Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Romita Jr.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Romita Jr.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2026

Legendy X-Men. Whilce Portacio

Cool over logic


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W grudniu 2023 roku Mucha wydała album „Legendy X-Men. Jim Lee”, zbierający pierwsze jedenaście odcinków „X-Men” – serii komiksowej, która w 1991 i 1992 roku zawojowała amerykański rynek komiksowy i pobiła wszelkie rekordy popularności. A teraz, po ponad dwóch latach, dostajemy „Legendy X-Men. Whilce Portacio”, czyli zbiór równolegle wydawanych zeszytów „The Uncanny X-Men” – najdłuższej i najważniejszej serii z mutantami w historii. Genialny pomysł, świetne uzupełnienie i nostalgiczny powrót do czasów TM-Semic.

Uporządkujmy najpierw fakty. W styczniu 1991 roku zakończył się „Plan X-Terminacji” – pierwszy wielki event ilustrowany przez Jima Lee. Popularność „The Uncanny X-Men” zaczęła rosnąć coraz szybciej, nakłady serii również. Dokładnie w tym samym czasie, po stu odcinkach i ośmiu latach seria „The New Mutants” zmieniła nazwę na „X-Force” – jej pierwszy zeszyt sprzedał się najlepiej w historii, detronizując „Spider-Mana” Todda McFarlane'a. Cable, dowódca X-Force, czyli tajemniczy przybysz z przyszłości, stał się symbolem rozpoczynających się właśnie lat dziewięćdziesiątych – pełnych fikuśnych kostiumów z tysiącami kieszeni i pasków, wielkich mięśni i jeszcze większych giwer i karabinów. Również grupa „X-Factor” przestała istnieć w dotychczasowym składzie. Mały synek Jean Grey i Cyclopsa zostaje zabrany w przyszłość, Profesor X zostaje sparaliżowany, a załamani członkowie X-Factor wracają do Instytutu Xaviera, gdzie jest tłoczno jak nigdy dotąd.

niedziela, 4 stycznia 2026

X-Men. Punkty zwrotne. Przymierze Falangi

Herosi drugiego planu


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Punkty zwrotne” Egmontu są jedną z ich najlepszych marvelowskich inicjatyw komiksowych ostatnich lat (obok oczywiście „Epic Collection”). Przygody mutantów uszeregowane chronologicznie i wyselekcjonowane pod kątem ich znaczenia dla uniwersum można teraz czytać, uzupełniając starymi komiksami TM-Semic lub autorskimi kolekcjami Muchy. Dziś czytamy „The Phalanx Covenant”.

W poprzednim tomie „Punktów zwrotnych” doszło do „Śmiertelnych przyciągań”. Powrócił Magneto ze swoimi akolitami, Wirus Dziedzictwa zaczął dziesiątkować społeczeństwo mutantów, a Wolverine, w przerażającej scenie pod koniec komiksu, został brutalnie pozbawiony adamantium. Lata dziewięćdziesiąte wchodzą na coraz wyższe obroty, a popularność komiksów z wszystkimi X-grupami nadal jest bardzo wysoka. W Polsce niestety się to nie sprawdziło – jesteśmy właśnie w okresie upadku TM-Semic. Ostatnim numerem polskiego „X-Men” był 7/1997, czyli „ten ze ślubem Scotta Summersa i Jean Grey” („The Uncanny X-Men” 310 i „X-Men” 30 – obydwa z początku 1994 roku). Omawiane dziś „Punkty zwrotne” wykraczają zatem poza dzieje TM-Semic – możemy wreszcie sprawdzić, co byłoby dalej.

niedziela, 31 sierpnia 2025

X-Men. Punkty zwrotne. Śmiertelne przyciągania

Początek nowej ery


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Oto ostatnie „Punkty zwrotne” złożone z odcinków sięgających czasów TM-Semic. Jeśli ktoś posiada ostatnie zeszyty polskiej edycji „X-Men” z lat 1996–1997, może je teraz wyciągnąć i przeplatać nimi lekturę omawianych dziś „Śmiertelnych przyciągań”. Będzie ona pełniejsza, ciekawsza i jeszcze fajniejsza.

Omawiany dziś zbiór jest oczywiście dalszym ciągiem komiksowej telenoweli o mutantach. Mamy rok 1993 i przeżyliśmy już wydarzenia zarówno „Legend X-Men” od Muchy, w których Magneto spłonął (prawdopodobnie) na pokładzie Asteroidy M spadającej na Ziemię, jak i „Pieśni Egzekutora”, podczas której doszło do wielkiej bitwy połączonych sił mutantów (w tym Cable’a, głównego bohatera tej opowieści) z szalonym i niezwykle groźnym Stryfe’em. Reperkusje tych wydarzeń były bardzo istotne – Cable wrócił do przyszłości; „Graymalkin”, orbitalna baza jego wychowanków z X-Force stała się celem organizacji S.H.I.E.L.D.; grupa Acolytes, wyznawcy ideologii supremacji mutantów autorstwa samego Magneto rozpierzchli się po Ziemi, knując dalsze plany; a tajemnicza zawartość pojemnika Stryfe’a wydostała się na wolność. Przed mutantami Marvela jeszcze siedem lat niezwykle ciężkich i wymagających lat dziewięćdziesiątych.

niedziela, 14 kwietnia 2024

Amazing Spider-Man. Tom 3

Hola, hola, panie Straczynski!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Dwa pierwsze zbiorcze tomy „The Amazing Spider-Man” runu Josepha Michaela Straczynskiego narysował popularny John Romita Jr. Pora go pożegnać i przywitać Mike’a Deodato, grafika o mniej rozpoznawanym nazwisku, ale równie doświadczonego. Przed nami kolejne przygody Spider-Mana z początku dwudziestego pierwszego wieku.

Poprzedni tom przywrócił kilka rzeczy na swoje miejsce. Mary Jane wróciła do Petera Parkera i stała się znowu najważniejszą żeńską bohaterką komiksu – ciotka May lubi jednak przebywać na drugim planie i od czasu do czasu służyć dobrym słowem albo niedzielnym obiadem. Straczynski rozbudował jeszcze bardziej mitologię i zasady, na jakich działa totemiczna moc Spider-Mana – niby nadal taka sama z wierzchu, ale przecież zupełnie inna w środku niż cały czas myśleliśmy. No i wróciliśmy do starej numeracji odcinków – po pięćdziesiątym ósmym numerze drugiej serii „The Amazing Spider-Man” ukazał się jubileuszowy odcinek numer pięćset. Straczynski podsumował całe dotychczasowe czterdzieści lat człowieka-pająka w Marvelu, wysłał go w zaświaty czy tam inne obszary astralne, gdzie „całe życie przeleciało mu przed oczami”. Ten swego rodzaju „reset” podkreślił tylko wagę runu Straczynskiego – okresu, który równie często wychwalano pod niebiosa (bo był inny niż wszystkie przed nim), co krytykowano zawzięcie (z tego samego powodu).

niedziela, 7 stycznia 2024

Amazing Spider-Man. Tom 2

Straczynski Odnowiciel



John Michael Straczynski wprowadził Spider-Mana w dwudziesty pierwszy wiek – podobnie zresztą jak Grant Morrison „X-Menów”, czy Peter Milligan „X-Force”. Wydany kilka miesięcy temu pierwszy zbiorczy tom „The Amazing Spider-Man” pokazał nam Pająka odmienionego, odnowionego i… przynoszącego zdecydowanie lepsze wyniki finansowe. A o to również chodziło włodarzom Marvela.

Zanim przyszedł Straczynski Marvel zrestartował numerację serii. Pod koniec 1998 roku, po 441 odcinku serii pierwszej wydano pierwszy odcinek serii drugiej. Nie poprawiło to sytuacji finansowej. Straczynski rozpoczął pisanie scenariuszy dopiero od zeszytu trzydziestego – w czerwcu 2001 roku. Szesnaście początkowych odcinków jego runu znajdziemy właśnie we wspomnianym pierwszym tomie. Trochę się porobiło. Peter i Mary Jane się rozstali – żona Pająka chciała być żoną Petera, a ten nie mógł jej tego zagwarantować. Superbohaterstwo dosłownie rozwaliło ich związek. Ciocia May odkryła drugą tożsamość Petera i doświadczenie to ścięło ją z nóg. Ale jest twarda, szybko się podniosła i jakoś przeszła nad tym faktem do porządku dziennego. No i najważniejsze – tajemniczy nowojorski biznesmen o imieniu Ezekiel uświadomił naszemu bohaterowi prawdę o pochodzeniu jego mocy. Pająk, który ugryzł przed laty Petera był tylko przekaźnikiem pewnej pradawnej, przedludzkiej, magicznej mocy – siedemnastoletni licealista z Nowego Jorku został wybrany na jej kolejnego awatara. Jak Ezekiel.

czwartek, 22 czerwca 2023

Amazing Spider-Man. Tom 1

Pająk (mój totem)


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Przygody Spider-Mana to od zawsze sprzedażowy samograj. Nikogo zatem nie dziwił fakt, że to od człowieka-pająka zaczęło wydawnictwo TM-Semic. Ale nie zawsze było tak fajnie. Druga połowa lat dziewięćdziesiątych przyniosła wielki kryzys i wielkość sprzedaży „The Amazing Spider-Man” poszybowała w dół. Na pomoc – Joseph Michael Straczynski.

No, może nie od razu. Pierwszym krokiem Marvela był „restart” serii – a właściwie jej numeracji. W listopadzie 1998 roku wyszedł zeszyt 441 a już w styczniu 1999 numeracja rozpoczęła się od „jedynki”. Nowy scenarzysta (Howard Mackie) i nowy rysownik (słynny John Byrne) mieli zapewnić sukces – ale tak się nie stało. Pomysły Mackiego nie zostały przyjęte zbyt dobrze przez czytelników, więc zwrócono się do Straczynskiego, znanego wtedy głównie z dopiero co zakończonego serialu „Babylon 5”. Mackie zakończył swój run na numerze dwudziestym dziewiątym i zagrał bardzo mocnymi kartami – Peter Parker i Mary Jane decydują się na separację. M.J. leci do Los Angeles robić karierę, a Peter przeprowadza się do małego mieszkanka bliżej cioci May i zastanawia się co dalej.

niedziela, 5 marca 2023

Wolverine. Vol 3. Tom 2

Komiks szerokoekranowy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Czternaście miesięcy temu nakładem Mucha Comics wyszedł pierwszy zbiorczy tom trzeciej serii „Wolverine”. Ten pokaźny zbiór dziewiętnastu odcinków przygód Rosomaka napisał Greg Rucka a narysowali Darick Robertson i Leandro Fernandez. Znakomita rzecz, jeden lepszych komiksów A.D. 2022. Po dziesięciu miesiącach, w listopadzie ubiegłego roku, ukazał się tom drugi – skromniejszy objętościowo, ale równie dobry.

Greg Rucka miał pomysł na Logana. Wyciągnął go z X-Men, wysłał na amerykańską dzicz, kazał mu zdjąć superbohaterski kostium i narobił mu wielkich kłopotów. Amerykański scenarzysta odszedł z serii po numerze dziewiętnastym a pałeczkę przekazał dobrze nam znanemu Markowi Millarowi. Mamy grudzień 2004 roku – Millar ma pełne ręce roboty, pisze właśnie „Spider-Mana” dla imprintu „Marvel Knights”. Trzecia seria „Wolverine’a” również opatrzona była wówczas logiem „Rycerzy Marvela” – Mark Millar świetnie wpasował się w jej założenia, choć podszedł do niej trochę inaczej niż Rucka. Nadal jest to seria z wszech miar godna polecenia – nie dość, że Millar zaserwował naprawdę wciągającą i emocjonującą historię, to dodatkowo mamy tu Johna Romitę Jr. w najlepszej formie. Styl rysownika „od kanciastych twarzy, głów i sylwetek” jest nie do podrobienia i często wzbudzający kontrowersje – bo nacechowany lekką „millerozą” (zwłaszcza z okresu „Sin City”) lub lekceważeniem zasad anatomii. Ja tam bardzo lubię styl Romity – a w omawianym dziś komiksie grafik jest wręcz rewelacyjny.

niedziela, 8 stycznia 2023

X-Men. Punkty zwrotne. Masakra mutantów

Nadchodzą mroczne czasy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wydawnictwo Egmont znów zapuszcza się do tych okresów historii Marvela, których trzydzieści lat temu nie zbadało wystarczająco szczegółowo TM-Semic. Czwarty tom „X-Men. Punkty zwrotne” zabiera nas do początków wielkich przemian komiksu superbohaterskiego, zwanych Mroczną Erą. Mamy koniec roku 1986 – w świecie mutantów Marvela dochodzi do wydarzeń tragicznych.

Wspomniany brak dostatecznej eksploracji historii grupy X-Men przez TM-Semic to oczywiście potężny eufemizm. Wydawnictwo musiało wybrać tylko najlepsze i najistotniejsze rzeczy (według ich uznania), aby szybko przejść do początku lat dziewięćdziesiątych, czyli „samego mięsa” – Jim Lee, Whilce Portacio, bijąca rekordy sprzedaży nowa seria „X-Men”, podział na „żółtych” i „niebieskich” i w końcu niesamowita „Era Apocalypse’a” (do tego TM-Semic nie dotarło – zabrakło może dwóch, trzech miesięcy). Historia zamieszczona w najnowszych „Punktach zwrotnych” pochodzi z okresu, który TM-Semic przerabiało na przełomie 1993 i 1994 roku – pozbawiona mocy Storm z irokezem na głowie rysowana przez Barry’ego Windsor-Smitha i Nowi Mutanci ratujący niejaką Psylocke z rąk koszmarnego Mojo. Na podstawową fabułę „Masakry mutantów” składa się pięć odcinków „The Uncanny X-Men” i trzy zeszyty „X-Factor”, a uzupełniają ją pojedyncze numery „Power Pack”, „The New Mutants”, „Thor” (tu akurat dwa!) a nawet „Daredevil”. Całość dostajemy w kolejnym zbiorczym tomie „Punktów zwrotnych”.

niedziela, 27 listopada 2022

Punisher Epic Collection. Krąg krwi

Zanim przyszło TM-Semic


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

No, to musiało w końcu nastąpić. Tak jak trzydzieści dwa lata temu wydawnictwo TM-Semic rozpoczęło inwazję na polski rynek komiksowy „Punisherem” i „Spider-Manem”, tak Egmont również wystartował z klasycznymi „epickimi kolekcjami” zbierającymi przygody właśnie tych dwóch bohaterów. Pająk dorobił się w Polsce już pięciu, wielkich tomów – teraz dostajemy pierwszy album z „Pogromcą”. 

W przypadku „Amazing Spider-Man. Epic Collection” jest trochę więcej materiału do ogarnięcia – o wiele wcześniejszy debiut człowieka-pająka, cztery równolegle wydawane serie i mnóstwo przeplatających się między nimi historii wprowadzają nieco chaosu. Z „Punisher. Epic Collection” jest prościej – przynajmniej na początku. Pogromca zadebiutował w „The Amazing Spider-Man” #129 z lutego 1974 roku. Przyjął się bardzo dobrze, amerykańscy czytelnicy komiksów uwielbiali niejednoznacznych moralnie antybohaterów. Pojawiał się tu i tam, aż w końcu dwanaście lat po debiucie dostał w końcu własną serię, zatytułowaną po prostu „Punisher”. Krótką, limitowaną, tylko pięcioodcinkową, wydaną w pierwszej połowie 1986 roku, napisaną przez Stevena Granta i zilustrowaną przez Mike’a Zecka. To właśnie ona rozpoczyna pierwszy tom „Punisher. Epic Collection” (tak właściwie to drugi – pierwszy, zbierający przygody Franka Castle’a sprzed 1986 roku, nie został jeszcze wydany nawet za oceanem). Przeczytamy dziś komiksy, które uczyniły postać Punishera naprawdę rozpoznawalną i popularną.

czwartek, 17 marca 2022

Mroczny rycerz. Ostatnia krucjata

Nie tędy droga


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Bohaterem słynnego „Powrotu mrocznego rycerza” jest pięćdziesięciopięcioletni Batman, który wraca do superbohaterskiego fachu po dekadzie bezczynności. Co spowodowało, że zniknął i pozwolił Gotham na stopniowe pogrążanie się w otchłani zbrodni i szaleństwa? O tym opowiada prequel arcydzieła Franka Millera – „Mroczny rycerz. Ostatnia krucjata”.

W sumie wiemy co się stało. Joker zabił Robina – mówi o tym Alfred już na początku „Powrotu…”. Przypomina to oczywiście późniejszą o dwa lata, słynną historię z 1988 roku – „Śmierć w rodzinie” autorstwa Jima Starlina i Jima Aparo. Najwidoczniej pomysł uśmiercenia Cudownego Chłopca spodobał się redaktorom DC Comics. Jason Todd, drugi Robin, zginął z rąk Jokera – a właściwie z rąk czytelników, ponieważ rozwój fabuły poddano wtedy pod głosowanie. Fani minimalną ilością głosów zdecydowali, że chcą zobaczyć go martwego. Było to wydarzenie bez precedensu, szefowie wydawnictwa zastanawiali się wówczas co oni najlepszego zrobili. Ale odwrotu nie było. W 1989 pojawił się Tim Drake, czyli trzeci Robin, a fabuły komiksów z Batmanem stały się jeszcze bardziej ciemne i ponure niż dotychczas. Nic dziwnego, wszak Mroczna Era Komiksu nabierała wówczas coraz większego rozpędu.

niedziela, 27 lutego 2022

Mroczny rycerz. Rasa panów

Być człowiekiem


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Mroczny rycerz kontratakuje”, czyli kontynuacja „Powrotu mrocznego rycerza”, wydana została w 2001 roku, czyli piętnaście lat później (w świecie komiksu minęły trzy lata). Trzeci komiks cyklu, zatytułowany „Mroczny rycerz: Rasa panów”, ukazał się znowu po piętnastu latach. I jak łatwo się domyśleć, w komiksowej rzeczywistości posunęliśmy się ponownie o trzy lata. 

Najwidoczniej jest to jakaś zasada Ziemi-31, a więc wszechświata, w którym Frank Miller osadził fabułę swych opowieści o mrocznym rycerzu – czas mija tam dokładnie pięć razy wolniej niż u nas. Miller podkreślał często, że Batman jest jego ulubionym bohaterem komiksowym, więc zakończenie całej historii powinno być epickie. Tym razem zaprosił kilku kolegów do współpracy – scenariusz pisał razem z Brianem Azzarello, za rysunki do głównych dziewięciu części odpowiadali Andy Kubert i Klaus Janson a tak zwane „tie-iny”, które należy czytać pomiędzy poszczególnymi odcinkami, zilustrowali Frank Miller, John Romita Jr. oraz Eduardo Risso. Cała opowieść, wydana została w odcinkach w latach 2015-2017 – w Polsce, już w rok po ostatnim odcinku, Egmont wydał całość w jednym wydaniu zbiorczym.

niedziela, 7 lutego 2021

Daredevil. Tom 4

Po rewolucji


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Frank Miller nie myśli już chyba o wielkich, przełomowych dziełach komiksowych. Sprawia wrażenie twórcy, któremu wystarczy odcinanie kuponów od swej sławy. Warto zatem cofnąć się mocno w czasie do okresu, w którym rządził i dzielił w Marvelu (i nie tylko). Po rewolucji w „Daredevilu” opadł kurz i powstała nowa jakość – nic dziwnego zatem, że Frank Miller po krótkiej przerwie wrócił do jednego ze swoich ulubionych bohaterów.

Ale zanim się temu przyjrzymy, musimy na chwilę udać się jeszcze bardziej w przeszłość – do lutego i marca 1979 roku. Wtedy to młody i nieopierzony Frank Miller zastąpił Jima Mooneya w dwóch numerach komiksu „Peter Parker. The Spectacular Spider-Man”. To właśnie tu narysował Daredevila po raz pierwszy. Śmiałek i chwilowo oślepiony człowiek-pająk ścigają złoczyńcę, który każe nazywać się „Zamaskowanym Zakapiorem” (tak, naprawdę!). To taka typowa, nieco naiwna i banalna historia z zamierzchłych czasów Marvela – standardowa superbohaterszczyzna Brązowej Ery. Ale ziarno zostało zasiane – postać Diabła z Hells Kitchen tak spodobała się Millerowi, że postanowił zrobić wszystko, aby narysować ją ponownie. I to właśnie dzięki temu bardzo udanemu występowi zaproponowano mu pracę właśnie przy „Daredevilu”.

czwartek, 30 lipca 2020

Kick-Ass. Nowa

Robin Hood w potrzebie

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Mark Millar i John Romita Jr. powracają, aby skopać trochę tyłków. Po trzytomowej opowieści o przygodach znudzonego, dobiegającego dwudziestki maniaka komiksów superbohaterskich, tym razem otrzymujemy historię samotnej matki, starszej o mniej więcej dekadę. „Kick-Ass. Nowa” nie trzyma może poziomu poprzedzającej ją serii, ale to nadal całkiem fajna, bezpretensjonalna rozrywka.

Patience Lee jest młodą, około trzydziestoletnią weteranką z Afganistanu, która opuszcza armię i wraca w końcu na stałe do domu. Mąż-lekkoduch-poeta zostawia ją samą z dziećmi i ucieka z jakąś blondyną. Patience może liczyć na wsparcie rodziny – niestety tylko duchowe, na utrzymanie musi zarobić sama. Ima się różnych zajęć i z coraz większym trudem wiąże koniec z końcem – wojskowa kariera i codzienne stawianie swego życia na szali nie okazało się wcale lukratywnym zajęciem. „Dlaczego to najgorsze typy mają zawsze najwięcej kasy?” – pyta głośno Patience, widząc, jak w jej rodzinnym mieście kwitną mafijne interesy. A może by tak zabawić się w Robin Hooda, który pomoże ludziom w potrzebie (w tym sobie). Bohaterka postanawia okraść miejscowych gangsterów – i tu zaczyna się tak naprawdę cała historia.

czwartek, 16 lipca 2020

Superman. Rok pierwszy

Komiks niepotrzebny

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wydawnictwo Egmont stawia mocno na „DC Black Label”, nową serię wydawniczą Detective Comics, która z założenia ma wypełnić lukę po zamkniętym niedawno „DC Vertigo”. Trzy dotychczas wydane w Polsce komiksy tego nowego imprintu nie prezentują niestety równego, wysokiego poziomu. Właśnie ukazał się tytuł czwarty – „Superman. Rok pierwszy” ze scenariuszem Franka Millera i rysunkami Johna Romity Jr. Jak wyszło?

Frank Miller jest żywą legendą i jego pojawienie się w „DC Black Label” było tylko kwestią czasu. Gdy dołącza do niego taki gość jak John Romita Jr. wydawać by się mogło, że mamy przepis na sukces. Niestety nie jest tak kolorowo – nowemu originowi Supermana sporo brakuje do najlepszego dzieła duetu wspomnianych panów, czyli komiksu „Daredevil. The Man Without Fear”. „Rok pierwszy” składa się z trzech części, które w skrócie możemy opisać jako: Smallville, Metropolis i to, co pomiędzy.

czwartek, 30 stycznia 2020

Kick-Ass. Tom 3

Dojrzewanie superbohatera

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Trzeci tom „Kick-Assa” Marka Millara to bezpośrednia kontynuacja wydarzeń tomu drugiego. Dlatego też recenzja ta przeznaczona jest dla osób znających całą dotychczasową historię Dave’a Lizewskiego – czytanie jej w innym przypadku ma taki sens jak zaczynanie lektury serii właśnie od trzeciego tomu.

Mindy „Hit-Girl” McReady wylądowała w więzieniu. Kick-Ass uciekł wraz z niedobitkami Kręgu Sprawiedliwości z policyjnej obławy a jego nemezis – „Red Mist” zwany „Motherfuckerem” – trafił mocno połamany do szpitala. Wszyscy spodziewali się, że „będzie dokładnie tak, jak w komiksach” – niestety rzeczywistość rozwiała ich złudzenia. Zwykły człowiek, ubrany w przyciasny, kolorowy kostium to, w oczach innych równie zwykłych ludzi, dziwak i szajbus, a nie superbohater.

czwartek, 24 października 2019

Kick-Ass. Tom 2

Kopiemy dupę po raz drugi

Recenzja ukazała się pierwotnie na portalu Esensja.

Wydawnictwo Mucha wznowiło niedawno pierwszy tom „Kick-Assa”. Scenarzysta, Mark Millar, idzie śladami Alana Moore’a, ale zadeptuje je swoimi wielkimi butami klauna – pożeracza popkultury. Bo przecież seria „Kick-Ass” to tacy o wiele mniej poważni i ambitni „Strażnicy” – to komiks o komiksiarzach, od komiksiarza dla komiksiarzy. Jedynym jego przesłaniem jest „baw się dobrze” – i tyle. Dziś czytamy tom drugi, wydany w Polsce pięć lat temu. Co musimy wiedzieć na początek?

Dave Lizewski jest zwykłym nastolatkiem, zafascynowanym komiksami o superbohaterach. Razem z kumplami z liceum spędzają długie godziny na lekturze, wyobrażając sobie jakby to było, gdyby samodzielnie przywdziać obcisły kostium i złoić skórę „złym gościom”. Dave, chcąc urozmaicić sobie swoje nudne i do bólu przewidywalne życie, postanawia zrealizować swoje marzenia – staje się „Kick-Assem”, młodocianym superbohaterem, którego karkołomne wyczyny śledzą tysiące użytkowników YouTube’a. Kilka razy ociera się o śmierć, spędza miesiące w szpitalu, traci hektolitry krwi – ale nie rezygnuje. Nowe życie jest jak narkotyk. Dave poznaje dwójkę innych samozwańczych bohaterów w kostiumach – Big Daddy podaje się za byłego policjanta, szukającego zemsty na zabójcach swojej żony, a jego dziesięcioletnia córka Mindy o pseudonimie „Hit Girl” dzielnie mu pomaga. Mafia rodziny Genovese, członkiem której jest nastoletni syn jej szefa – kolejny zwariowany superbohater „Red Mist” – zabija ojca małej Mindy i w odwecie zostaje zdziesiątkowana przez nią i pomagającego jej Kick-Assa.

czwartek, 25 kwietnia 2019

Kick-Ass. Tom 1

Kto pilnuje znudzonych geeków?

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Pierwszy zbiorczy tom „Kick-Ass”, z okładką lekko zmienioną w stosunku do pierwszego wydania sprzed sześciu lat, pojawił się właśnie w sprzedaży. Ośmioodcinkowe dzieło Marka Millara i Johna Romity jr. od początku reklamowane było jako „najlepszy komiks o superbohaterach wszech czasów” – i chociaż dobrze wiemy, że to tylko marketingowy slogan, to i tak gratulujemy wydawnictwu Mucha Comics świetnego wyboru. Podobnie jak rewelacyjny „Invincible” Roberta Kirkmana (inny, również „najlepszy”) jest komiksem nie tylko od geeka dla geeków, ale dla wszystkich – ponieważ według głównego bohatera „wszyscy, w jakimś momencie naszego życia, chcieliśmy zostać superbohaterami”. 

„Kick-Ass” zaczyna się prawie jak „Fight Club” Chucka Palahniuka. Narrator, szesnastoletni Dave Lizewski, siedzi posiniaczony i zakrwawiony na krześle z akumulatorem przypiętym do najwrażliwszych miejsc ciała (tak, dobrze się domyślacie do jakich), a wokół niego stoi zgraja najgorszych zbirów na świecie. I, tak samo jak główny bohater wspomnianej powieści, zabiera nas w przeszłość, do momentu „gdy to wszystko się zaczęło”.