... bo nie tak skończy się świat
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Jonathan Hickman zaczyna coraz szybciej piąć się w górę listy moich ulubionych scenarzystów komiksowych. Najnowszy komiks jego autorstwa z Egmontu jest jednym ze starszych, jeśli chodzi o jego karierę w Marvelu. Dwie kilkuodcinkowe serie „SHIELD” wydane w latach 2010-2011 (i dokończone dopiero w 2018 roku) proponują nam spojrzenie na uniwersum Marvela, jakiego do tej pory nie znaliśmy.
Hickman dokładnie w tym samym czasie pisał rewelacyjną „Fantastyczną Czwórkę”, w której kult wiedzy i nauki oraz zaprzęganie ich do walki o lepsze jutro dla człowieka były tematami wiodącymi. Redaktorzy Marvela zaproponowali mu napisanie jeszcze jednej serii, która miała nosić tytuł „S.W.O.R.D.” – czyli opowieści o organizacji będącej dopełnieniem „S.H.I.E.L.D.”. Hickman zaproponował coś innego. Od pewnego czasu chodził mu po głowie pomysł historii o „najfajniejszych” naukowcach w dziejach świata i zbudowanie wokół niej wielkiej mitologii sięgającej czasów Imhotepa – pierwszego naukowca naszej cywilizacji.



