wtorek, 13 listopada 2018

Oczy pełne szumu

Piekło na pełny regulator

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

W „Zaginionej autostradzie” Davida Lyncha ktoś podrzuca bohaterom kasety video, na których mogą zobaczyć wnętrze ich własnego domu. Ktoś naruszył ich domowy mir, ktoś wszedł z butami w ich prywatność. Te, przybrudzone śniegiem białego szumu, nagrania były punktem zwrotnym fabuły, pęknięciem na granicy pomiędzy światem realnym i wyimaginowanym. Podobna rzecz dzieje się w powieści Dawida Kaina, wydanej właśnie przez Wydawnictwo IX. „Oczy pełne szumu” to mocno zredagowana, poprawiona i rozszerzona wersja książki „Prawy, lewy, złamany”, która pojawiła się na rynku już jedenaście lat temu.

Kraków, ponura dzielnica z budynkami wybudowanymi w czasach PRL-u, przesiąknięte smogiem, smutne i nudne blokowisko. „Szklana pogoda”, bijąca z okien każdego popołudnia i wieczora, nie jest wymuszona żadną zewnętrznie stanowioną godziną policyjną – to zmęczeni rzeczywistością i samymi sobą ludzie ochoczo przykuwają się do telewizorów. Już na początku poznajemy czwórkę głównych bohaterów powieści. Anka, osuwająca się w depresję po rozstaniu z chłopakiem, ciągle zła na cały świat studentka filozofii. Paweł, ochroniarz z pobliskiej dyskoteki, mały człowieczek w kostiumie cwaniaka, podkochujący się w Ance. Andrzej, nastolatek żyjący od lufki do jointa i od pały z matmy do pały z polaka. I w końcu Olek, dziennikarz muzyczny, były Anki, który nie wytrzymał jej zaborczości, a teraz nie wytrzymuje ignorancji swojego szefa, nieznającego się na muzyce.

sobota, 10 listopada 2018

Oko na niebie

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

„Oko na niebie” jest, jak to w słynnych „Bożych Inwazjach” napisał Lawrence Sutin, pierwszą powieścią Philipa K. Dicka, w której powątpiewa on w prawdziwość rzeczywistości. To pierwocina takich utworów jak (między innymi) „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Labirynt śmierci” czy wreszcie „Ubik” – tekstów o wiele głębszych i bardziej dopracowanych. Od czegoś trzeba było jednak zacząć – Philip K. Dick już na początku wypalił z wielkiej armaty.

W bewatronie, wielkim akceleratorze protonów w Belmont, dochodzi do tragicznej w skutkach awarii. Ośmioro turystów spada z widokowej platformy wprost na dno akceleratora, gdzie na szczęście zostaje im szybko udzielona pomoc. Główny bohater powieści, Jack Hamilton, pracownik pobliskiej fabryki broni i jego żona budzą się w szpitalu. Szybko dochodzą do siebie – zbyt szybko. Oboje doświadczają dziwnego uczucia, że od momentu przebudzenia coś jest nie tak, coś się zmieniło w otaczającej ich rzeczywistości. Przypomina ona bardziej dekorację teatralną, niż prawdziwy świat i jak zauważa żona Jacka, Marsha: „Od czasu gdy odzyskałam przytomność, to coś zawsze wydaje się być tuż za mną. Mam przeczucie. Gdybym odwróciła się, zobaczyłabym, nie wiem co. Coś ukrywającego się. Coś okropnego”. Po powrocie bohaterów do domu błyskawicznie objawia się im groteskowość świata, w którym się znaleźli – dodatkowo ich życia podejrzanie mocno zostały w jednej chwili powiązane z życiami pozostałych sześciu uczestników wypadku. Jack Hamilton dociera do przerażającej prawdy: cała ósemka bohaterów nadal leży na dnie bewatronu, a to, czego doświadczają, jest rzeczywistością wytworzoną przez umysł jednego z nich. Jakimś niezrozumiałym sposobem wszyscy żyją w tej samej, narzuconej przez jedną osobę iluzji, wszyscy zasiedlają ten jeden wspólny, wyimaginowany kosmos, w którym subiektywnie odczuwane godziny i dni są tylko ułamkami sekund w rzeczywistym świecie. W świecie, gdzie nadal wyje syrena alarmowa, zaś ekipa ratunkowa dopiero poderwała się z miejsc.

środa, 7 listopada 2018

Brygada żydowska

„Bękarty wojny” dla całej rodziny

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

3 lipca 1944 roku, rząd Wielkiej Brytanii ogłosił utworzenie specjalnych oddziałów wojskowych w ramach brytyjskiej armii. W ich skład mieli wejść Żydzi ocaleli z holocaustu, pochodzący z ziem wyzwolonych spod jarzma nazistów. O dziejach tych oddziałów opowiada „Brygada żydowska”, komiks autorstwa Marka van Oppena, belgijskiego twórcy, znanego lepiej jako Marvano.

Marvano, którego kojarzymy przede wszystkim z komiksów science fiction tworzonych wraz z Joe’m Haldemanem, napisał i narysował opowieść o perypetiach członków wspomnianej brygady. Czyni to z niebywałą dbałością o szczegóły i realia historyczne, umiejscawia akcję nie tylko w konkretnym czasie i przestrzeni, lecz doskonale odtwarza owe realia w rysowanych kadrach. To wszystko wskazuje na gigantyczną pracę jaką musiał wykonać przed napisaniem scenariusza. Warto jednak zwrócić uwagę na przypisy, zamieszczone prawie na każdej stronie, które komentują to, co przedstawia Marvano i wskazują czasem na jednak dość swobodne podejście autora do historii.

niedziela, 4 listopada 2018

Prosto z piekła

To była dziwna jesień...

Artykuł powstał przy współpracy z portalem Esensja i został tam pierwotnie zamieszczony.

16 października 1888 roku, dokładnie sto trzydzieści lat temu, George Lusk, przewodniczący Komitetu Czujności Dzielnicy Whitechapel w Londynie, dostał tajemniczy list, do którego dołączone było pudełko z zakonserwowanym kawałkiem ludzkiej nerki. List rozpoczynający się od słów „From Hell…”, jeden z setek, które dotarły tej dziwnej jesieni do Scotland Yardu i innych służb porządkowych Londynu, został po latach uznany za najpoważniejszego kandydata do listu od samego Kuby Rozpruwacza.

Jesienią 1988 roku stulecie koszmaru z Whitechapel oraz towarzyszące tej rocznicy intensywne napięcie i szum w popkulturze, prasie i mediach zainspirowały Alana Moore’a do opowiedzenia tej historii jeszcze raz, po swojemu. Zanim jednak przyjrzymy się efektom tej inspiracji, które przyjęły formę genialnej powieści graficznej, zatytułowanej tak samo jak słynny list, musimy zajrzeć na chwilę do piekła, które w 1888 roku zmaterializowało się w londyńskim East Endzie. Jedna z dzielnic tej części miasta, wspomniana już Whitechapel, pękała w szwach w wyniku napływu imigrantów. Miejsce to postrzegane przez resztę miasta jako współczesna Sodoma i Gomora, miejsce całkowitego upadku moralności, było centrum świata przestępczego, porachunków gangów, handlu alkoholem i narkotykami oraz prostytucji. Od kwietnia 1888 roku do lutego 1891 doszło tam do jedenastu brutalnych, makabrycznych morderstw prostytutek. Pięć z nich, nazwanych potem „kanoniczną piątką”, ze względu na wspólny modus operandi uznano za dzieło najsłynniejszego chyba seryjnego mordercy w historii – Kuby Rozpruwacza. Wszystkie ofiary były potwornie okaleczone, przy czym owe pięć, wedle opinii śledczych, musiały zginąć z ręki jednego człowieka. Głęboko podcięte gardła, rozprute brzuchy oraz amputowane z wręcz chirurgiczną precyzją narządy rozrodcze, nerki, serca i wątroby. Makabryczność i „efektowność” zbrodni wzrastała wraz z kolejną ofiarą.

środa, 31 października 2018

Ostatnie dni Jacka Sparksa

Nie jesteśmy już w Kansas, albo gonzo-horror

„Ostatnie dni Jacka Sparksa” pojawiły się na rynku nagle, bez jakiejś wielkiej promocji i głośnych zapowiedzi. Nie przegapcie tej powieści – jest to jedna z ciekawszych propozycji wydawniczych tego roku. W Stanach Zjednoczonych została określona jako „The Omen for the social media age” – ja dodam jeszcze, że jest to prawdziwie przerażająca książka o gigantycznym ego, przesadnej pewności siebie, kłamstwach, pustce intelektualnej, wyrzutach sumienia i drodze do odkupienia. Otrzymujemy niesamowity gonzo-reportaż w stylu Huntera S. Thompsona – dziennikarza, który pisał swe teksty na kolanie i na krawędzi deadline’u, pozostając zawsze pod wpływem środków odurzających.

Szalona, niezredagowana wersja książki Jacka Sparksa znaleziona w jego laptopie, jest dosłownie zapisem ostatnich dni jego życia. Starszy brat Jacka, Alistair, napisał do niej przedmowę, posłowie i załączył najróżniejsze materiały dodatkowe – korespondencje mailowe oraz relacje świadków wydarzeń z feralnych dwóch pierwszych tygodni listopada 2014 roku. Wyszła z tego trochę prostsza wersja rewelacji ślepego Zampano z „Domu z liści”. Ale nie tylko forma czyni z powieści Arnoppa duchową spadkobierczynię dzieła Marka Z. Danielewskiego – należy również zwrócić uwagę na to, że obaj autorzy w podobny sposób podchodzą do budowania nastroju grozy i legitymizacji rzeczywistości, w której odbywają się opisywane zdarzenia.

niedziela, 28 października 2018

Pełnia piękna

Seksapokalipsa

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Pełnia piękna” jest ostatnią książką Palahniuka, która została przetłumaczona na język polski. W roku 2014, podczas słynnego San Diego Comic Con, kiedy to rzeczona powieść miała swą amerykańską premierę, autor powiedział na jej temat kilka ciekawych rzeczy. Podobno oryginalny tytuł tej „absolutnie pornograficznej książki” miał brzmieć „Fifty Shades of the Twilight Cave Bear Wears Prada” i jest to rzecz, którą chciałby napisać sam markiz de Sade. Zapowiada się ostro.

Penny Harrigan, dwudziestokilkuletnia „dziewczyna z Omahy”, pracuje w wielkiej nowojorskiej kancelarii prawnej. Na razie jako popychadło, „podaj, przynieś, pozamiataj”. Traf chciał, że pewnego dnia zwrócił na nią uwagę bardzo ważny klient – Cornelius Linus Maxwell, megaplayboy, kochanek najpotężniejszych kobiet na świecie, stały bywalec okładek kolorowych pism, multimilioner, który zbił fortunę w branży high-tech. Związek Penny i Maxwella to szokująca karykatura wydarzeń z serialu „Masters of Sex” – Maxwell, z notatnikiem w ręku, przeprowadza na Penny skomplikowane eksperymenty seksualne, trzymając ją w stanie permanentnej, niewyobrażalnej i niemalże zabójczej rozkoszy. Penny, zachłyśnięta swą nagłą, przytłaczającą popularnością w serwisach plotkarskich i oszołomiona życiem sprowadzonym tylko do reakcji na cielesne bodźce, szybko orientuje się, że jej partner chce wypuścić na rynek serię kobiecych kosmetyków do pielęgnacji intymnej marki „Pełnia piękna” i masę najróżniejszych seks zabawek.

czwartek, 25 października 2018

Zbudzone furie

Przekraczanie granic

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Trzecia powieść Richarda Morgana o Takeshim Kovacsu przenosi akcję na ojczystą planetę głównego bohatera – Świat Harlana. Tym razem Kovacs nie zostaje przez nikogo wynajęty ani nie kieruje nim żądza przygód i pieniędzy. To pragnienie zemsty, ból serca i poczucie niewyobrażalnej niesprawiedliwości napędza go do działania. Stonowana noirowa narracja, tak dobrze znana z pierwszej częśći, zaczyna pobrzmiewać ledwo hamowanym wyciem z bólu, a brutalność i przemoc nasilona w drugim tomie osiąga tu jeszcze większe rozmiary.

Świat Harlana jest miejscem gdzie tylko najsilniejsi i najbardziej bezwzględni osobnicy mają szansę na przeżycie. Ta pokryta w dziewięćdziesięciu pięciu procentach przez wodę planeta otoczona jest przez platformy orbitalne Marsjan, tajemniczych obcych o których czytaliśmy w „Upadłych Aniołach”. Artefakty, działające w niezrozumiały sposób, trzymają mieszkańców w szachu, niszcząc „anielskim ogniem” wszystko, co podleci do nich zbyt blisko. Światem Harlana rządzi oligarchia tak zwanych Pierwszych Rodzin, wśród których wysoką pozycję zajmuje japońska yakuza. Nad całą planetą krąży nadal widmo niegdysiejszej rewolucji quellistów, lewicowych buntowników, którzy chcieli obalić skostniały układ i rozpędzić Rodziny. Kwitną nowe religie i sekty, jak chociażby Rycerze Nowego Objawienia, wabiąc zagubionych i szukających bezpieczeństwa ludzi. Na pustkowiach Nowego Hokkaido szaleją zabójcze, niekontrolowane przez nikogo „wimy” (Wojskowe Inteligencje Maszynowe), na które polują zorganizowane grupy najemników, czyli „linków”. Ci mocno zmodyfikowani przedstawiciele ludzkiego gatunku, wraz z całym swoim okablowaniem i elektronicznym wspomaganiem, są praktycznie chodzącymi maszynami, które w coraz mniejszym stopniu przypominają zwykłych ludzi.