Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo IX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo IX. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2025

Czarna skrzynka

Wydaje ci się, że kim niby jesteś?


Takim właśnie zdaniem rozpoczyna się kolejna powieść Dawida Kaina. Kain ma chyba wielką wenę – dopiero co były „Niejasne spektakle” i „Zaplecza” a już mamy „Czarną skrzynkę”. Każda z tych pozycji jest nieco inna – „Czarna skrzynka” to Kain-retro, Kain sprzed pandemii, Kain serwujący nam ciężki psychologiczny dramat pełen ciemności zalegających w ludzkich duszach.

O tym, że „każdy ma swoje otchłanie” pisałem już na początku 2019 roku, przy okazji „Ostatniego proroka” Dawida Kaina. Wróć – Marcina Kiszeli, bo tę książkę autor podpisał nie pseudonimem, lecz swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. I to właśnie z nią moim zdaniem „Czarna skrzynka” ma najwięcej wspólnego. W „Ostatnim proroku” poznaliśmy trójkę poharatanych przez życie bohaterów, żyjących w futurystycznym Krakowie roku 2023 (tak, futurystycznym – technologia wręcz eksplodowała). Damian, Ksawery i Agata, aby przeżyć muszą uciekać od życia – ich eskapizmy są jednak tylko protezami prawdziwej egzystencji.

sobota, 7 czerwca 2025

Kiedy będziesz gotowy, idź

Oswoić przez opisanie

Dziesięć lat temu zacząłem pisać recenzje. Wiadomo, pisać może każdy, choć nie każdy powinien. Pisanie na temat literatury filozoficznej, erudycyjnej systematyzowało oczywiście wrażenia, ale czasem tworzyło również złudzenie jej zrozumienia, uświadamiane sobie coraz mocniej z biegiem lat. Teraz nie mam już ani potrzeby, ani ciśnienia by pisać o każdej swej lekturze – piszę tylko wtedy, gdy jestem pewien, że przysiadłem fałdów. Próbuję wtedy oswoić literaturę przez jej opisanie.

Nigdy nie kryłem swej fascynacji literaturą weird fiction, w szczególnością tą autorstwa Wojciecha Guni. Czytałem i opisywałem (oswajałem) każdy jego zbiór opowiadań – o każdym pisałem frazesy, które powinienem powtórzyć i tym razem, po lekturze „Kiedy będziesz gotowy, idź” od Wydawnictwa IX. No bo wiecie, Gunia pisze w bardzo sugestywny, nieoczywisty i wymagający sposób – trzeba się skupić, odciąć od otoczenia i dać się ponieść. Styl, szeroko pojęte „pióro” to jedno – wiadomo, że znakomite, nikomu nie muszę tego powtarzać. Mnie jednak zawsze bardziej od stylu absorbowała nieoczywista filozofia twórczości Guni – ten ukryty za nawałnicą wrażeń przekaz. Odbierany za pierwszym razem intuicyjnie jest jak muzyka Jonasza Dota – jednorazowo iluminacyjny, przez co nieuchwytny, chwilowy, choć w tym jednym momencie w pełni zrozumiały. Gdy potem opisywany (oswajany), ubierany w nuty i odtwarzany – jest zazwyczaj zniekształcony, ograniczony subiektywizmem i umiejętnościami opisującego. Takie też są światy, w których znaleźli się bohaterowie opowiadań – nieopisywalne, lecz uporczywie opisywane. 

wtorek, 3 grudnia 2024

Niejasne spektakle

Czy widowisko potrzebuje widza?


Kaina nigdy dosyć. „Niejasne spektakle” od Wydawnictwa IX zbierają cztery opowiadania grozy (trzy rasowe weird fiction i jedno idące w stronę bardziej „standardowego” horroru) połączone jednym wątkiem – tajemniczych spektakli odbywających się poza naszą (a może – uwaga – głównie w niej) rzeczywistością. 

„Na zawsze w dole” opowiada o mężczyźnie, który w dzieciństwie udał się z rodzicami do cyrku. Tam przydarzyło się mu coś, co zmieniło całkowicie postrzeganie świata. A może zdemaskowało pewną głęboko ukrytą prawdę – podobny horror przeżył kiedyś Dawid z „Zapleczy”, bohater niezwykle podobny do narratora pierwszego opowiadania. „Noc widowiska” zabiera nas do ciemnego lasu, gdzie na odludziu rozbił się dziwny cyrk nie potrzebujący widowni, aby działać. „Ostatnie słowo” tylko pozornie odbiega od dwóch pierwszych opowiadań – wykorzystanie motywu „found footage” jak zwykle bardzo skutecznie tworzy narrację o świecie istniejącym gdzieś obok, po drugiej stronie ekranu telefonu, ale przeraża do szpiku kości. A na koniec mamy tekst pod tytułem „Derealizacja, kurtyna” – najkrótszy, najmocniejszy, najmniej oczywisty i jednocześnie najlepiej podsumowujący cały zbiór. Idziemy do psychoanalityka – bo gdzie indziej?

niedziela, 14 marca 2021

Wszystkie grzechy Korporacji Somnium

Uciec, ale dokąd?

Wydawnictwo IX zebrało pięć starszych opowiadań Dawida Kaina, dołożyło dwa zupełnie nowe i wydało „Wszystkie grzechy korporacji Somnium”. Skromna, mała książeczka – ale niech nie zwiodą was jej niepozorne gabaryty. Wszystkie dotychczas czytane przeze mnie powieści autora („Oczy pełne szumu”, „Fobia” i „Ostatni prorok”) dotykały podobnego zagadnienia – kłopotu zwanego „istnieniem”. Tak, dokładnie – coś, co jest absolutnie podstawowe, niezbywalne i konieczne (choć tu można się spierać na szczycie filozoficznej góry) sprawia problem. 

„Somnium” to po łacinie „sen”. Jakie grzechy popełniła „Korporacja Sen”? Otóż tytułowe pojęcie „korporacji”, które przewija się w każdym z siedmiu opowiadań i znaczy TAM naprawdę dokładnie to, co znaczy, należy z naszego, czytelniczego punktu widzenia brać w pewien nawias. Bohaterowie wszystkich opowiadań zbioru mają problem z rzeczywistością. I nie mam tu na myśli takiego problemu, jaki miał Philip K. Dick (zagadnienie fałszu rzeczywistości także występuje w opowiadaniach Kaina, ale nie jest kluczowe) – świat, w którym żyją jest jak najbardziej prawdziwy. Ale jest też okrutny, niezwracający uwagi na skierowanie w jego stronę jednostkowe roszczenia bohaterów – olewa ich równo i „karze” (w ich rozumieniu) za sam fakt istnienia. W najlepszym opowiadaniu zbioru, „Księciu kłamców”, dwójka głównych bohaterów chce uciec od „sennych przedmieść, jednakowych ogródków i jednakowych domków, w których nudne rodziny, dzień po dniu obracają się w popiół”. Wszyscy żyją „marzeniami szkicowanymi przez telewizyjne reklamy, życiami wtłoczonymi w schemat niczym w wąską celę”.

czwartek, 24 grudnia 2020

Stalowe monstrum

Indiana Jones w świecie weird fiction

Recenzja opublikowana pierwotnie na Szortalu.

W lipcu 2019 roku Wydawnictwo IX wypuściło na rynek „Księżycową studnię” Abrahama Merritta. Ta stuletnia powieść, cechująca się nieokiełznaną „przymiotnikozą”, zabrała nas do wnętrza Ziemi, gdzie żyła prastara cywilizacja, władająca potężnymi zasobami energii. Akcja wydanego w tym roku „Stalowego monstrum” dzieje się kilka lat później – znany z „Księżycowej studni” naukowiec, Walter T. Goodwin, znowu pakuje się w paskudną kabałę.

Marek S. Nowowiejski pisze w przedmowie, że „Stalowe monstrum” należy do popularnej na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku literatury spod znaku „lost race fiction”, którą pisali chociażby Robert E. Howard, Edgar Rice Burroughs i Edward Bulwer-Lytton (autor „Nadchodzącej rasy” – również od Wydawnictwa IX). Przygoda, fantastyka naukowa, fantasy, groza, trochę weird fiction, okultyzm i akcja pędząca na łeb, na szyję. W „Stalowym monstrum” Merritt odchodzi od grozy i stawia na science fiction – choć w ostatecznym rozrachunku są to powieści niebywale do siebie podobne.

niedziela, 24 listopada 2019

Księżycowa studnia

Nauka jest zazdrosną kochanką

W 1918 roku, w magazynie „Argosy All-Story Weekly”, jednym z tych popularnych wtedy pulpowych wydawnictw amerykańskich, pojawiło się opowiadanie Abrahama Merritta „The Moon Pool”. Rok później ukazała się kontynuacja, czyli „The Conquest of the Moon Pool” – obie części wydano ostatecznie razem pod tytułem pierwotnego opowiadania. „Księżycowa studnia” wyszła właśnie w Polsce za sprawą Wydawnictwa IX, po raz pierwszy w pełnej wersji. Czytaliście „Nadchodzącą rasę” Edwarda Bulwera-Lyttona – powieść, którą zadebiutowało wspomniane wydawnictwo? Dziś znowu udamy się w podróż do wnętrza Ziemi.

Powieść Merritta jest spisaną relacją Waltera T. Goodwina – naukowca, który bada florę wysp południowo-pacyficznych. Mężczyzna spotyka swojego dawnego znajomego, doktora Throckmartina, który opowiada mu mrożącą krew w żyłach historię. Gdzieś daleko, na jednej z zapomnianych wysepek Mikronezji, zetknął się z absolutną grozą – jej ucieleśnienie w postaci latającego, utkanego ze światła demona, nazwanego „Zamieszkującym”, podąża teraz uporczywie jego śladem. Po dramatycznych wypadkach, kończących spotkanie po latach, Goodwin postanawia ruszyć na rzeczoną wysepkę po odpowiedzi. Nasz bohater oraz napotkani po drodze osobnicy (irlandzki awanturnik-rozrabiaka, norweski marynarz-olbrzym oraz podejrzany, rosyjski komunista) trafiają do miejsca, które całkowicie wywraca do góry nogami ich wiedzę o naszej planecie i jej historii. Pod ziemią istnieje olbrzymia, wysoko rozwinięta cywilizacja, dysponująca nowoczesnymi wynalazkami i potężną energią. Czym dokładnie jest miejsce, do którego trafili bohaterowie? Komu można zaufać? Czy uda się w ogóle stąd ujść z życiem? Kim na Boga jest „Zamieszkujący” – obiekt kultu podziemnego ludu, zwany tu „Promienistym”?

sobota, 6 lipca 2019

Ukryty pokój. Opowieści osobliwe i makabryczne.

Literacka "Strefa mroku"

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

W wrześniu 1985 roku pijany Bruce Willis wykręcił numer do swojego mieszkania i usłyszał po drugiej stronie własny głos. Ok, nie był to Bruce Willis, lecz Jay Novins, bohater pierwszego odcinka nowej edycji „Strefy mroku”, grany przez przyszłego gwiazdora Hollywood. Tak właśnie zaczęła się druga seria jednego z najbardziej charakterystycznych seriali w historii telewizji. Był to jeden z telewizyjnych symboli dzieciństwa mojego pokolenia. W każdym odcinku działy się rzeczy wymykające się zdrowemu rozsądkowi i wskazujące na to, że nasz racjonalny ogląd świata jest zbyt ograniczony i niepełny. Działy się rzeczy DZIWNE. Co to ma wspólnego ze zbiorem opowiadań Roberta Aickmana, wydanym niedawno przez Wydawnictwo IX?

Bardzo dużo. I nie chodzi tu tylko o opowiadanie „Jaka zimna rączka”, w którym główny bohater zostaje opętany przez nawiedzony telefon i stopniowo osuwa się w szaleństwo. We wszystkich ośmiu tekstach Aickmana zawartych w zbiorze dzieją się rzeczy DZIWNE, idealnie pasujące do estetyki i założeń wspomnianego wyżej serialu. Co ciekawe, część z nich powstała w czasach emisji jego pierwszej serii, a sam autor nazwał swoją twórczość bardzo adekwatnie – „strange stories”. Macie ochotę na literacką „Strefę mroku” napisaną w bardzo klasycznym stylu, nawiązującym do najlepszych przedstawicieli gatunku z przełomu wieków? Lubicie grozę Raya Bradbury’ego? „Ukryty pokój. Opowieści osobliwe i makabryczne” jest świetnym wyborem.

środa, 20 marca 2019

Zaginiony stradivarius

Groza pięciolinii

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Zaginiony stradivarius”, autorstwa Johna Meade’a Falknera, jest kolejną propozycją Wydawnictwa IX. Tę bardzo krótką powieść, wydaną w 1895 roku, porównuje się nieustannie z tekstami M. R. Jamesa – jednego z najbardziej znanych autorów opowiadań grozy z początków dwudziestego wieku. Chodzi przede wszystkim o dość często używany przez Jamesa motyw przeklętego przedmiotu, który trafia w ręce wykształconego, racjonalnego człowieka. Nawiedzony artefakt okazuje się kluczem do bram piekieł i impulsem obłędu – w przypadku powieści Falknera są to skrzypce.

„Zaginiony stradivarius” jest jednak starszy od pierwszego zbioru Jamesa dokładnie o dziewięć lat. Nie ma tu zatem mowy o inspiracji – może jedynie o pewnym nieuświadamianym pokrewieństwie myśli obydwu twórców. Narratorką w powieści jest pani Sophia Maltavers, która opowiada swojemu bratankowi tragiczne dzieje jego rodziców – Johna Maltaversa, studenta college’u Magdalen Hall w Oksfordzie, oraz Konstancji Temple, swojej przyjaciółki. John od zawsze kochał muzykę – wieczorami przesiadywał w studenckim lokum wraz ze swoim oddanym przyjacielem, Williamem Gaskellem i razem odgrywali, jak w transie, najpiękniejsze osiemnastowieczne utwory na skrzypce i pianino. Problem w tym, że za każdym razem, gdy docierali do gagliardy z „Aeropagity” Grazianiego zaczynało dziać się coś dziwnego – począwszy od tajemniczych dźwięków sugerujących dodatkową obecność w pokoju, poprzez uczucie obezwładniającej grozy, aż do manifestacji pewnej przerażającej zjawy. Sytuacja pogarsza się gwałtownie po odnalezieniu przez Johna pewnej tajemnej skrytki, w której schowany został przed laty oryginalny, bezcenny stradivarius. Skrzypce stają się obsesją Johna – Sophia, wspomniany przyjaciel oraz świeżo upieczona, kochająca żona obserwują jego stopniowe pogrążanie się w szaleństwie.

niedziela, 10 lutego 2019

Nadchodząca rasa

„Urodził się, był szczęśliwy, umarł”

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Indiana Jones ciągle miał problemy z nazistami. Szukali Arki Przymierza albo Świętego Graala i chcieli zaprząc ciemne siły do walki po swojej stronie. Mit nazistowskiego okultyzmu do dziś pozostaje niepotwierdzonym historycznie domysłem, elektryzującym zwolenników teorii spiskowych – ale jednocześnie cały czas napędza popkulturę. Indiana Jones to chyba najpopularniejszy z przykładów – a znamy ich przecież o wiele więcej. Jedną z najważniejszych cegiełek budujących ów mit jest krótka powieść Edwarda Bulwera-Lyttona sprzed niemal stu pięćdziesięciu lat. Wydawnictwo IX po raz pierwszy w Polsce wydało „Nadchodzącą rasę”.

Druga połowa dziewiętnastego wieku w Europie była epoką narastającej okultystycznej obsesji. W wielu domach po kolacji wirowały stoliki i dochodziło do kontaktów z zaświatami. Popularność zdobywały śmiałe, zupełnie oderwane od naukowego dorobku cywilizacji, teorie oparte na swobodnej interpretacji wschodniego mistycyzmu, zapisów Starego Testamentu, czy nawet filozofii starożytnej Grecji. Jedną z nich była hipoteza zakładająca, że nasza planeta jest w środku pusta i że w okolicach biegunów mogą znajdować się wejścia do podziemnego królestwa. Miała je zamieszkiwać cywilizacja, która przed tysiącami lat zeszła pod ziemię, ratując się przed kataklizmami. Według niektórych teorii byli to uciekinierzy z zatopionej Atlantydy, którzy zdołali ocalić nie tylko samych siebie, ale i wysoko zaawansowaną technologię.

sobota, 17 listopada 2018

Ciemna strona księżyca

Poza limes

W lipcu tego roku Wydawnictwo IX wznowiło powieść „Ciemna strona księżyca” Grzegorza Gajka. Autor w przedmowie przybliża proces jej powstawania – okazuje się, że wylądowała na jakiś czas w szufladzie i to nie ona stała się jego wydawniczym debiutem. Wspomina o tym, jak w trakcie budowania świata powieści i zarysowywania fabuły, pisał dodatkowe opowiadania o jej bohaterach – zostały one dołączone do najnowszego wydania. Mocno pogłębiają one charakterystyki bohaterów oraz ich motywacje, a dodatkowo, co najważniejsze, rzucają dodatkowe światło na fabułę – a zdawać się ona może, zwłaszcza po zbyt pobieżnym czytaniu, nieco enigmatyczna.

„Ciemna strona księżyca” to science fiction z elementami grozy, czyli rodzaj literatury rzadko obecnie spotykany na polskim rynku. Rzecz dzieje się „na krańcu poznanego wszechświata”, w układzie planetarnym Empireum. Ostatnia planeta układu, gazowy gigant o tej samej nazwie, uważana jest za najbardziej przerażające i niepojęte miejsce w całym kosmosie. W jej atmosferze dochodzi do niebywałych anomalii nazywanych Aniołami Kartezjusza a wokół globu rozciąga się tak zwana „strefa ciszy”, gdzie nie działa żadna elektronika. Statki kosmiczne, które nieopatrznie wlatują do owej strefy, znikają, aby pojawić się znienacka po kilku dniach lub tygodniach z ludźmi-warzywami na pokładzie – bełkoczącymi i robiącymi pod siebie. „Limes”, stacja kosmiczna orbitująca wokół księżyca Empireum wejdzie niedługo w ową „strefę ciszy”. Większość jej mieszkańców została już ewakuowana, a ci którzy pozostali, czekają na czteroosobową ekspedycję z Ziemi. Celem wyprawy jest wyjaśnienie zagadki planety.

wtorek, 13 listopada 2018

Oczy pełne szumu

Piekło na pełny regulator

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

W „Zaginionej autostradzie” Davida Lyncha ktoś podrzuca bohaterom kasety video, na których mogą zobaczyć wnętrze ich własnego domu. Ktoś naruszył ich domowy mir, ktoś wszedł z butami w ich prywatność. Te, przybrudzone śniegiem białego szumu, nagrania były punktem zwrotnym fabuły, pęknięciem na granicy pomiędzy światem realnym i wyimaginowanym. Podobna rzecz dzieje się w powieści Dawida Kaina, wydanej właśnie przez Wydawnictwo IX. „Oczy pełne szumu” to mocno zredagowana, poprawiona i rozszerzona wersja książki „Prawy, lewy, złamany”, która pojawiła się na rynku już jedenaście lat temu.

Kraków, ponura dzielnica z budynkami wybudowanymi w czasach PRL-u, przesiąknięte smogiem, smutne i nudne blokowisko. „Szklana pogoda”, bijąca z okien każdego popołudnia i wieczora, nie jest wymuszona żadną zewnętrznie stanowioną godziną policyjną – to zmęczeni rzeczywistością i samymi sobą ludzie ochoczo przykuwają się do telewizorów. Już na początku poznajemy czwórkę głównych bohaterów powieści. Anka, osuwająca się w depresję po rozstaniu z chłopakiem, ciągle zła na cały świat studentka filozofii. Paweł, ochroniarz z pobliskiej dyskoteki, mały człowieczek w kostiumie cwaniaka, podkochujący się w Ance. Andrzej, nastolatek żyjący od lufki do jointa i od pały z matmy do pały z polaka. I w końcu Olek, dziennikarz muzyczny, były Anki, który nie wytrzymał jej zaborczości, a teraz nie wytrzymuje ignorancji swojego szefa, nieznającego się na muzyce.