Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postmodernizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postmodernizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 grudnia 2025

49 idzie pod młotek

Rzeczywistość Ultra HD


Rozgrzewki do „Tęczy grawitacji” ciąg dalszy. Mamy lata sześćdziesiąte, Thomas Pynchon ukrywa się przed światem i ciągle pisze. W 1966 roku, trzy lata po „V.”, wydana zostaje skromna objętościowo powieść „The Crying of Lot 49”, czyli po naszemu „49 idzie pod młotek”. Rzecz przystępniejsza niż rzeczone „V.”, co jednak nie oznacza łatwej lektury. To Pynchon.

„49 idzie pod młotek” to w zasadzie kryminał, choć dość oryginalny. Mniej więcej trzydziestoletnia gospodyni domowa, Edypa Maas, żona popularnego spikera radiowego, dostaje pewnego dnia tajemniczy list. Jej dopiero co zmarły, dawny kochanek, magnat nieruchomości Pierce Inverarity, ustanowił ją wykonawczynią swego testamentu. Świat Edypy zaczyna trząść się w posadach. Wszak do tej pory, zamknięta w bezpiecznym i przewidywalnym stereotypie, funkcjonowała w świecie doznawanym i rejestrowanym w bardzo niskiej rozdzielczości. Do chwili pojawienia się listu „wiecznie miała wrażenie wyobcowania i izolacji, wyraźnie odczuwała brak intensywności świata, niczym przy oglądaniu filmu, kiedy obraz jest leciutko zamazany, a operator nie chce go wyostrzyć”.

niedziela, 19 października 2025

V.

Taniec śmierci

Skoro wydawnictwo Art-Rage zaszalało z „Tęczą grawitacji”, powieścią – legendą, od której łatwiej się odbić niż od trampoliny, postanowiłem wrócić do literatury Thomasa Pynchona. Zwlekałem niemal trzy lata – Mag wydał pierwszą powieść autora już w 2022 roku, prawie sześćdziesiąt lat po jej premierze za oceanem. Teraz już wyjścia nie ma, trzeba czytać.

„V.” nazywana jest przez krytyków wstępem do „Tęczy grawitacji”. Oczywiście w drugiej połowie lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych Pynchon tak o niej nie myślał, bo na „Gravity’s Rainbow” przyjdzie jeszcze poczekać do 1973 roku. „V.” była debiutem niesamowitym, zapowiadającym pisarza zarówno genialnego jak i polaryzującego odbiorców. Lektura tej powieści jest wyzwaniem – tym większym, im bardziej czytelnik chce całościowo ogarnąć jej fabułę, przesłanie i nawiązania. Główna akcja toczy się dwuwątkowo w Stanach Zjednoczonych roku 1956. Benny Profane, dwudziestokilkuletni marynarz, został zwolniony ze służby i (udaje, że) szuka teraz sensu swej egzystencji. Mówi o sobie, że jest „szlemielem” i „ludzkim jo-jo” – pechowcem, którego życiem rządzą prawa Murphy’ego, rzucając nim wte i wewte, na lewo i prawo. Włóczy się po barach i cudzych mieszkaniach wchodząc w relację z Ekipą Pomyleńców – beatników, artystów-lekkoduchów, żyjących z dnia na dzień i próbujących odnaleźć się w nowym, powojennym świecie Ameryki. Benny nie potrafi wytyczyć sobie celu w życiu, nie chce i nie umie stawić oporu otaczającej go rzeczywistości.

czwartek, 26 stycznia 2017

Gwiazda Ratnera

Głos Człowieka

Gwiazda Ratnera Dona DeLillo to powieść, która budzi skojarzenia ze skomplikowaną narracją Thomasa Pynchona, czy też Salmana Rushdiego z Szatańskich Wersetów. To satyryczna wersja Kontaktu Carla Sagana, która nie zachwyca się możliwościami nauki i ludzkiego umysłu a raczej z nich kpi. To postmodernistyczna wersja Głosu Pana Stanisława Lema, skoncentrowana nie na relacji człowiek-nieznane zewnętrze, lecz człowiek-nieznane wnętrze. Piekielnie trudna książka, do której (nauczony doświadczeniem Tęczy Grawitacji) podszedłem bez wewnętrznego przekonania o tym, że muszę zdekodować każdy niezrozumiały fragment i odnieść się do każdej treści, która sugeruje wieloznaczność interpretacji i wielokrotne dna.

Czternastoletni geniusz matematyczny, laureat Nagrody Nobla, Billy Twillig zostaje powołany do specjalnego ośrodka naukowego, odizolowanego od reszty świata. Przebywa w nim cała menażeria naukowców-dziwaków, nerdów podniesionych do potęgi n-tej, neurotyków i sawantów. Łączy ich jeden cel - konieczność odcyfrowania tajemniczego impulsu, który dotarł do czujników ośrodka z okolic Gwiazdy Ratnera, nazwanej na cześć pewnego naukowca, którego poznajemy w dalszej części książki w bardzo niecodziennej sytuacji. Naukowcy nie wiedzą dokładnie co znajduje się w okolicy gwiazdy, teorie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Raz jest to układ podwójny pozbawiony planet (skąd wtedy sygnał?), raz jest planeta w układzie pojedynczym, raz sygnał jest odbiciem sygnału innego (karkołomna teoria moholi), itd. Dodatkowo w przeciwieństwie do powieści Sagana czy Lema, sygnał ów to tylko pojedyncza kombinacja dziewięćdziesięciu dziewięciu jedynek i dwóch zer. Sygnał wystąpił raz, nie powtórzył się już potem wcale a i tak wystarczyło to do rozpętania prawdziwej gorączki naukowej – komunikat musi być rozszyfrowany!

piątek, 18 listopada 2016

Szatańskie wersety


Tej książce nie potrafię wystawić oceny. Powód jest taki sam jak w przypadku Wahadła Foucaulta Eco – przyswoiłem fabułę, zrozumiałem podstawowe założenia, pokiwałem głową z uznaniem dla wiedzy autora i fabularnego rozmachu, ale wiem, że tylko ślizgnąłem się po powierzchni. Za mało wiem, aby zanurkować w głębiny powieści Rushdiego i w skorzystać w pełni z tego, co ona oferuje. Więc wystawianie oceny w takim przypadku byłoby nie w porządku. Szatańskie wersety czyta się tak samo jak pynchonowskie i właśnie ecowskie dzieła - pełne erudycyjnego nasycenia szczegółami, głęboko umocowane historycznie, przeładowane aluzjami, które jeśli zostaną wyłapane, dodają dodatkową, wielką wartość do całości. Pynchona jednak, o dziwo, czyta mi się łatwiej, jest bardziej umocowany w teraźniejszości (w przeciwieństwie do Eco) i w naszej kulturze (w przeciwieństwie do Rushdiego).

Powieść ma dwa plany narracyjne. Pierwszy to historia dwóch mężczyzn, hinduskich aktorów, muzułmanów, ocalałych z katastrofy porwanego samolotu. Dżibril Farista i Saladyn Ćamća spadają dosłownie z nieba na brytyjskie wybrzeże, wplątując się w zdarzenia, które zgodnie z zasadami realizmu magicznego wydają się nam mocno fantastyczne, podczas gdy uczestnicy tych wydarzeń wcale je za takie nie uważają. Dżibril staje się uosobieniem Archanioła Gabriela, natomiast Saladyn staje się jego przeciwieństwem – samym Szejtanem. Ich metamorfozy, wizje, spotkania ze znanymi wcześniej lub dopiero co poznanymi osobami tworzą, oprócz zwykłego ciągu fabularnych przystanków, olbrzymi socjologiczny, teologiczny, polityczny oraz metaliteracki autorski przekaz. Dodatkowo mamy też plan narracyjny numer dwa – sny Dżibrila, w których autor zamieszcza trawestację opowieści o powstaniu islamu w mocno krytycznym i kontrowersyjnym wydaniu. Ponadto nie chodzi tu tylko o ponowne opowiedzenie historii Mahometa, ta druga narracja to przede wszystkim uczłowieczenie Proroka i obdarzenie go ludzkimi słabościami, sugestia, że założyciel islamu i jego świta byli skorumpowanymi przez zdobytą władzę rzezimieszkami, narzucającymi swoje przekonania przede wszystkim siłą. Jest też paszkwil na irańską teokrację Chomeiniego, krytyka wojującego i niszczycielskiego islamu, zrównującego z ziemią poprzedzające go religie, ciemnotę i ignorancję, która jest naturalną konsekwencją przyjęcia islamu, narzucanie absurdalnej kontroli i wyznaczanie bezwzględnie nienaruszalnych zasad każdej (każdej – seksualnej, gastronomicznej, edukacyjnej, „rozrywkowej”, zarobkowej) sferze ludzkiego życia, bezsens i żenada etiologii patriarchatu, uprzedmiotowienie kobiet, idiotyzm restrykcji żywnościowych, głupota hidżabu oraz ostatecznie pychę i fałszywe przeświadczenie muzułmanów o supremacji islamu ponad inne religie (kilka z tych cech jest charakterystycznych nie tylko dla islamu, lecz dla monoteizmu w ogólności - ale akurat w tej książce szarpiemy się z Allahem).

Sama dość ciekawa fabuła potraktowana jako ciąg wydarzeń przebiegający od A do Z to może 1% wartości tej książki. Bo Salman Rushdie, oprócz krytyki religii Mahometa, porusza tak naprawdę wiele innych poważnych zagadnień - pisze o przyczynach utraty wiary, o zderzeniu cywilizacji Wschodu i Zachodu, o powodach, dla których to zderzenie odbyć się może tylko z wielkim hukiem, o potencjalnych skutkach tego zderzenia, o wykluczeniu społecznym imigrantów oraz ich obrazie w oczach Brytyjczyków zakonserwowanych przez politykę Margaret Thatcher i w końcu o bardzo skomplikowanej zależności pomiędzy religijnością a świeckością. Według Rushdiego nie istnieje coś takiego jak muzułmański sekularyzm. Dwaj główni bohaterowie, hindusi-muzułmanie, którzy z różnych powodów porzucili swą wiarę, nie są w stanie uwolnić się od wpływu, jaki wywarła ona na ich osobowość, sposób postrzegania i interpretację świata. Zresztą nie chodzi tylko o wiarę czy religię, to całą kulturę ich rodowego kawałka świata powinniśmy brać pod uwagę.

Szatańskie wersety to przebogata powieść w duchu postmodernizmu i realizmu magicznego. Ciężka mieszanka. I podobnie jak w przypadku Pynchona i Eco, wymaga trochę więcej od czytelnika niż większość literatury. Ja odkładam ją na półkę gdzie leży już Wahadło Foucaulta i Tęcza grawitacji - do obowiązkowej powtórki za parę lat, z wcześniejszą podbudową encyklopedyczną.

Tytuł: Szatańskie Wersety
Tytuł oryginalny: The Satanic Verses
Autor: Salman Rushdie
Tłumaczenie: Jerzy Kozłowski
Wydawca: Rebis
Seria: Mistrzowie Literatury
Data wydania: maj 2013
Liczba Stron: 664
ISBN: 9788375108019

Americana


Don DeLillo należy w opinii krytyków do „wielkiej amerykańskiej czwórki” wraz z Rothem, McCarthym i Pynchonem. Przeczytałem zatem jego pierwszą powieść. Za mało czytałem jeszcze, żeby podważać powyższy werdykt, mogę jednak powiedzieć, że Pynchona nie przeskoczył, a najbliżej mu tematycznie, stylistycznie i jakościowo do Rotha z małym, delikatnym dryfem na pynchonowskie, dygresyjne akapity. To spojrzenie na Amerykę, po prostu, w takim samym mniej więcej stylu jak w „trylogii amerykańskiej”.

Główny bohater, David, to 28-letni pyszałek, zblazowany dobrobytem, spokrewniony nieco duchowo z bohaterami Houellebecqa. Przystojny, świadomy tego faktu ale próżny i egoistyczny. Ustawiony finansowo ale zagubiony uczuciowo. Cieszący się powodzeniem u płci przeciwnej ale nie potrafiący przekuć tej zalety na korzyści inne niż cielesne. Podobnie jak cała Ameryka, żyje w czasach gorączkowego hedonizmu i dewaluacji wartości. Jest trybikiem w maszynie i jako malutki element spełnionego przecież amerykańskiego snu, nie jest szczęśliwy. Postać żywcem wyjęta z Mad Men, która wieczorami, zamiast w domu jeść kolację z rodziną, pije bourbona patrząc przez biurowe żaluzje na życie wielkiego miasta. Jego życie jest puste, nieprawdziwe, zbudowane na stereotypach i konwenansach. David w końcu pęka, rusza w drogę, chcąc owe konwenanse rozsadzić i poznać prawdziwą Amerykę.

Bardzo dobra książka, wymagająca. Wyciągnął bym z niej więcej gdybym był Amerykaninem, zanurzonym w ich kulturze. Na pewno do DeLillo wrócę (trzymałem w ręku ostatnio jego Podziemia – 900 stronicowy kloc, podobno zrywający czapki z głów, ale z tym poczekam jeszcze) – mam jego Gwiazdę Ratnera.

Tytuł: Americana
Tytuł oryginalny: Americana
Autor: Don DeLillo
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Wydawca: Noir sur Blanc
Data wydania: marzec 2014
Liczba Stron: 400
ISBN: 9788373924703

niedziela, 13 listopada 2016

Tęcza Grawitacji




Tęcza Grawitacji wytrąciła mnie z błogiego samozadowolenia. Bo w końcu przeczytałem. Było tak trudno jak się spodziewałem. Nawet pomimo wcześniejszej lektury czterech łatwiejszych powieści Pynchona - widać nie przygotowały mnie dostatecznie na tą książkę. Zaliczyłem kilka knockdownów, kilkukrotnej konieczności powtórzeń „ostatnich 20 stron jeszcze raz”, kilkukrotnego „a o co w ogóle teraz chodzi”. Ale było też kilka olśnień, kilka owacji i ogólne wrażenie obcowania z przedstawicielem gatunku powieści absolutnej. Ale przeczytałem – ostatecznie lekko zmęczony, oszołomiony i żądny szczegółowych wyjaśnień (a to błąd w przypadku podejścia do tego autora). 

Nie potrafię wystawić oceny. Wyciągnąłem pewnie nawet nie połowę z treści, wielu rzeczy pewnie nie zrozumiałem, o wielu myślę, że zrozumiałem a to nieprawda, wiele mnie zachwyciło a kilka jednak zmęczyło. 

Powieść ta dygresją stoi. Główna oś fabuły jest jednak wg mnie wyraźnie zaznaczona (historia Slothropa, jego paranoi i poszukiwań niezwykłej rakiety), jednak tak obudowana pobocznymi, wielce rozbudowanymi odnogami, że faktycznie można się pogubić. Czytanie Tęczy Grawitacji to wysiłek, bez mała fizyczny, po którym czujemy się zmęczeni. Ale zmęczeni w sposób taki jak po intensywnym biegu lub treningu na siłowni - jutro chcemy to powtórzyć. I wprost nie możemy się doczekać. Tęcza Grawitacji uczy cierpliwości, uwagi i skupienia - chwila rozproszenia i jesteśmy w zupełnie innym miejscu niż przed chwilą, często zadając sobie pytanie "a teraz co jest grane?". To też nauka czytania długich (potwornie długich) zdań, które jednak są jak najbardziej sensowne i wręcz hipnotyzujące. Tęcza Grawitacji to ten sam styl i forma co w innych książkach Pynchona, wizytówka autora wprost nie do podrobienia. Najgęstsza narracja z jaką się spotkałem w życiu, melorecytacja przepełniona treścią. Ale zestawienie np. W Sieci z Tęczą Grawitacji; to jak zestawienie Merkurego z Jowiszem – niby jedno i drugie to planeta. 

Nagi Lunch



Kilka faktów:
- William S. Burroughs brał wszystko: morfinę, heroinę, Dilaudid, Eukodal, Pantopon, Diokodid, Diosan, opium, Demerol, Dolofen, Palfium wprowadzając je do swojego organizmu na wszelkie możliwe sposoby: doustnie, dożylnie, domięśniowo, doodbytniczo.
- Książka powstała w okresie apogeum uzależnienia autora w całości podczas ciągu narkotycznego. 
- Po jej wydaniu zyskała grono jej zaciekłych przeciwników, którzy widzieli w niej tylko materiał opałowy oraz jej zagorzałych zwolenników, którzy nazywali ją szczytowym osiągnięciem literatury amerykańskiej XX wieku.
- Obojętne przyjęcie książki możliwe jest podobno tylko pod warunkiem, że się jej nie przeczytało.

Kilka subiektywnych odczuć:
- Ta książka nie ma fabuły. To zapis narkotycznej jazdy, wrażeń odurzonego umysłu, wizji złych, niekiedy chorych i wynaturzonych. Takie sięgnięcie do najbardziej skrywanych, najgorszych, zwyrodniałych instynktów ludzkiej natury i wywleczenie ich na światło dzienne. 
- To dotknięcie tych elementów psychiki, które wszyscy skrzętnie chowamy i nie przyznajemy się do nich nawet przed sobą. Tym bardziej szokują gdy widzimy je jak na dłoni w naszym ułożonym, codziennym życiu. Pytanie – dlaczego?
- To kupa świeżych ekskrementów na talerzu, którym co chwilę dostajemy w twarz jak w slapstickowej komedii. Tylko, że nie jest nam do śmiechu.
- To kolaż surrealistycznych obrazów, które wg opinii znawców nie mają układać się w całościową wizję. Taki strumień świadomości na opiatach. Podobno należy poddać się mu bezwarunkowo. Próbowałem. I uważam, że Burroughs stworzył skrajną literacką impresję czyniącą próby dekodowania fabuły (nieistniejącej – na co zwraca uwagę sam autor) bezcelowymi. I bije na głowę innych twórców fabularnych puzzli – głównie dlatego, że u tych „innych” tą fabułę zdekodować można. #Duncan.
- Burroughs zdaje się mocno akcentować rolę języka w literaturze. Jest to wręcz oręż wyciągnięty na czytelnika, uderzający przez cały czas czytania powieści. Oprócz tego, że atakuje to mocno akcentuje pewną cechę literatury pięknej, o której często zapominamy czytając i analizując książki – literatura to przede wszystkim fikcja. Czuję, że jest to jakiś trop ale i tak nie łapię całościowo idei autora.


Doceniam nieco formę i oryginalność. Przede wszystkim odwagę. Ale jestem na nie. Może brak mi jakiejś wrażliwości? Może jestem literackim kołtunem, który zamyka się na eksperyment? Nie. Eksperymenty literackie i książki „dziwne” to coś co bardzo lubię. Narkotyki, wymioty, obsceniczność, perwersje, koprofagia, gore, dosadne opisy seksu, sodomia jako dominujący element fabuły? Mówię zdecydowanie - czemu nie? #Littel.
Ale muszę widzieć jako czytelnik jakiś cel pisania, całościowy kształt. Tutaj tego nie ma. A może nie powinienem szukać sensu i dałem się strollować?
A można przecież pisać genialnie na prochach, prawda? #Dick
A może to jest jednak napisane genialnie i zwyczajnie mnie przerosło? Kogoś nie przerosło?

Tytuł: Nagi Lunch
Tytuł Oryginalny: The Naked Lunch
Autor: William Seward Burroughs
Tłumaczenie: Edward Arden
Wydawca: vis-a-vis/Etiuda
Data wydania: październik 2012
Liczba stron: 286
ISBN: 9788378580201

Ćpun



Podobno pisarz - legenda pokolenia bitników i mit za życia. Pierwsza powieść nie przekonuje mnie jednak. Główny bohater, jak się okazuje alter-ego Burroughsa, to zatwardziały narkoman, mizogin, ksenofob, rasista i gej określający innych homoseksualistów mianem pedałów, ciot, zboczeńców i "debili o bydlęcej pogodzie na swoim obliczu". Skrajnie niesympatyczny gość. Ale nie dla cech głównego bohatera czyta się książki.

Książka ta, to takie eskapady podobne trochę do tych opisywanych przez Bukowskiego, tylko, że miejsce wódy zajmuje heroina. Burroughs bierze narkotyki po to "aby rano wstać z łóżka, ogolić się, zjeść śniadanie, żeby po prostu żyć".

Podobno dopiero druga powieść Burroughsa pt. Nagi Lunch i kolejne książki wyrywają z butów, a Ćpun to taka autobiograficzna przygrywka. Zobaczymy, przeczytamy (zwłaszcza, że adaptacja filmowa Nagiego Lunchu to jeden z ostatnich filmów Cronenberga, którego jeszcze nie widziałem).

Tytuł: Ćpun
Tytuł Oryginalny: The Junkie
Autor: William Seward Burroughs
Tłumaczenie: Andrzej Ziembicki
Wydawca: vis-a-vis/Etiuda
Data wydania: listopad 2013
Liczba stron: 192
ISBN: 9788378580508

W sieci


Pynchona Teoria Chaosu

Thomas Pynchon, literacka postmodernistyczna enigma, w ostatnich latach pisze coraz więcej i częściej. Krótko po niewydanej jeszcze w Polsce, gargantuicznej Against the Day otrzymujemy Wadę Ukrytą i równie szybko, bo po czterech latach pojawia się kolejna powieść. W Sieci to jego ósma, na razie ostatnia (oby tylko na razie) książka. I znowu jest to erudycyjna wyprawa pynchonowskim rollercoasterem w wielowarstwowe literackie konstrukcje i intertekstualną rozgrywkę z czytelnikiem. Wyprawa wymagająca maksymalnego skupienia i czujności.

Maxine Tarnow to specjalistka od wykrywania oszustw finansowych, założycielka firmy „Znajdź i Zdemaskuj”. Otrzymuje zlecenie zbadania pewnej firmy z obszaru bezpieczeństwa komputerowego, która z nieznanych przyczyn transferuje ogromne ilości pieniędzy na Bliski Wschód (byłbym zapomniał, akcja umiejscowiona jest w Nowym Jorku, niedaleko World Trade Center i rozpoczyna się wiosną 2001 roku i kończy się mniej więcej rok później). Maxine angażuje się coraz bardziej w poplątaną historię, gdzie ilość postaci, powiązań między nimi i zależności fabularnych rośnie wykładniczo.