Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Delacorte. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Delacorte. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2026

Trzęsienie czasu

Gulasz

Ostatnia powieść Kurta Vonneguta ukazała się w 1997 roku. Po części autobiograficzna, po części syntetyzująca całą filozofię twórczą autora. Trudna i wymagająca znajomości dzieł poprzednich. „Gulasz” – jak określił ją sam Vonnegut – miks pomysłów, idei, obsesji i wspomnień. Podsumowanie.

Od „Hokus Pokus” minęło aż siedem lat – to najdłuższa przerwa między powieściami na jaką sobie Vonnegut kiedykolwiek pozwolił. W przedmowie do „Trzęsienia czasu” mówi, że nie podoba mu się to, co napisał, że nie ma to sensu, ale było konieczne. Oto 13 lutego 2001 roku nastąpiło nagłe przerwanie kontinuum czasoprzestrzeni, w wyniku którego cały wszechświat cofa się o dziesięć lat – do 17 lutego 1991 roku. Wszyscy mieszkańcy Ziemi zmuszeni są do przeżycia tej dekady jeszcze raz, w pełni świadomi tego, że już kiedyś robili dokładnie to samo. Jak w programie komputerowym bez możliwości odejścia od scenariusza – te same wydarzenia, spotkania, rozmowy, związki, tragedie i sukcesy. Każdy musi jeszcze raz popełnić te same błędy, podjąć te same decyzje i doświadczyć – minuta po minucie – dokładnie tego samego. Dopiero, gdy „wróci” 13 lutego 2001 roku ludzkość odzyska to co nazywa „wolną wolą” i historia potoczy się dalej.

czwartek, 11 czerwca 2026

Hokus Pokus

I po co to wszystko?

To już przedostatnie spotkanie z Kurtem Vonnegutem. W roku 1990 – jak to się mówi – wszystko mógł, nic nie musiał. Wydana w tym czasie powieść „Hokus Pokus” jest przez to bardzo autorska, bardzo ukierunkowana na analizę Ameryki zakończonych właśnie lat osiemdziesiątych, a zdecydowanie mniej na łatwo przyswajalną fabułę. Trend ten utrzymuje się zresztą już od „Galapagos”.

Głównym bohaterem „Hokus Pokus” jest Eugene Debs Hartke, urodzony w 1940 roku. Jego imię jest hołdem dla Eugene’a Victora Debsa, słynnego amerykańskiego działacza socjalistycznego z lat dwudziestych XX wieku. Eugene sporo w życiu przeżył – walczył w Wietnamie, gdzie doszedł do stopnia pułkownika; ożenił się z kobietą obciążoną genetycznie problemami psychicznymi, które oczywiście dadzą o sobie znać w przyszłości; dostał pracę w Tarkington College i jako nauczyciel fizyki i muzyki kształcił młodzież z „brakami intelektualnymi”; potem uczył pisać i czytać w pobliskim zakładzie karnym o zaostrzonym rygorze, a na koniec został oskarżony o organizację masowej ucieczki z więzienia. Siedzi teraz w celi w oczekiwaniu na proces i opisuje swoje życie – dokładnie tak, jak Howard W. Campbell w „Matce Nocy”. Kurt Vonnegut zresztą bardzo lubi tego rodzaju narracje – spowiedzi życia głównych bohaterów znajdziemy w większości jego powieści.

czwartek, 14 maja 2026

Sinobrody

Sztuka z duszą

„Sinobrody, autobiografia Rabo Karabekiana (1916-1988)”, wydana w USA w roku 1987, jest spowiedzią życia w postaci niechronologicznego strumienia świadomości. Narratorem jest malarz, twórca ekspresjonizmu abstrakcyjnego, znany nam już z „Śniadania mistrzów” – Rabo Karabekian, syn ormiańskich imigrantów cudem ocalałych z wiadomej rzezi. Nie ma w „Sinobrodym” fantastyki, nie znajdziemy w niej Kilgore’a Trouta, zapomnijcie o surrealizmie – jest groteskowa, satyryczna, wymagająca nieco dystansu autobiografia.

Rabo Karabekian jest już stary i samotny. Siedzi całymi dniami w swym wielkim domostwie w otoczeniu abstrakcyjnych obrazów i czasem odwiedza go Paul Slazinger, pisarz-nieudacznik. Do zrobienia rozrachunku z własnego życia skłoniła go znajomość z energiczną, bezczelną i zbyt pewną siebie kobietą – Circe Berman. Rabo został zdominowany przez Circe całkowicie – jednego postanowienia trzyma się jednak uparcie. Nikt za jego życia nie może wejść do starej kartoflarni obok domu. Tam Rabo przechowuje coś tajemniczego, zakazanego – „coś większego od koszyka na pieczywo, a zarazem mniejszego od planety Jowisz”. Jest niczym tytułowy Sinobrody, nie pozwalający zaglądać swoim kolejnym żonom do tajemniczego pomieszczenia pod karą śmierci.

czwartek, 2 kwietnia 2026

Galapagos

Epoka wielgachnych mózgów

Kurt Vonnegut pisał swą jedenastą powieść w odosobnieniu, w małym mieszkaniu w Greenwich Village – potrzebował ciszy, spokoju i poczucia izolacji. Tak jakby chciał wczuć się w położenie bohaterów pisanej właśnie książki – „Galapagos”.

Narratorem powieści jest duch Leona Trouta – syna słynnego pisarza Kilgore’a Trouta, którego kojarzymy chociażby z „Śniadania mistrzów”. Narrator mówi do nas z przyszłości oddalonej o milion (!) lat od roku 1986, kiedy to rozpoczyna swą opowieść. Otóż w roku owym, podczas globalnego kryzysu ekonomicznego, w trakcie którego padały największe gospodarki świata, wyruszyła z Ekwadoru na Galapagos „Przyrodnicza wyprawa stulecia”. Wycieczka statkiem o wymownej nazwie „Bahia de Darwin” liczyła kilkoro uczestników, z których ocalało jeszcze mniej. Stali się ostatnim bastionem ludzkości – cała jej reszta wyginęła na bliżej nieokreśloną „zarazę bezpłodności”. Rozbitkowie na Galapagos przetrwali i stali się zarzewiem nowej ludzkości, ewoluującej na odosobnionej wyspie w zgoła nieoczekiwanym kierunku.

czwartek, 19 lutego 2026

Rysio snajper

Strzeżcie się życia

Rudolph „Rudy” Waltz, narrator dziesiątej powieści Kurta Vonneguta, czyli tytułowy „Rysio snajper”, jest oczywiście kolejną „ofiarą ciągu przypadków”. Jest to chyba najtragiczniejszy i najbardziej politowania godny bohater Vonneguta jak do tej pory, a przecież wszystko wskazywało na to, że Waltera F. Starbucka z „Recydywisty” już nikt nie pobije.

„Deadeye Dick” wyszedł w 1982 roku, trzy lata po „Recydywiście” i trzy lata przed „Galapagos”. „Do jeszcze nienarodzonych, do wszystkich niewinnych wiązek jednorodnej nicości: strzeżcie się życia. Zaraziłem się życiem. Zapadłem na życie” – tak zaczyna się ta powieść. Brzmi to z początku cokolwiek groteskowo i na pierwszy rzut oka bardzo metaforycznie, jednak pod koniec powieści przyznajemy rację Rudy’emu – w jego przypadku życie było ciężką, nieuleczalną chorobą. Gdy tylko w 1932 roku „otworzyła się jego dziurka”, przez którą wyszedł na świat, mierzyć musiał z szeregiem zdarzeń bez możliwości realnego na nie wpływu, aż do tego jednego, które zakończyło jego życie. Zakończyło nie w takim sensie, jaki przychodzi nam wszystkim do głowy – Rudy żył bowiem dalej, ale w epilogu swej egzystencji, kodzie rozciągniętej ponad miarę za definiujący wszystko punkt kulminacyjny.

niedziela, 18 stycznia 2026

Recydywista

Tylko spokój

Kurt Vonnegut w „Syrenach z Tytana” nazwał ludzi „ofiarami ciągu przypadków”. Znaczy pozbawionymi wolnej woli trybikami w wielkiej maszynie historii, czy nawet rzeczywistości. Wszystko „się po prostu zdarza” jak w „Rzeźni numer pięć”. Walter F. Starbuck, bohater „Recydywisty”, czyli dziewiątej powieści Vonneguta, jest chyba największą ofiarą specyficznej ontologii światów autora i choć nie potrafi jej się oprzeć, to przynajmniej wie, jak jej ulegać z godnością. Choć nauka ta nie przyszła mu z łatwością. 

„Jailbird” z 1979 roku opatrzony jest naprawdę długim prologiem, w którym Kurt Vonnegut przytacza pewien epizod z 1945 roku, który zainspirował go po latach do napisania tej powieści. Ojciec i wuj Vonneguta przedstawili mu wtedy Powersa Hapgooda, przywódcę Amerykańskiej Partii Socjalistycznej i wielkiego działacza związkowego. Hapgood ukształtował postać Starbucka, syna polskiego szofera i litewskiej kucharki pracujących w rezydencji niejakiego Alexandra McCone’a, potomka wielkich amerykańskich fabrykantów i kapitalistów. McCone traktował Waltera jak syna, łożył na jego wychowanie, a nawet wysłał go na Harvard. Walter opowiada w niechronologiczny sposób swoje bardzo trudne życie, kreując się na kompletnego fajtłapę i nieudacznika. W czasach Roosevelta pracuje w Departamencie Obrony, wykonując jakiś mało znaczące obowiązki, nieumyślnie denuncjuje swego kolegę w czasach szalejącego maccartyzmu, żeni się z wyzwolenicą z obozu koncentracyjnego, aby potem zostać kozłem ofiarnym afery Watergate jako kompletnie przez nikogo nie szanowany „doradca prezydenta do spraw młodzieży” i na koniec wpaść w szpony globalnej korporacji.

czwartek, 4 grudnia 2025

Slapstick

Nigdy więcej samotności!

Trzy lata po „Śniadaniu mistrzów” ukazała się chyba najbardziej groteskowa i śmiejąca się w twarz krytykom powieść Kurta Vonneguta – „Slapstick, albo nigdy więcej samotności”. Jest to też, jak pisze w prologu sam autor, „książka najbliższa autobiografii jaką kiedykolwiek napisał”. 

Wspomniany prolog, w którym to właśnie Kurt Vonnegut jest narratorem, jest niezwykle istotny dla odbioru powieści. Autor pisze, że w wyniku I Wojny Światowej został oderwany całkowicie od swego rodzimego dorobku kulturowego – podczas międzywojnia nikt w USA nie chciał być „Niemcem”. Rodzina Vonnegutów została wykorzeniona z niemieckiej tradycji, którą rugowano niemiłosiernie. Jego rodzice stali się „wymiennymi częściami w amerykańskiej machinie”. Jednocześnie gwałtowny rozwój społeczeństwa i technologii pierwszych dwóch powojennych dekad w mniemaniu Vonneguta spowodował atomizację społeczeństwa i epidemię samotności. Koniec z wielopokoleniowymi rodzinami, więziami, wartościami i tradycją. Żyjemy w coraz szczelniej odseparowanych bańkach, każdy sobie rzepkę skrobie.

czwartek, 23 października 2025

Śniadanie mistrzów

Po co człowiek żyje?

„Śniadanie mistrzów” to zdecydowanie najbardziej zwariowana i groteskowa powieść Kurta Vonneguta jak do tej pory. Znamy już ten sposób na literaturę – mnóstwo zwięzłych, kilkuakapitowych anegdot oddzielonych trzykropkami i ułożonymi w niezbyt chronologicznej kolejności. W omawianej dziś siódmej już powieści Vonneguta z chronologią problemu nie ma. Ba, doszło mnóstwo żartobliwych rysunków autorstwa samego pisarza.

Fabuła nie ma większego znaczenia. Można za samym autorem napisać, że „jest to opowieść o spotkaniu dwóch samotnych, chudych, dość starych ludzi na szybko umierającej planecie”. Jednym z nich jest Dwayne Hoover, bogaty sprzedawca samochodów z Midland City (fikcyjnego miasta gdzieś w Michigan) w przededniu utraty zmysłów. Żona popełniła ostatnio samobójstwo, syn jest gejem i jako „Kicia” gra na fortepianie w szemranych knajpach, a on sam zaczyna doznawać poważnych zakłóceń w odbiorze rzeczywistości. Drugim bohaterem jest Kilgore Trout, autor ponad dwustu powieści science fiction (i jeszcze większej ilości opowiadań), o którym nikt na świecie nie słyszał, bo Trout pisze wszystko tylko w jednym egzemplarzu i wysyła do niszowych wydawnictw bez adresu zwrotnego. Trout rusza przez Amerykę na Festiwal Sztuki w Midland City i tym samym zapoczątkowuje absurdalny ciąg zdarzeń, kierujący go na kurs kolizyjny z Dwayne’em Hooverem. A sam Kurt Vonnegut już siedzi w swej wymyślonej knajpie, gdzie pod koniec powieści dojdzie do wydarzeń niesłuchanych.

czwartek, 11 września 2025

Rzeźnia numer pięć

Zdarza się

„Rzeźnia numer pięć” jest chyba najbardziej znaną powieścią Kurta Vonneguta. Jest też jedną z najlepszych. Bombardowanie Drezna w lutym 1945 roku wyryło trwały ślad w pamięci młodego, dwudziestodwuletniego jeńca wojennego – gdy ćwierć wieku później był już uznanym pisarzem, postanowił przepracować starą traumę przez opisanie tamtych doświadczeń. Ale nie było to jego jedynym celem, zagadnienia poruszane w „Rzeźni numer pięć” są nieco szersze.

„Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę” – jak mówi pierwsze zdanie powieści. Vonnegut pisze o swoich doświadczeniach wojennych, ale w bardzo specyficzny sposób – pojawia się jako pierwszoosobowy narrator tylko w pierwszym i ostatnim rozdziale powieści, a we wszystkich pomiędzy opisuje perypetie niejakiego Billy’ego Pilgrima, fajtłapowatego chłopaka ze Stanów Zjednoczonych. Billy, w wyniku obowiązkowego poboru wojskowego, trafił do Luksemburga w czasach niemieckiej kontrofensywy w Ardenach, został schwytany na tyłach wroga przez nazistowskich żołnierzy, wylądował w obozie jenieckim dla Sowietów, aby w końcu chować się przed alianckim bombardowaniem Drezna w tytułowej, nie działającej już od kilku lat rzeźni z numerem 5 nad drzwiami. Vonnegut wszystko to przeżył osobiście, ale przeniesienie swoich własnych doświadczeń na fikcyjną postać pozwoliło mu wpleść do fabuły istotny wątek fantastyczny i filozoficzny.

czwartek, 24 kwietnia 2025

Syreny z Tytana

Ofiary ciągu przypadków


Druga powieść Kurta Vonneguta ukazała się dopiero siedem lat po pierwszej. Moglibyśmy już w „Pianoli” doszukiwać się cech science fiction, ale tak naprawdę dopiero „Syreny z Tytana” możemy zaszeregować do tej konwencji literackiej. Choć i tak elementy fantastycznonaukowe nie są tu najważniejsze – są pretekstowe i umowne. Znaczy – są tylko narzędziami. Jesteśmy tak daleko od hard s-f jak to tylko możliwe – co w przypadku fantastycznych powieści Kurta Vonneguta jest oczywiście normą.

Pewien bogaty, żonaty i szukający w życiu „czegoś więcej” człowiek, Winston Niles Rumfoord z Nowej Anglii, poleciał ze swoim psem w kosmos. Próbował tam odnaleźć szeroko pojętą „prawdę o świecie” – co zresztą cała ludzkość robi od tysięcy lat. Znalazł więcej niż się spodziewał – tajemnicze, niezrozumiałe zjawisko o nazwie „infndybuła chronosyklastyczna”, zawierające wszystkie możliwe subiektywnie wyrażane prawdy o wszechświecie. Rumfoord i jego pies zostali zamienieni w falę prawdopodobieństwa rozciągającą się od naszego Słońca aż do Betelgezy (nie wiadomo czemu akurat tak) – istnieją w każdym możliwym miejscu i czasie, znają przeszłość i przyszłość. Gdy falę przecina jakieś ciało niebieskie następuje na nim swego rodzaju kolaps funkcji falowej i dochodzi do materializacji naszych niewydarzonych astronautów. Przy czym – co znamienne – na Tytanie, jednym z księżyców Saturna, Rumfoord i jego pies występują w fizycznej postaci na stałe.