wtorek, 19 lutego 2019

Słupnik

Wielość musi znowu stać się jednością


Życie można zdefiniować jako walkę z siłami ujednolicającymi, którą życie prędzej czy później przegra. Zatem życie egzystuje niejako wbrew i jest tragiczne w swojej naturze. W tragedii upadek jest oczywisty od pierwszej chwili, tylko nie dla występujących w niej postaci, a tragedia polega jedynie właściwie na tym, w jaki sposób prawda o tym, co nieuniknione, dotrze do bohaterów. Śmierć i nicość czekają, ale my tak powoli upadamy w ich kierunku, że tego nie zauważamy.
Karl Ove Knausgard, „Zima”


Takim cytatem rozpoczyna się „Tam, gdzie najlepiej się umiera”, jedno z opowiadań Jakuba Bielawskiego. Nie ma chyba lepszego podsumowania mrocznej myśli i smutnej filozofii, jakie autor przekazuje swoim debiutanckim zbiorem – „Słupnikiem”, wydanym niedawno przez Phantom Books Horror. Osiem opowiadań weird fiction z bardzo spójnym, intensywnym i jednoznacznym przekazem oraz charakterystyczną estetyką, którą fani tego rodzaju literatury doskonale znają i dla której w głównej mierze ją czytają.


Jakich bohaterów, jakie miejsca i jakie koszmary znajdziemy w „Słupniku”? Akcja większości opowiadań osadzona jest w okolicach Gór Sowich, w małych podupadających miasteczkach u podnóży Sudetów i w samym Wrocławiu – miejscu potwornym i zepsutym. Tylko na jedną chwilę trafiamy na prom płynący z Kołobrzegu do Danii, którym bohater ucieka od horroru, z jakim zetknął się w mrocznych zakamarkach wrocławskiego bloku. Akcja pięciu pierwszych opowiadań rozgrywa się w czasach współczesnych – mamy tu bardziej „standardową” narrację i wyraźny element grozy. Trzy ostatnie to wyprawa w przyszłość (bliżej nieokreśloną, ale nie sprawiającą wrażenia bardzo odległej), gdzie świat, rażony apokalipsą (przywodzącą na myśl tę z ostatniej powieści Cormaca McCarthy’ego) i przysypany popiołem, wije się w konwulsjach. Są to teksty z bardziej skomplikowanym przekazem, nasycone złożonymi metaforami i napisane językiem jaki znajdujemy czasem chociażby u Ligottiego czy Guni – to wizje fantasmagoryczne, oniryczne, narracyjnie nieliniowe.


Wiecie, co napisał kiedyś Adam Wiśniewski-Snerg, w swojej „Jednolitej teorii czasoprzestrzeni”? Tak naprawdę to samo, co Heraklit z Efezu i wielu innych poszukiwaczy arché, czyli prazasady determinującej rzeczywistość – istnieje tylko jeden wieczny nieskończony byt, bezmiar, „tworzywo czasoprzestrzenne”, a wszystko, czego doświadczamy, jest tylko jego emanacjami, rekonfiguracjami, drganiami owego tworzywa. Wszystko wylazło z bezmiaru nieustannie tasujących się cząstek materii i najbardziej dziwacznych zakamarków czasoprzestrzeni. I wszystko tam powróci, przeobrażając się w nowe formy – ani mniej, ani bardziej istotne, będące po prostu kolejnymi przekształceniami owego podstawowego bytu, który w opowiadaniach Bielawskiego jest „czarną, kłębiącą się watą”. Wszystko co istnieje, powstało na bazie kredytu zaciągniętego u wszechświata i wypłaconego za plecami najbardziej nieubłaganej siły kosmosu – entropii. Kredyt ten musi być spłacony prędzej czy później – entropia, ten odwieczny windykator, rekwiruje wszystko. Czarna wata bowiem to jedyny, prawdziwy i naturalny sposób wszelkiego „istnienia”. Wielość, rozmaitość, indywidualność musi stać się znowu jednością, powrócić do rezerwuaru gigantycznej, jednolitej, czarnej masy.

Szczególnym przypadkiem jest ludzkie życie obarczone samoświadomością. Jest ono błędem kosmosu, największą aberracją bytu, „wypaczeniem świętej zasady nieistnienia”. Powstało ono wbrew surowej i nieubłaganej logice czarnej waty i roi sobie, że cokolwiek znaczy. Bielawski idzie drogą mistrzów weird fiction i, tak samo jak oni, daje swoim bohaterom surową naukę – że świat jest całkowicie obojętny na ich pretensje, że żyją oni w swego rodzaju rajskim ogrodzie i muszą w końcu wzorem „najodważniejszych ludzi w dziejach świata” spróbować owocu z drzewa wiadomości dobrego i złego, że uciekają od prawdy oraz żyją inercją przyzwyczajeń i nawyków.  Owoc nie smakuje tak jakbyśmy chcieli – prawda raz poznana trwale zapisuje się w pamięci i uświadamia, że nasze istnienie jest jednorazowym, krótkotrwałym wykwitem na jednolitej, wiecznej, czarnej powierzchni. Nie ma większego horroru niż ta konstatacja i nigdy nie będzie – wybawieniem jest powrót w niebyt, odrzucenie balastu samoświadomości, skok we „wrzącą kipiel poprzedzającą narodziny czasu i materii”. Ta „droga zjednoczenia”, dokładnie taka sama o jakiej pisał Wojciech Gunia w drugiej nowelce znakomitego „Miasta i rzeki”, przeraża i odbiera zmysły, ale jest jedynym prawdziwym ratunkiem. Innego nie ma – wielość musi stać się jednością.

Bohaterowie opowiadań Jakuba Bielawskiego poznają ową prawdę. Są to często ludzie starzy, którzy mocniej czują nadchodzącą śmierć i kres istnienia. Żyją w odosobnieniu, wyciągnięci poza nawias społeczeństwa żyjącego w błogiej iluzji, wyrzuceni z pociągu pędzącego w głąb największego kłamstwa ludzkości: „życie ma sens”. Ich czas się kończy, a jak wiadomo jest on „dziwką, która nie wydaje reszty”. Czuje to stary milicjant z „Wielkiej wody” żyjący z grzechami swej PRL-owskiej kariery w chatce zalewanej przez powódź 1997 roku; wiekowa „wiedźma” zza Buga z pachnącego „Prawiekiem…” Olgi Tokarczuk, genialnego opowiadania „Ciemny dom pośród modrzewi”; czy starszy pan z „Waty” – bezpośredni świadek „hipokryzji” człowieczeństwa. Entropia, śmierć, rozpad i zgnilizna dopadają nie tylko ludzi – ulegają im również miejsca. Małe, prowincjonalne dolnośląskie miasteczko, opuszczone przez młodych ludzi gnających ku złudzeniom, obumiera w cieniu „Wieży”. Kołobrzeg, opustoszały po wyjeździe letników, jest cuchnącym trupem, leżącym dokładnie tam, gdzie jego naturalne miejsce i wypuszczającym smrodliwe bąki - kolejne promy, które płyną ku kolejnemu mirażowi, czyli „Tam, gdzie najlepiej się umiera”.


I wreszcie wizja apokalipsy, zawarta w trzech ostatnich opowieściach – tekstach, które trzeba obowiązkowo przeczytać przynajmniej dwa razy. Kobieta z „Żertwy”, swego rodzaju inkarnacja pani Janiny Duszejko z „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk (której prozę Jakub Bielawski ewidentnie bardzo lubi i ceni), żyjąca na całkowitym odludziu, w samotności i w metaforycznej komorze deprywacyjnej odcinającej ją od wszelkich bodźców (kłamstw) cywilizacji, sama doświadcza okresów zespolenia swej istoty z przedwieczną prajednią – jeszcze za życia. 

Apokalipsa przybliża bowiem do prawdy. Usuwa punkty zaczepienia sensów egzystencji, wyrzuca z wszelkich układów współrzędnych i każe nam trwać bez celu innego niż przeżycie. Nieistotna staje się wtedy cała kultura, cywilizacja, religia, filozofia – w Dniu Gniewu zostajemy odarci z człowieczeństwa, bełkoczemy jak bezrozumna masa u stóp masztu z przerażającym „Słupnikiem” na szczycie, lub patrzymy jak „Pani znów tańczy” przy histerycznym akompaniamencie piszczałek Dobrze-Wiecie-Kogo. Jest tak, jak u Cormaca McCarthy’ego: „Zimno nieprzejednanie krążące po ziemi pozbawionej jutra. Nieubłagana ciemność. Spuszczone ze smyczy ślepe psy słońca. Miażdżąca czarna pustka wszechświata. I gdzieś tam dwa zaszczute zwierzątka dygoczące jak lisy w kryjówce. Czas dany na kredyt i świat na kredyt, i oczy na kredyt, by go nimi opłakiwać”. Apokalipsa niesie „oświecenie”, za którym nie idzie życie i światło, lecz śmierć i ciemność. Czarna wata – ostatnia sprawiedliwa.

Zbiór opowiadań Jakuba Bielawskiego to pozycja obowiązkowa dla fanów weird fiction. Autor staje się kolejnym polskim twórcą, którego karierę będę śledził bardzo uważnie. Okazja nadarzy się już niedługo – Vesper obiecał wydać „Ćmę”, tym razem pełnoprawną powieść twórcy „Słupnika”. Świetna wiadomość i wielkie nadzieje – tymczasem siadajcie do opowiadań Jakuba, bo naprawdę warto.


Tytuł: Słupnik
Autor: Jakub Bielawski
Wydawca: Phantom Books Horror
Seria: Odmienne Stany Grozy OkoLicy Strachu
Data wydania: styczeń 2019
Liczba stron: 194
ISBN: 9788366135031

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza