wtorek, 22 maja 2018

Koniec śmierci

Nadmiar człowieczeństwa

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

No dobra, to na czym skończyliśmy? Aha, wiemy już, że wszechświat to przerażający ciemny las a nasza mała planetka to krzykliwy, jaskrawo upierzony ptak na gałęzi jednego z drzew. Wielkie, drapieżne ptaszysko, czyli Trisolarianie, zostało w ostatniej chwili powstrzymane przez fortel Luo Ji. Ten socjolog kosmicznych cywilizacji okazał się ostatnią nadzieją ludzkości. Zagrał va banque i wygrał – zaczęła się kosmiczna zimna wojna. Trzecia część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to dalsze dzieje ludzkości, skazanej na potworną samotność z konieczności. Cixin Liu ma rozmach – jego „Koniec śmierci” zabiera nas w tak odległą przyszłość, tak niezmierzone przestrzenie i tak abstrakcyjne wymiary, jak mało która powieść science fiction.

Pewna pani naukowiec z Państwa Środka, Cheng Xin, pracowała dla Planetarnej Agencji Wywiadowczej w czasach, gdy Trisolarianie byli jeszcze w drodze do Układu Słonecznego. Z dnia na dzień stała się obiektem zazdrości większości kobiet na świecie – jakiś tajemniczy wielbiciel kupił jej gwiazdkę z nieba. Dosłownie. Otóż jej były kolega ze studiów o imieniu Tianming postanawia wydać cały swój majątek na prezent dla ukochanej, zanim rak płuc zje go żywcem. Cheng Xin dowiaduje się o tym trochę za późno, więc postanawia odnaleźć go w przyszłości wśród gwiazd. Również dosłownie. Nie przypuszcza jeszcze, że ostatecznie otrzyma od Tianminga prezent, przy którym bledną wszystkie gwiazdy. Także jak najbardziej dosłownie.

piątek, 18 maja 2018

Wojna światów

Esperanto śmierci

Wydawnictwo Vesper wydało właśnie najsłynniejszą i mojej opinii najlepszą powieść Herberta George'a Wellsa. Podobnie jak w poprzednich powieściach, autor wskazuje na zagrożenia płynące z niewłaściwego wykorzystania zdobyczy naukowych, tym razem są one jednak używane przez pozaziemską cywilizację. Na Ziemię spadają wielkie metalowe walce, przenosząc w swoim wnętrzu Marsjan i ich broń – charakterystyczne trójnogie pojazdy, przed którymi uciekał Tom Cruise w 2005 roku. Ludzie z początku traktują te wydarzenia jako kolejną ciekawostkę, atrakcję rozjaśniającą ich smutny i ciemny codziennością świat. Marsjanie jednak nie maja pokojowych zamiarów, ich celem jest całkowite zniszczenie ludzkiej cywilizacji i zajęcie Ziemi. Nie ma negocjacji, nie ma prób porozumienia, białe flagi trzeba przeszyć na całuny. Marsjański blitzkrieg ustanawia błyskawicznie nowy porządek świata a ludzkość zostaje zgnieciona szybciej niż jest w stanie wyjść z szoku i w ogóle uświadomić sobie co się dzieje.

czwartek, 17 maja 2018

Zabójczy żart

„Zabójczy żart” Alana Moore’a i Briana Bollanda jest dla mnie komiksem szczególnym. W styczniu 1991 roku, na jakimś dworcu autobusowym poszedłem do kiosku, po coś tam. Byłem wtedy dwunastolatkiem zakochanym w Tytusie, Kleksie, Kajku i Kokoszu. Gdy wypatrzyłem dziwny komiks, z lekko przerażającą twarzą bladego kolesia z aparatem fotograficznym, zacząłem głośno wołać swoją mamę. „Kup mi, proszę!”, I się zaczęło. Całe kieszonkowe szło od tej pory na komiksy TM-Semic (kosztowały 9900 zł każdy, więc były raczej drogie w porównaniu do dotychczasowych).

Nie chcę pisać typowej recenzji „Zabójczego żartu” ani żadnej interpretacyjnej rozprawy. Przeczytałem przysłowiowe dziesiątki analiz, w tym tę bardzo głośną, autorstwa Granta Morrisona. Dwadzieścia siedem lat temu nie wiedziałem o czym czytam, nie zrozumiałem chyba nic. W pamięci zapadła głęboko psychodela, bezsensowna brutalność, żart o latarce zgaszonej w „połowie drogi”, Barbara padająca na ziemię w deszczu szkła, martwy właściciel wesołego miasteczka zastygły w wiadomej pozie, czerwony hełm bez otworów na oczy, biedne skorupiaki, komisarz Gordon na smyczy, szalony rollercoaster w lunaparku (sparodiowany po latach w „South Park”), enigmatyczne zakończenie i wspaniałe rysunki. To jest idealny przykład komiksu (w moim przypadku jedyny taki), który przeczytany w dzieciństwie, nie stracił nic podczas kolejnych odczytów – a była ich niezliczona ilość. Zmienia się oczywiście perspektywa, ale zachwyt pozostaje cały czas ten sam.


Teraz patrzę na to wszystko zupełnie inaczej, w inny sposób czytam i oglądam tę historię. Kto jest ostatecznie górą w tej rozgrywce? Batman czy Joker? Dopuszczam oczywiście tezę Morrisona, w której to Joker i jego racje są ostatecznie na wierzchu, choć w głębi duszy skłaniam się raczej ku tej popularniejszej – Batman pokazał, że Joker się myli. I cały czas nie jestem pewien jednego – jak dokładnie interpretować końcowy żart Jokera o dwóch szaleńcach uciekających z wariatkowa?


Tytuł: Zabójczy żart
Scenariusz: Alan Moore
Rysunki: Brian Bolland
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: The Killing Joke
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Detective Comics
Data wydania: marzec 2012
Liczba stron: 64
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 175 x 265
Wydanie: I
ISBN: 9788323747628

poniedziałek, 14 maja 2018

Kull, banita z Atlantydy

Tym toporem władam!

Zanim nastała Era Hyboryjska i zanim pewien niezniszczalny wojownik, w którego filmową wersję wcielił się Arnold Schwarzenegger, zawojował cały świat, ludzka cywilizacja istniała, rozwijała się i upadała cyklicznie przez dziesiątki tysięcy lat. Przynajmniej w wyobraźni Roberta E. Howarda, twórcy postaci wspominanego już przeze mnie Solomona Kane’a oraz bohatera, któremu przyjrzymy się dziś – Kulla, wygnańca z Atlantydy i przyszłego króla Valusii, największego imperium ówczesnego, cywilizowanego świata. Howard wymyślił tę postać w czasie, gdy nawet nie marzył o popularności, jaką w przyszłości przyniesie mu Conan. Wszystko, co kiedykolwiek napisał o Kullu możemy znaleźć w zbiorze wydawnictwa Rebis, pod tytułem, oczywiście, „Kull, banita z Atlantydy”. Mamy tutaj opowiadania, które ukazały się pierwotnie w „Weird Tales” (jeszcze za życia Howarda), „King Kull” z 1967 roku, „Kull” z 1978 oraz (co chyba najważniejsze) teksty, które nigdy wcześniej nie ujrzały światła dziennego – wersje opowiadań prosto z howardowskiej maszyny do pisania.

Kiedy żył Kull? Nie wiadomo dokładnie. Może sto tysięcy lat temu, jak wynika to z opowiadania „Królowie nocy”, lub po prostu „kilkadziesiąt tysięcy”, o których czytamy w przedmowie. Na wielkim kontynencie o nazwie Thuria istniało wówczas kilka królestw, z których największym, najstarszym i najpotężniejszym była Valusia. Czasy, w których władzę nad Valusią dzierżył obcokrajowiec, uzurpator i budzący strach barbarzyńca o imieniu Kull, był okresem postępującego dekadentyzmu, erozji valusiańskiej państwowości i mocno wyczuwalnego nastroju nadchodzącego, choć przecież nie zapowiadanego, końca świata. Thuria, ląd stary i zmurszały, podobnie jak Cesarstwo Zachodniorzymskie pod koniec swojego istnienia, nękana była coraz bardziej zaciekłymi atakami barbarzyńców z Lemurii, Atlantydy oraz kontynentu Piktów. Nadchodzi Wielki Kataklizm, stare kontynenty znikną w odmętach oceanu a nowe wyłonią się spod jego powierzchni. Zdobycze wielkiej cywilizacji zaginą, legną na dnie morza, zapomniane, usunięte z ludzkiej pamięci. Nasza cywilizacja zostanie zresetowana, ludzie cofną się do epoki kamienia łupanego. Po wielu tysiącach lat powstanie nowa era – Era Hyboryjska, kiedy to świat się odrodzi. Powstaną wielkie narody – Cymmeryjczycy, Stygijczycy, Hyrkanijczycy, Aquilończycy i oczywiście Piktowie ze swym niezniszczalnym genomem.

sobota, 12 maja 2018

Bungalow

...lodowata posępność rzeczy...


Artykuł należy do serii "Nie długość się liczy" #4

„Światło księżyca wciąż wpadało przez zakurzone żaluzje, oświetlając ciała insektów i innych szkodników spoczywających na wypłowiałym dywanie”

Gdzieś w ponurej dzielnicy niezidentyfikowanego miasta jest mała obskurna galeria, prowadzona przez nie stroniącą od alkoholu kobietę. Gdy przejdziesz kilka bezwartościowych i kiczowatych ekspozycji sztuki nowoczesnej, zauważysz mały czarny magnetofon ze słuchawkami. Po założeniu słuchawek i włączeniu magnetofonu usłyszysz pewien senny monolog, wypowiedziany głosem, który z czasem zaczyna upodabniać się do twojego własnego. Głos mówi ci, że siedzisz w środku jakiegoś zdewastowanego bungalowu, na podłodze którego dostrzegasz stary wypłowiały dywan i niezliczoną ilość martwego robactwa, przyjmującego w mroku przerażające formy. Gdy wracasz później autobusem do domu i mijasz jak co dzień domostwa przywodzące na myśl bungalow z dziwnego monologu, uświadamiasz sobie, że ogarnia cię nieodparta chęć wysłuchania tego jeszcze raz. A nawet poznania tajemniczego twórcy nagrań, który w niewyjaśniony sposób staje ci się bliski duchem jako ten, który podobnie jak ty doświadcza estetycznego wrażenia „lodowatej posępności rzeczy”.

środa, 9 maja 2018

Powiedz wszystko

Bulwar zachodzącego słońca 2

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Chuck Palahniuk tym razem napisał powieść-film. Po coraz śmielszych eksperymentach z formą w „Snuff”, „Rancie” czy „Pigmeju”, przyszedł czas na doświadczenie chyba jak dotąd najbardziej radykalne. „Powiedz wszystko” jest praktycznie gotowym scenariuszem filmowym, pełnym cięć, didaskaliów, szczegółowych opisów scenografii oraz tego, co Palahniuk robi najlepiej – refrenowo powracających sentencji i aforyzmów, które czasem niebezpiecznie zbliżają się do obszarów zarezerwowanych dla Paulo Coelho.

Lata pięćdziesiąte, Złota Era Hollywood. Mamy dwie bohaterki. Pierwszą jest starzejąca się, samotna supergwiazda, Katherine Kenton. Drugą – narratorka powieści, Hazie Coogan, służąca Katherine. Według niej jest ona służącą dokładnie w takim stopniu, jak rolnik jest służącym świni albo kartofla. Hazie twierdzi, że jest hodowcą swej pani, fabryką jej osoby i sprawczynią jej sukcesu. A Katherine to produkt, starannie skrojony wytwór hollywoodzkiej maszyny, doglądany i chroniony przez Hazie. Gdy  poznaje pewnego dnia przystojnego młodziana, Webstera Carltona Westwarda III, i nawiązuje z nim romans, w głowie Hazie zapala się czerwona lampka. A co, jeśli to taki uśmiechający się, tańczący dookoła bawidamek wkradający się do życia samotnych, gasnących gwiazd filmowych? Może to złodziej tajemnic, wysłannik jakichś ówczesnych Pomponików i Pudelków? Hazie zrobi wszystko, aby ochronić swą panią przed zagrożeniem. Prawda, jak to bywa u Palahniuka, okazuje się zupełnie niespodziewana i wywraca wszystko do góry nogami.

sobota, 5 maja 2018

Retro Attack! vol. 3

Heavy Metal (1981)



W grudniu 1974 roku we Francji ukazał się pierwszy numer czasopisma „Métal Hurlant”. Był to magazyn, w którym można było znaleźć krótkie komiksy grozy, science fiction, dark fantasy, artykuły na temat książek i filmów z gatunku szeroko pojętej fantastyki. Założyciele magazynu, słynni francuscy twórcy komiksowi, Jean „Moebius” Giraud oraz Philippe Druillet postawili na rozrywkową pulpę, proste krzykliwe fabuły, dużą dawkę akcji i erotyzmu oraz bardzo, bardzo campową estetykę. Oprócz Moebiusa i Druilleta można było podziwiać prace Manary, Pratta, Bilala, Jodorowskiego, Corbena i wielu innych znanych europejskich twórców. To tutaj narodzili się tacy bohaterowie jak Arzach i Major Grubert (Moebius), to tutaj powstały historie z „Eksterminatora 17” Bilala. Do silnej inspiracji światami powstałymi w „Métal Hurlant” przyznają się twórcy zarówno „Star Wars” jak i „Mad Maxa”. Niech ten jeden rysunek Moebiusa, pochodzący z komiksu „Arzach”, zilustruje choć trochę to, o czym mówimy. Postapokaliptyczny, zwariowany, surrealistyczny krajobraz, na którego tle mamy dziwnego kolesia dosiadającego latającego pterodaktyla.