sobota, 19 stycznia 2019

Studnia i wahadło

Nawet w grobie nie wszystko zanika




Artykuł należy do serii "Nie długość się liczy" #9

Jakiejkolwiek śmierci, byle nie w studni!

Bezimienny narrator, w bliżej nieokreślonych okolicznościach, zostaje skazany na śmierć przez hiszpańską inkwizycję. Po ogłoszeniu wyroku traci przytomność. Odpływa z rzeczywistości w fantasmagoryczne rojenia i symbole zrozumiałe tylko podświadomie, przez krótką chwilę istnienia w tym bardzo niestabilnym ontologicznie miejscu, do którego odchodzimy opuszczając świat realny. Narrator powraca do rzeczywistości, ale jakby nadal śnił – trafił do miejsca, gdzie panuje absolutna cisza i nieprzenikniona ciemność. Znajduje się prawdopodobnie w lochach inkwizycji, w pomieszczeniu, na środku którego znajduje się otwór prowadzący w głąb nieprzeniknionej studni. Na jej dnie czyha niezdefiniowany horror.

środa, 16 stycznia 2019

100 naboi. Tom czwarty

Rozstawianie figur

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wszyscy, którzy przystępują do czytania czwartego tomu „100 naboi”, muszą wiedzieć jedno – bez znajomości wcześniejszych części nie zrozumieją za wiele z tej historii. Ta, naprawdę epickich rozmiarów, stuodcinkowa (tytuł zobowiązuje) opowieść, za którą od początku do końca stoi tylko dwóch twórców, jest niepodzielną całością. W czwartej odsłonie pojawiają się wszystkie dotychczas poznane ważne postacie oraz kilka nowych. Zmieniają się układy sił, poszerza czytelnicza perspektywa, klarują pewne rozwiązania, a kunszt Briana Azzarella i Eduarda Rissa, choć wydawało się to niemożliwe, rośnie nieprzerwanie.

Firma to głęboko zakonspirowana i od wieków trzymająca prawdziwą, bo niewidzialną, władzę nad Ameryką organizacja. Jak wiemy z poprzednich części, trzynaście rodzin trwa w napiętym i niezbyt stabilnym sojuszu. Kiedyś było łatwiej, ich wewnętrzna „policja”, złożona z najlepiej wyszkolonych zawodowych zabójców na świecie, pilnowała wewnętrznego porządku. Dominująca w organizacji rodzina Medici wymusiła na reszcie decyzję o likwidacji tych tak zwanych „Minutemanów”. Ich przywódca, agent Graves, poprzysięga zemstę i zniszczenie Firmy. Tyle powinny wiedzieć osoby rozpoczynające przygodę z komiksem od czwartego tomu, choć ta wiedza w sumie i tak niczego nie gwarantuje.

niedziela, 13 stycznia 2019

Hard Boiled

Jestem Carl Seltz. Jestem Harry Seltz. Jestem Harry Burns.

Artykuł powstał przy współpracy z portalem Esensja i został tam pierwotnie zamieszczony.

Komiks „Hard Boiled” autorstwa Franka Millera i Geoffa Darrowa to rzecz, na której przeczytanie potrzebujemy maksymalnie pół godziny, mimo iż liczy sobie sto dwadzieścia osiem stron. Jeśli jednak, już po przyswojeniu fabuły, wrócimy na pierwszą stronę i zaczniemy od nowa, okaże się, że przed nami całe dnie, jeśli nie tygodnie, zgłębiania zawartości kadrów. Trzymamy bowiem w rękach najbardziej ekstremalny przykład dysproporcji pomiędzy długością i złożonością scenariusza a siłą i złożonością rysunków.

Autorzy „Hard Boiled” zdobyli Nagrodę Eisnera za rok 1991 (kiedy to pracowali nadal nad trzecią, ostatnią częścią opowieści) w kategorii „najlepszy duet scenarzysta/rysownik”. Frank Miller, cztery lata po dołożeniu cegiełki pod budowę nowej, „Mrocznej”, ery komiksu amerykańskiego (cegiełką tą był „Powrót Mrocznego Rycerza”), rozpoczął prace nad cyberpunkową historią inspirowaną luźno „Blade Runnerem” (przy czym dyskusyjne do tej pory wydaje się to, ile mamy tu wpływu Phillipa K. Dicka, a ile Ridleya Scotta). Gdy Miller otrzymał od Geoffa Darrowa graficzną odpowiedź na pierwsze scenariuszowe wprawki, poczuł się przytłoczony i zdeprymowany. Punkt widzenia rysownika i jego wizja tej, nieistniejącej jeszcze przecież, historii były tak jednoznaczne i zdecydowane, że Miller postanowił dać się ponieść fali, dostosowując się do jej meandrów i nieznacznie tylko manewrując scenariuszowym sterem. Od tej chwili „Hard Boiled” nie mogło już stać się problemowym cyberpunkiem ze skomplikowaną fabułą. Autorzy poszli w pastisz, a energia komiksu została skumulowana w rysunkach, a nie w treści.

czwartek, 10 stycznia 2019

Ostatni prorok

Każdy ma swoje własne otchłanie

Czasem się słyszy, że świat dwudziestego pierwszego wieku, ze swoim pośpiechem, wyścigiem szczurów, pogonią za pieniędzmi, poddaństwem telewizji, internetowi i technologii sprowadził na ludzi depresje, alienacje i wszelkie inne problemy psychiczne i społeczne. Ludzie już się nie odwiedzają, nie rozmawiają – wolą pisać do siebie w mediach społecznościowych. Nie mają prawdziwych przyjaciół, tylko jakieś ciągi bitów na fejsbukowej liście, za którymi cholera wie kto siedzi. Życie pędzi na złamanie karku, większość z nas spędza je samemu we własnym kokonie wyobrażeń i roszczeń wobec świata, które rzadko kiedy są spełnione. Unikamy jakiejkolwiek głębi w stosunkach międzyludzkich, treściach odbieranych poprzez media czy życiowych refleksjach jakie czasem nas nachodzą – szybko je neutralizujemy jakimś Netflixem czy Instagramem. No tak, kiedyś to było, teraz już nie jest. Tylko, czy aby na pewno?

Dawid Kain krążył wokół tych tematów w swoich dotychczasowych powieściach – wymieńmy chociażby „Prawy, lewy, złamany” wznowioną ostatnio przez Wydawnictwo IX jako „Oczy pełne szumu”, czy „Fobię” wydaną dwa lata temu przez Genius Creations. I krąży dalej, modyfikując i podchodząc do nich z różnych stron – we wrześniu zeszłego roku, nakładem wspomnianego już Genius Creations wyszła powieść „Ostatni prorok”. Na okładce jednak nie znajdziecie nazwiska Dawida Kaina, tym razem autor zrezygnował z pseudonimu twórczego i podpisał się prawdziwym imieniem i nazwiskiem – Marcin Kiszela. I podobnie jak w poprzednich powieściach sprowadza na bohaterów jednostkowe apokalipsy, będące zapowiedzią apokalipsy całej ludzkości. „Ostatni prorok” jest opowieścią o zagładzie świata.

niedziela, 6 stycznia 2019

Hellboy. Tom 5

Krew... Nic prócz krwi...

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Na początku 2007 roku Mike Mignola, z powodu notorycznego braku czasu i nawału zobowiązań, zdecydował się na bardzo odważny krok. Powierzył rysowanie „Hellboya” nowemu twórcy, skupiając się tylko na tworzeniu scenariusza. Przyznał po czasie, że miał z tym problem, bowiem trudno mu było zrezygnować z kontroli jakichkolwiek elementów serii. Piąty tom „Hellboya” zaczyna się jednak dedykacją Mignoli: „Dla Duncana Fegredo, za podjęcie się tytanicznego zadania – i to w ostatniej chwili”. To znaczy, że obawy były bezpodstawne.

Pierwsza część tomu, „Zew ciemności”, wychodziła w odcinkach od maja do listopada 2007 roku. Jej fabuła kończy się mniej więcej w tym samym czasie co historia opowiedziana w trzecim tomie „B.B.P.O. Plaga żab” – członkowie Biura pojawiają się nawet w epilogu „Zewu…”. Hellboy przebywa właśnie w Wielkiej Brytanii. Pewnego dnia spotyka w lesie trzy dziwne stwory, które próbują przywrócić do życia wiedźmy, powieszone w XVII wieku przez Henry’ego Hooda, bezwzględnego łowcę czarownic. Brytyjskie wiedźmy, pod nieobecność uwięzionej Hekate, mają swoje plany wobec czerwonego diabła. Powraca również Baba Jaga, dysząca żądzą zemsty na Hellboyu, pojawia się Kościej Nieśmiertelny prosto z rosyjskich legend oraz kolejna trójka dziwacznych indywiduów. Znamy je z poprzednich części – ich działania to preludium do niesamowitych wydarzeń z drugiej części tomu. 

środa, 2 stycznia 2019

Jakiś potwór tu nadchodzi

Niewesołe miasteczko

W „Artefaktach” wydawnictwa Mag pojawiła się kolejna książka Ray’a Bradbury’ego„Kroniki marsjańskie. Człowiek ilustrowany. Złote jabłka słońca”. Zajmiemy się nią za jakiś czas – dzisiaj, będąc jeszcze po lekkim wpływem „Letniej nocy” Dana Simmonsa, czytamy inną króciutką powieść autora – „Jakiś potwór tu nadchodzi”. Jest to druga część nieformalnej trylogii, której akcja dzieje się w małym, spokojnym, amerykańskim miasteczku Green Town, gdzieś mniej więcej w połowie dwudziestego wieku. Bohaterami są chłopcy walczący z nadnaturalnym złem wpełzającym niepostrzeżenie do miasta i stanowiącym śmiertelne zagrożenie. Brzmi znajomo? 

Ray Bradbury wyprzedził Stephena Kinga o ćwierćwiecze a Dana Simmonsa o trzydzieści lat. W jego opowieści o latach dzieciństwa, wytrawionych we wspomnieniach w bardzo niejednoznaczny i fantastyczny sposób, wybrzmiewają nieco poważniejsze nuty o bardziej uniwersalnym wydźwięku. Akcja powieści toczy się w ostatnich dniach października (Bradbury najwyraźniej uwielbiał ten miesiąc) tuż przed czternastymi urodzinami dwóch głównych bohaterów. Will Halloway i Jim Nightshade, dwaj przyjaciele mieszkający po sąsiedzku, urodzili się tej samej nocy w odstępie dwóch minut. Jim jest niecierpliwy, podatny na wpływy, emocjonalny, porywczy, kierujący się sercem. Will jest spokojny, asertywny, chłodny, przezorny, kierujący się umysłem.

niedziela, 30 grudnia 2018

Czytało się w 2018


No dobra, pora na trzecie podsumowanie roku w historii tego bloga.


Jak zwykle sporo planów na 2018 rok wzięło w łeb, bo mi sie priorytety ciągle zmieniają, ale kto wie, może tym razem dotrzymam słowa danego samemu sobie. A co się działo w 2018? Trochę urozmaiciłem asortyment – oprócz książek, pojawiły się komiksy (dużo!) i kilka innych artykułów przekrojowych.