Liczą się wojny, nie lata
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Drugi tom „Fury. MAX” jest chyba najlepszym komiksem z szefem S.H.I.E.L.D., jaki możemy obecnie przeczytać na polskim rynku. I ciekawostka – Fury nie należy tu do wspomnianej organizacji, jest za to agentem CIA i specem od brudnej roboty. Kolejny komiks Gartha Ennisa (i Gorana Parlova) umieścić powinniśmy poza kontinuum uniwersum Marvela, albo przynajmniej bardzo ostrożnie go tam wpasowywać.
Inicjatywa MAX, którą w Polsce najlepiej znamy z „Punishera” (notabene Gartha Ennisa), zakłada skrajny realizm, odcięcie od superbohaterszczyzny i realny upływ czasu. To dlatego Nick Fury, podobnie jak Frank Castle, jest już starszym facetem po sześćdziesiątce, podsumowującym swoje życie. Robi to w podłym hotelu z flaszką whisky w jednej ręce i dyktafonem w drugiej. Historia zatytułowana w oryginale „Nick Fury. My War Gone By” to cztery epizody z życia agenta – życia wypełnionego wojnami, stratami i nieustanną walką.

