukowca z Londynu) odebrały mu rozum i żonę. Dzieci (starszy Christian i młodszy Steven – główny bohater powieści) zawsze widziały w nim tylko przerażającą, archetypiczną „figurę ojca” – niedostępnego, srogiego „boga” zamkniętego w swoim mrocznym gabinecie i pilnującego swych sekretów.

czwartek, 18 sierpnia 2022

Może pora z tym skończyć

Syndrom gotującej się żaby

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


„Może pora z tym skończyć”, debiutancka powieść kanadyjskiego pisarza Iana Reida, jest thrillerem psychologicznym, książką-zagadką, opowieścią grozy i naprawdę świetnie napisaną, emocjonującą fabułą. Jest jednocześnie powieścią dosłownie budzącą niepokój i uczucie niesamowitości oraz wpędzającą w dość poważny dyskomfort.

Bezimienna narratorka, młoda, dwudziestokilkuletnia dziewczyna wybiera się z chłopakiem w podróż na farmę jego rodziców – przyszła w końcu pora, aby po kilku miesiącach związku poznać być może swoich przyszłych teściów. Dużo czasu nie ma, jutro trzeba do pracy, a tu nadchodzi zmierzch i śnieżyca. Ale jadą – on dziwny, trochę aspołeczny, nerdowaty, może i trochę przystojny; ona dziwniejsza, dręczona przez niewytłumaczalne i absurdalne wspomnienia jakichś koszmarnych wizji z dzieciństwa, tajemnicze telefony od przerażającego Rozmówcy i uporczywą myśl: „Może pora z tym skończyć”. Tak właśnie, Jake (bo tak nazywa się chłopak bohaterki) to poczciwiec, ale ona chyba nie tego szuka. Tylko, że my od samego początku nie bardzo wierzymy narratorce, traktujemy jej relację z dystansem, wyczuwamy w niej poważne nieprawidłowości i czujemy, że coś jest tu bardzo, ale to bardzo nie tak. A potem, gdy już dojeżdżamy na rzeczoną farmę robi się już tylko zdziwniej i zdziwniej.

niedziela, 30 stycznia 2022

Czerwone drzewo

Kroniki udręki

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Powieści rozpoczynające się od informacji, że główna bohaterka popełniła samobójstwo, a przed nami leży jej notatnik dokumentujący ostatnie dni życia, z góry ustawiają czytelniczą optykę. Odbiorca ma jedno zadanie – odkryć prawdę. „Czerwone drzewo” Caitlin R. Kiernan wpisuje się w ten schemat perfekcyjnie i tak samo bezbłędnie go potem realizuje. Co tak naprawdę wydarzyło się na starej farmie Wight?

Powieść rozpoczyna się od przedmowy (uwaga!) fikcyjnego wydawcy. Niejaka Sharon D. Halperin wspomina zmarłą przed kilkoma miesiącami pisarkę – czterdziestoczteroletnią Sarę Crowe, której notatnik znalazła pewnego dnia na swoim biurku. Maszynopis Sary zawiera kronikę jej trzymiesięcznego pobytu w roku 2008 na starej farmie położonej na bagnach Nowej Anglii w pobliżu wielkiego, czerwonego dębu. Sara odizolowała się od świata, aby w spokoju napisać zakontraktowaną i ciągle odkładaną powieść, a także uporać się z traumą po utracie kochanki, która jakiś czas temu popełniła samobójstwo. Zamiast jednak pisać książkę, zajęła się dokumentowaniem swego pobytu na farmie – dni podobnych do siebie (do czasu), dręczących ją koszmarnych snów, wspomnień toksycznego i wyniszczającego psychicznie związku, ataków epilepsji i stopniowego pogrążania się w szaleństwie.

niedziela, 1 sierpnia 2021

Dom wszystkich snów

 Jestem swoim ciałem i niczym więcej

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


„Dom wszystkich snów” Wojciecha Guni to zbiór opowiadań, którego nie powinien przegapić żaden miłośnik dobrej literatury. Wymagająca uwagi, skupienia, cierpliwości i czasem ponownego odczytania – ale spłaca zaciągnięty kredyt zaufania z olbrzymią nadwyżką.

Gunia nie jest nazwiskiem nowym w polskiej literaturze. Znany jest przede wszystkim fanom „weird fiction” – debiutancki zbiór „Powrót”, powieść „Nie ma wędrowca” oraz dwie korespondujące ze sobą myślowo nowele wydane razem jako „Miasto i rzeka” wskazywały nie tylko na nieustanny progres ideowy i filozoficzny jego literatury a także na ciągły postęp artystyczny. „Dom wszystkich snów” jest najdojrzalszym (jak na razie) dziełem Guni, podsumowującym całą jego dotychczasową twórczość i czymś… no właśnie – niesamowitym. Wydany w 2020 roku w postaci e-booka, w tym roku doczekał się w końcu wydania papierowego. Przeszedł trochę bez echa, dostrzeżony głównie przez fandom grozy i fantastyki – a szkoda, bo to rzecz najwyższej próby.

niedziela, 14 marca 2021

Wszystkie grzechy Korporacji Somnium

Uciec, ale dokąd?

Wydawnictwo IX zebrało pięć starszych opowiadań Dawida Kaina, dołożyło dwa zupełnie nowe i wydało „Wszystkie grzechy korporacji Somnium”. Skromna, mała książeczka – ale niech nie zwiodą was jej niepozorne gabaryty. Wszystkie dotychczas czytane przeze mnie powieści autora („Oczy pełne szumu”, „Fobia” i „Ostatni prorok”) dotykały podobnego zagadnienia – kłopotu zwanego „istnieniem”. Tak, dokładnie – coś, co jest absolutnie podstawowe, niezbywalne i konieczne (choć tu można się spierać na szczycie filozoficznej góry) sprawia problem. 

„Somnium” to po łacinie „sen”. Jakie grzechy popełniła „Korporacja Sen”? Otóż tytułowe pojęcie „korporacji”, które przewija się w każdym z siedmiu opowiadań i znaczy TAM naprawdę dokładnie to, co znaczy, należy z naszego, czytelniczego punktu widzenia brać w pewien nawias. Bohaterowie wszystkich opowiadań zbioru mają problem z rzeczywistością. I nie mam tu na myśli takiego problemu, jaki miał Philip K. Dick (zagadnienie fałszu rzeczywistości także występuje w opowiadaniach Kaina, ale nie jest kluczowe) – świat, w którym żyją jest jak najbardziej prawdziwy. Ale jest też okrutny, niezwracający uwagi na skierowanie w jego stronę jednostkowe roszczenia bohaterów – olewa ich równo i „karze” (w ich rozumieniu) za sam fakt istnienia. W najlepszym opowiadaniu zbioru, „Księciu kłamców”, dwójka głównych bohaterów chce uciec od „sennych przedmieść, jednakowych ogródków i jednakowych domków, w których nudne rodziny, dzień po dniu obracają się w popiół”. Wszyscy żyją „marzeniami szkicowanymi przez telewizyjne reklamy, życiami wtłoczonymi w schemat niczym w wąską celę”.

niedziela, 31 stycznia 2021

Pieśni umarłego marzyciela

Uncanny valley

Warto było czekać na nowego Ligottiego. Nie wali po głowie tak, jak „Teatro Grottesco” – ale tylko z jednego, prostego powodu. Walnąć mocniej jest prawie niemożliwe, a poza tym, po chyba trzykrotnej lekturze „Teatro…”, wiedziałem już czego się mniej więcej po Ligottim spodziewać. A „Pieśni umarłego marzyciela” są dokładnie takim zbiorem na jaki czekałem. 

Ligotti pisze literaturę niesamowitą. Więcej – niesamowitą wśród niesamowitej. W „Pieśniach…” nie jest jeszcze chyba tak zmęczony, nie jest tak zaszczuty przez rzeczywistość i chyba bardziej świadomy samego procesu pisania, który dopiero w „Teatro…” wydaje się bardziej automatycznym, podświadomym i wyrażającym głęboki lęk i ból samego istnienia, krzykiem pisarza. „Pieśni umarłego marzyciela” są również nieco prostsze formalnie i przystępniejsze – ba, nawet posłowie Wojciecha Guni jest nie tak hermetyczne jak przedmowa do „Teatro Grottesco”.

czwartek, 26 grudnia 2019

Zachwyt

... fikcją jest wszystko, nawet prawda ...



Artykuł należy do serii "Nie długość się liczy" #15

„…w każdym z tekstów zapadam się jak w bagnie, duszę się, a lepkie, cuchnące błoto ciemnych i zimnych słów wdziera się w moje gardło, które, bulgocąc w agonii, prosi o więcej…”



Weird fiction na święta? Czemu nie?! Dziś czytamy „Zachwyt”, opowiadanie Wojciecha Guni, które wydane było do tej pory dwukrotnie. Najpierw w „Powrocie”, debiutanckim zbiorze autora od Agharty, a potem w pierwszym tomie „Fantazmatów” – darmowej, cyfrowej antologii, która zapoczątkowała jedno z ciekawszych, fantastycznych przedsięwzięć wydawniczych w naszym kraju. Przenieśmy się do zatęchłej piwnicy pewnego mocno podupadłego domu kultury, gdzie wieczorami zbiera się regularnie kółko literackie domorosłych, niespełnionych pisarzy amatorów.

czwartek, 17 października 2019

Sny umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019

Weird w dwudziestu ośmiu prostych krokach

Dwudziestego trzeciego września miała miejsce premiera drugiego tomu najgłośniejszego, polskiego projektu literackiej grozy ostatnich lat. Miałem możliwość przeczytania tego zbioru wcześniej – oto dwadzieścia osiem opowiadań autorów polskich plus trzy teksty zagranicznych gości. W porównaniu do pierwszej edycji, „Sny umarłych. Rocznik weird fiction 2019” jest zbiorem mniej hermetycznym, mniej ukierunkowanym na to, co powszechnie rozumiemy jako weird fiction. Musimy pójść tu oczywiście na pewne pojęciowe skróty – wiemy przecież, że sama definicja tego rodzaju literatury (nie używam pojęcia „gatunku literackiego”, mając na uwadze przedmowę Krzysztofa Grudnika z roku 2018) nie jest ścisła i jednoznaczna. Wydanie tegoroczne poszerza spektrum stylów, estetyki i tematyki – różnorodność jaką znajdziemy w „Snach umarłych 2019” jest zdecydowanie większa niż rok temu. Drugi tom ma przez to szansę trafić do większego grona odbiorców – w ogólnym rozrachunku jest bardziej przystępny, mniej „gęsty” narracyjnie i filozoficznie. Czy mniej „weirdowy” (cokolwiek to właściwie znaczy)? Pewnie tak. Czy gorszy? Zdecydowanie nie. 

sobota, 11 maja 2019

Ćma

Innego końca świata nie będzie

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Na samym początku tego roku w środowisku miłośników literackiego horroru w Polsce zrobiło się głośno o Jakubie Bielawskim. Wydawnictwo Phantom Books Horror wydało „Słupnika” – zbiór opowiadań wspomnianego autora. Były to teksty mocno osadzone w estetyce weird fiction i ściśle powiązane pewną charakterystyczną filozofią. Entuzjastyczne przyjęcie przyspieszyło premierę debiutanckiej powieści Bielawskiego – już za kilka dni w księgarniach pojawi się „Ćma”. Wracamy na Dolny Śląsk.

Akcja toczy się w miejscu pogrążonym w tej samej ciemności, która padała na Wałbrzych w „Ciemno, prawie noc”, głośnej powieści Joanny Bator. Góry Sowie, mroczne szczyty emanujące niewytłumaczalną grozą i przytłaczające swą intensywną obecnością, rzucają cień na dwa miasta. Jedno malutkie, szare i smutne, z ludźmi skazanymi na życie, którzy, przy blasku szklanej pogody, odliczają ponure godziny do kolejnego niechcianego poranka. Drugie trochę większe, niby mniej smętne, bo bardziej „światowe” – ale w sumie identyczne. Między nimi, wte i wewte, kursują stare, śmierdzące autobusy z zaplutymi, pociętymi nożem siedzeniami – podróże nimi stają się sensem życia dwóch bohaterek.

niedziela, 14 kwietnia 2019

Za sprawą nocy

Chcę być

Robert Neville, bohater „Jestem legendą” Richarda Mathesona, jedyny ocalały z ogólnoświatowej pandemii, za dnia krąży po opustoszałym mieście, a w nocy barykaduje się w mieszkaniu. Po zachodzie słońca zaczyna się horror – ludzie, zamienieni przez wirusa w wampiry, wychodzą na żer. Neville każdej nocy walczy o życie. Bardzo podobna sytuacja ma miejsce w powieści austriackiego pisarza, Thomasa Glavinica – „Za sprawą nocy”. Są jednak dwie różnice – największym wrogiem głównego bohatera nie są wampiry, lecz on sam, a walka nie toczy się o życie, lecz o bycie.

Jonasz, trzydziestokilkuletni mieszkaniec Wiednia, specjalista od wystroju wnętrz, budzi się czwartego lipca w swoim mieszkaniu. Niby dzień jak co dzień. Jego ukochana Maria nie odbiera telefonu – ok, może wyjechała bez słowa do siostry w Szkocji. Ale właściwie to do nikogo nie można się dodzwonić, w telewizorze tylko biały szum, radio nie działa, internetu nie ma. Na ulicach Wiednia pustki, nie ma ani jednego człowieka, ani jednego ptaka – nagle, jednej nocy, zniknęło całe życie a Jonasz został ostatnim człowiekiem na Ziemi. Tak, na całej Ziemi – bohater jeździ po kraju w poszukiwaniu innych ludzi. Szuka też za granicą, zostawiając wszędzie kartki ze swoim nazwiskiem i datą pobytu. Nic, wszędzie cisza – w domach brak śladów jakiejkolwiek ewakuacji. Świat wygląda jak jeden z tych słynnych, nawiedzonych statków, z których znika załoga i zostaje stół zastawiony do kolacji. Amerykański Dzień Niepodległości staje się początkiem niechcianej niepodległości Jonasza – względem ludzi, świata i co najgorsza, względem siebie.