Nie ma pigułki
Nie znalazłem jeszcze książki, która siłą oddziaływania na psychikę i sugestywnością wizji, choćby w małym stopniu zbliżyła się do tej powieści. Właśnie przeczytałem ją po raz trzeci na przestrzeni dwudziestu lat - i znowu, chyba nawet bardziej niż poprzednio, rozłożyła na łopatki. Być może są osoby, które po dokładnym przeczytaniu tej powieści i zastanowieniu się o czym właściwie ona traktuje twierdzą, że "Rok 1984" nie przeraża. Pytanie - czy aby na pewno zrozumiały o co chodzi? Kazamaty Ministerstwa Miłości, w których Winston Smith przechodzi swą reedukację w trzecim rozdziale powieści, to groza w stanie czystym. Ale jest to raczej groza intelektu, negacja zdrowego rozsądku, strach przed odebraniem człowieczeństwa i uczynieniem bezosobowym trybem w maszynie, groza likwidacji wszelkich przymiotów owo człowieczeństwo definiujących i odcięcia wszelkich podpór na których opieramy percepcję i interpretację rzeczywistości.
Winston Smith jest jak Neo z wiadomego filmu Wachowskich. Neo, który czuje coraz bardziej, że świat, w którym żyje nie może być naturalnym, zdroworozsądkowo ustalonym stanem rzeczy. Realia, w których przyszło żyć Winstonowi to świat całkowicie podporządkowany zasadom wdrożonym przez Partię, czyli bezosobowy, ale jednak zbudowany z ludzi twór, będący wynaturzeniem totalitarnych władz - komunistycznych bądź nazistowskich. Partia rządzi niepodzielnie jednym z trzech światowych mocarstw, Oceanią, na którą składają się obie Ameryki, Wyspy Brytyjskie, Australia i południowa połówka Afryki. Oceania uwikłana jest w ciągłą, celowo prowadzoną wojnę naprzemiennie z dwoma innymi supermocarstwami: Eurazją, będącą tak naprawdę Związkiem Radzieckim rozrośniętym do monstrualnych rozmiarów oraz Wschódazją, czyli Chinami Mao, które połknęły Azję południową i wschodnią.
