piątek, 11 sierpnia 2017

Teatr Sabata

Bohater ostatniej wydanej w Polsce powieści Philipa Rotha to ponad sześćdziesięcioletni koneser kobiecego ciała. Mickey Sabat, podobnie jak David Kepesh z Konającego zwierzęcia, jest zdeklarowanym poligamistą, trzymającym się w życiu tylko jednego celu - zrobić sobie dobrze. Wydarzenia z początku powieści stawiają go w bardzo niewygodnej, ale co ważniejsze, w przełomowej sytuacji. Kochanka Sabata, z którą od lat zdradza on swoją uzależnioną od alkoholu żonę, stawia mu ultimatum. Dość chędożenia na lewo i prawo, Mickey ma zdeklarować swoją wierność, zostawić żonę i o zgrozo zostać monogamistą. Koniec tolerancji dla życiowych dionizjów Sabata wynika z tego, że kochanka umiera na raka i chce go mieć przy sobie. Fakt ten powoduje lawinę retrospekcji, wspomnień i wewnętrznych monologów głównego bohatera, w których odkrywamy historię jego życia oraz poznajemy jego skomplikowany charakter.

Sabat jest chyba najbardziej rozpustnym i pozbawionym zahamowań hedonistą wśród bohaterów powieści Rotha. Czego on nie nawywijał w życiu – uwiódł młodą studentkę, nagrał przeprowadzoną z nią pikantną i lubieżną rozmowę telefoniczną, został oskarżony o demoralizację młodzieży i nieprzystojne publiczne zachowanie (chyba najzabawniejszy fragment książki, w którym Roth nabija się bezlitośnie z instytucji sądu i idiotycznej pruderii amerykańskiego społeczeństwa), próbuje uwieść żonę swojego najlepszego przyjaciela oraz uprawia mnóstwo seksu. Mnóstwo, mnóstwo seksu. Mickey Sabat nie szanuje innych ludzi i ich uczuć. Przede wszystkim jednak nie szanuje siebie. Gdy podejmuje próbę uporządkowania swojego życia, okazuje się, że przekracza próg stajni Augiasza. A niestety Herkulesem nie jest i nigdy nie był.

czwartek, 27 lipca 2017

Amerykańscy bogowie

To nie jest kraj dla bogów

Do Amerykańskich bogów wracam po latach, zdopingowany emisją nieźle zapowiadającego się serialu. Jest to najdłuższa powieść Neila Gaiman, określana w recenzjach jego najważniejszym dziełem. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, muszę najpierw przeczytać lub powtórzyć inne jego książki. Jedno jest jednak pewne – powieść jest świetna, wciągająca, wielowątkowa, napisana prosto i bez skomplikowanych formalnych fajerwerków. Domaga się tylko zwracania uwagi na szczegóły podczas czytania, ponieważ Gaiman potrafi czasami zostawić w treści pewne zakamuflowane drogowskazy, mówiące o tym jak rozumieć dalsze wydarzenia.

Bezimienny bohater nazywany Cieniem, po trzech latach odsiadki w stanowym więzieniu dowiaduje się, że wyjdzie szybciej. Jego ukochana żona Laura zginęła wraz z jego najlepszym przyjacielem w wypadku samochodowym. Zdruzgotany Cień, którego w dobrej formie psychicznej trzymała tylko myśl o wspólnym życiu z żoną po wyjściu z więzienia, musi szybko wziąć się w garść, zamknąć przeszłość i ułożyć sobie przyszłość. W trakcie podróży do domu spotyka tajemniczego mężczyznę, który proponuje mu pracę szofera i ochroniarza. Cień przyjmuje propozycję (bo czy ma coś lepszego teraz do roboty?) i wplątuje się w wydarzenia, które przerastają jego najśmielsze wyobrażenia i poddają w wątpliwość jego zdrowy rozsądek. Nowy przełożony Cienia, każący się nazywać Panem Wednesday, szuka starych, zapomnianych już istot (bogów, bogiń, demonów, duchów, skrzatów), w które wierzyli ludzie przybywający na przestrzeni dziejów do Ameryki. Próbuje poderwać ich do walki z nowymi bóstwami nowoczesnego świata, jakimi są spersonifikowany internet, telekomunikacja, telewizja, pieniądz, reklama i komercja. Dosłownie.

niedziela, 23 lipca 2017

Opowieść podręcznej

Wolność od wolności

Margaret Atwood napisała Opowieść podręcznej w 1984 roku. Tak trochę symbolicznie. Pierwsze wydanie ukazało się jesienią 1985 w Kanadzie i z miejsca wywołało wielkie zainteresowanie. Autorka spróbowała odpowiedzieć na pytanie podobne do tego, na które odpowiadał Orwell – jak mógłby wyglądać ustrój totalitarny w państwie takim jak Stany Zjednoczone, czyli w krainie wolności, liberalizmu i swobód obywatelskich. Poszła trochę inną drogą niż autor Roku 1984, który postawił na wizję ateistycznych rządów jedynie słusznej partii. U Atwood Stany Zjednoczone, przemianowane po zamachu stanu na Republikę Gileadu, znalazły się w rękach władzy ustanowionej na religijnym fundamentalizmie, wywodzącym się bezpośrednio z zasad, którymi kierowali się amerykańscy Purytanie w XVI i XVII wieku.

Wyobraźmy sobie świat, w którym drastycznie z roku na rok spada liczba urodzeń. Ludzkość stoi na krawędzi demograficznej zagłady. Wyobraźmy sobie świat, w którym rząd i prezydent USA zostają siłą usunięci ze stanowiska, konstytucja spalona, wszystkie kobiety zostają w jednej chwili zwolnione z pracy i pozbawione wszelkich swobód. Nie wolno im czytać, uczyć się, mieć własnego zdania. Wszelki opór społeczny tłumiony jest bezpardonowo i natychmiastowo, w ruch idzie ostra amunicja i policyjne pałki. Społeczeństwo zostaje podzielone na kasty a nową i jedyną „konstytucją” staje się Stary Testament. Szczególnie dwa ustępy: Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię.(Rdz 1,28) oraz Spraw, abym miała dzieci, bo inaczej przyjdzie mi umrzeć! […] Czyż to ja, a nie Bóg, odmawiam ci potomstwa? […] Mam niewolnicę Bilhę. Zbliż się do niej, aby urodziła dziecię na moich kolanach; chociaż w ten sposób będę miała od ciebie potomstwo. (Rdz 30, I-3). Wyobraźmy sobie świat, w którym ustrój Stanów Zjednoczonych jest teokracją, sprowadzającą kobiety do roli przedmiotów, żywych inkubatorów.  Teokracją likwidującą przeciwników i zdrajców (nowocześni katoliccy księża, lekarze wykonujący aborcję, homoseksualiści, intelektualiści) bezlitośnie i bez procesu. Ofiary mordowane przez reżim są wywieszane na murach jako ostrzeżenie dla potencjalnych buntowników. Teokracją, przy której rządy afgańskiego Talibanu wyglądają jak liberalna demokracja.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Stara Ziemia

Zanik ducha albo jak od pospolitości zbawić świat

W drugiej części Trylogii Księżycowej Jerzego Żuławskiego dwóch członków Bractwa Prawdy nieopatrznie uruchomiło statek kosmiczny Marka Zwycięzcy i ku własnemu przerażeniu wystartowało na Ziemię. Statek ląduje w gdzieś na terenie dzisiejszego Egiptu – Roda i Mataret przekonują się na własne oczy, że ich teoria o bezludnej Ziemi jest fałszywa. Po kilku karkołomnych przygodach trafiają w końcu do Jacka, jednego z najznamienitszych ziemskich naukowców. Ten właśnie Jacek, który okazuje się konstruktorem statku kosmicznego Zwycięzcy i dobrym przyjacielem księżycowego „Mesjasza”, jest głównym bohaterem trzeciej części trylogii, pod tytułem Stara Ziemia.

Żuławski przeniósł akcję ostatniej powieści cyklu, całkowicie na naszą planetę. Fabuła powieści koncentruje się wokół Jacka i kilku ważnych dla całościowego odbioru postaci. Oprócz dwóch pechowych przybyszy z księżyca poznajemy Azę, śpiewaczkę i bożyszcze tłumów; Grabca, zadufanego i egocentrycznego hiperintelektualistę; Łachcia, oderwanego od rzeczywistości kompozytora-samouka; Sir Tedwena, naukowca, który doszedł do granicy ludzkiego poznania oraz Nyanatilokę, buddystę, który wie, jak poradzić sobie z tą granicą.

Jerzy Żuławski przedstawia świat odległy od jego czasów o tysiąc lat. Jednak scenograficznie jest to tak naprawdę nadal dziewiętnasty wiek. Mamy co prawda statek kosmiczny i czytamy o jakimś bliżej nieokreślonym wynalazku Jacka, który może okazać się bronią zdolną do zniszczenia całej planety, ale tak naprawdę nie czuć tutaj science fiction. Nie o to Żuławskiemu chodziło. Chciał on przede wszystkim pokazać swoją smutną wizję przyszłości ludzkiej cywilizacji, wywiedzioną z trendów społecznych, artystycznych i ekonomicznych, które obserwował w świecie mu współczesnym. A wszystko to przyprawił młodopolskimi lękami i namiętnościami, wschodnimi drogowskazami do Nirwany i bergsonowskim intuicjonizmem. O Bergsonie wspominałem już przy okazji Stefana Grabińskiego, również Jerzy Żuławski nie oparł się wpływowi francuskiego filozofa.

czwartek, 13 lipca 2017

Tlen

Ucieczka od wektorów

Fikcyjne państwo Karzistan, rok 2019. Mała rolnicza wioska Kizuldah, leżąca w Azji środkowej, nieopodal chińskiej granicy, w ubogim wielokulturowym kraju. Nadchodząca trzecia dekada dwudziestego pierwszego wieku, zastaje to miejsce wielce zacofanym i biednym, lecz co ważne, całkowicie świadomym tego, że nowoczesny świat ucieka coraz bardziej. Przepaść ekonomiczna i techniczna się pogłębia, mieszkańcy Karzistanu nie przeskoczą jej bez pomocy z zewnątrz. Ale mogą choć trochę poczuć się lepiej, poudawać sami przed sobą, że nie są wieśniakami z końca świata, lecz takimi samymi beneficjentami rozwoju technologicznego jak ludzie z Zachodu. Nawet jeśli to tylko wyreżyserowana fikcja.

Takim reżyserem indywidualnych wyparć rzeczywistości w Kizuldah jest Mae Chung. Pani w średnim wieku, nieszczęśliwa żona i matka, specjalistka od mody, analfabetka – businesswoman. Mae doradza biednym kobietom jak się ładnie ubrać, jaką fryzurę ułożyć, jak choć przez chwilę pozorować, że faktycznie gonią uciekający świat zachodu. Przybiera to czasami karykaturalne rozmiary. Mae odwiedza rozpadające się domostwa, stojące na fundamentach ze smrodu, brudu i ubóstwa. W otoczeniu zwierząt defekujących na środek salonu, w pobliżu stosu kukurydzy przeznaczonej na obiad, Mae stroi swe oblepione brudem klientki w najnowsze karzistańskie krzyki mody. Ci co Mają nie muszą już tego pokazywać, ci co Nie Mają nie mogą przestać udawać, że jest inaczej.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zwycięzca

Dobry zbawca to martwy zbawca

Druga część trylogii księżycowej Jerzego Żuławskiego opowiada o czasach późniejszych o kilkaset lat od momentu śmierci Jana „Starego Człowieka”. Ziemianie, zaintrygowani rękopisem Jana, wysyłają na księżyc kosmonautę Marka. Marek po udanym lądowaniu na srebrnym globie zastaje zdumiewającą sytuację. Przez te wszystkie lata od momentu śmierci Jana, cywilizacja księżycowa bardzo się rozwinęła i urosła w siłę. Uwikłana w nieustające walki z rdzennymi mieszkańcami naszego satelity, Szernami, utworzyła własną religię opartą na micie zbudowanym wokół postaci Starego Człowieka.

Księżycanie wierzą w to, że Stary Człowiek powróci kiedyś do nich pod postacią zbawcy – młodego człowieka, którego nazywać będą Zwycięzcą. Zwycięzca rozjaśni mroki ich smutnego, ciężkiego życia i poprowadzi ich do zwycięskiej wojny z Szernami. W Kraju Biegunowym przebywa zakon Braci Wyczekujących, którzy gromadzą przez lata ciała swoich zmarłych towarzyszy, aby wraz z nimi wypatrywać swego zbawcy. Tymczasem mieszkańcy księżyca, utrzymują chwiejny pokój z tubylcami, okupiony niestety ciężkim poświęceniem. Otóż Szernowie regularnie otrzymują daninę złożoną z młodych kobiet, które są ich niewolnicami i matkami potwornych mieszańców, dzikich i zwyrodniałych Morców.

sobota, 8 lipca 2017

Amnezjak

Wojny na symbole


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Zbiór opowiadań Jakuba Nowaka, wydany w tym roku przez wydawnictwo Powergraph, jest antologią szczególną. Zawarte w nim opowiadania sprawiają wrażenie pisanych przede wszystkim dla idei i autorskiej potrzeby ekspresji, bez oglądania się na potrzeby rynku. Żaden z dziewięciu tekstów Nowaka nie uśmiecha się do czytelnika, żaden nie daje taryfy ulgowej. Są to rzeczy trudne, złożone pojęciowo i konstrukcyjnie i za każdym z nich kryje się głębia interpretacyjna, z jaką rzadko spotykam się przy okazji czytania antologii fantastycznych. Jakub Nowak przedstawia dziewięć światów rzetelnie zbudowanych od podstaw, prawie nie obudowując opowieści infodumpami, co wskazuje nie tylko na stawianie wysokich wymagań odbiorcy, ale i na spory kredyt zaufania do niego.

Co możemy znaleźć w Amnezjaku? Przede wszystkim olbrzymią różnorodność scenografii, dopracowanych tak szczegółowo i tak napakowanych detalami, że gdyby oddać je w ręce jakiejś fabryki do zarabiania pieniędzy, powstałyby na ich podstawie całe powieści albo kilkutomowe sagi. Tymczasem Nowak wyciska ze swych kreacji najgęstszą esencję, racząc czytelnika jednorazowymi małymi kieliszkami koncentratu. Espresso, które serwuje, występuje w kilku odmianach i smakach. Może to być dickowska multirzeczywistość osadzona w PRLu; agresywny cyberpunk niedalekiej przyszłości; cyberpunk-retro, swego rodzaju hołd dla Williama Gibsona; naładowana akcją wizja wojen sztucznych inteligencji, poziomem komplikacji settingu dorównująca Perfekcyjnej niedoskonałości Dukaja; wycieczka do środka głowy wielce nieszczęśliwego chłopaka, kreującego dodatkowe światy, aby poradzić sobie z rzeczywistością. To również wariacja na temat tego, co by było, gdyby teoria Dicka o nieistniejącym Lemie okazała się prawdziwa; wizja krakowskiego Wawelu jako szeregu bitów w postludzkim świecie; grająca mocno na emocjach opowieść o powrocie ojca do świata żywych w ciele własnego syna; i w końcu najbardziej rozhukana, nadekspresyjna, steampunkowa wizja dziewiętnastowiecznej Polski powleczonej tajemniczą grzybstą. Opowiadanie to, zatytułowane Karnawał, jest prawdziwym świadectwem niezwykłych możliwości wyobraźni Jakuba Nowaka – kombinacja dukajowych skoliodoi z organicznymi masami, przez które przedzierał się Multabazao Ursa. I wystarczył tylko ten jeden tekst, abym doświadczył takiej siły rażenia i bogactwa szczegółów, jakiego dawno nie spotkałem w polskiej fantastyce.