Szybko! Przygotujcie miss Szwecji!
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Alejandro Jodorowsky uwielbia metafizykę (taką bardzo „swoją”, mało zrozumiałą, bo wyłożoną niezwykle subiektywnie) okraszoną nieprzystającymi często dodatkami – seks, golizna, skrajna przemoc, pompatyczne hasła i oderwane od rzeczywistości, urągające zdrowemu rozsądkowi postacie. „Jodo” czuć na kilometr. Czuć go też w „Anibalu 5”, ale…
No właśnie – „Anibal 5” ma wszystkie dodatki, ale nie ma metafizyki. Alejandro Jodorowsky i Georges Bess proponują komiks typowo rozrywkowy, bez żadnego drugiego dna, filozoficznego zadęcia i taki właśnie staroświecki, pulpowy, hołdujący najprostszej i najbardziej banalnej rozrywce. „Anibal 5” wydany został pierwotnie w dwóch tomach – odpowiednio w 1990 i 1992 roku. Nie jest to jednak oryginalny pomysł, lecz unowocześniona wersja starego komiksu, który Jodorowsky wymyślił już w połowie lat sześćdziesiątych, kiedy to mieszkał w Meksyku i pracował dla tamtejszego magazynu komiksowego „Editional Novaro”. Wtedy to, w roku 1966 roku, narodził się niepokonany, męski do przesady agent Anibal 5 w służbie Agencji Obrony Ameryki Południowej. Jego przygody rysował popularny wówczas w Meksyku Manuel Moro.

