To już jest koniec
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
W szóstej dekadzie dwudziestego wieku Tintin przeżywał swe najwspanialsze przygody – włóczył się po Księżycu, walczył z tajnymi agentami Skrainy i handlarzami niewolników na Bliskim Wschodzie. Gdy rozpoczęły się lata sześćdziesiąte, Hergè był u szczytu sławy – dwa pierwsze odcinki omawianego dziś albumu okrzyknięte zostały arcydziełami, dwa kolejne „historiami niepotrzebnymi” a piąta, niedokończona, tworem symbolicznie zamykającym cykl. Przed nami ostatnie „Przygody Tintina”.
Gdy kończyły się lata pięćdziesiąte, końca dobiegało też małżeństwo Hergè’a. Autor Tintina, przeżywający co rusz załamania nerwowe i depresje, uwikłał się dodatkowo w romans z koleżanką z pracy, dla której postanowił zostawić żonę. Wszystko to w świetle przysłowiowych reflektorów, wszak Hergè był na świeczniku – „Przygody Tintina” dorobiły się krytycznych analiz literackich, szeregu słuchowisk radiowych, filmów aktorskich i oczywiście wielkiej rzeszy fanów. Gdzieś tam w oddali na południowym zachodzie majaczyły już cienie dwóch nieustraszonych Galów, ale na razie to młody belgijski poszukiwacz przygód rozdawał karty. Hergè, pomimo tak wydawać by się mogło korzystnego położenia, dręczony był nie tylko wyrzutami sumienia z powodu romansu, ale i „snami o białej pustce”. Dochodziła do tego bliżej nieuzasadniona chęć nawiązania ponownego kontaktu ze swym chińskim przyjacielem Zhangiem, który tak bardzo pomógł mu zrozumieć kulturę Państwa Środka podczas pisania „Błękitnego Lotosu” (patrz: tom drugi). Z tego wszystkiego powstał „Tintin w Tybecie”, odcinek najbardziej chyba rozpoznawany i powszechnie wychwalany pod niebiosa. Oczywiście słusznie.





