100% Morrisona w Morrisonie
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Przybyło „Siedmiu żołnierzy”. Jeśli jesteś fanem Granta Morrisona, pokochasz ten komiks. Jeśli nie lubisz jego twórczości, znienawidzisz ten komiks. A jeśli w ogóle nie znasz dokonań Szalonego Szkota, wpadniesz w głęboką konsternację.
W 2002 roku Grant Morrison wpadł na pomysł stworzenia grupy trzecioligowych superbohaterów DC Comics. Takich jeszcze nie do końca opatrzonych, przewijających się gdzieś od czasu do czasu na trzecim planie. Dałoby to wiele możliwości narracyjnych – można wrzucać ich w wir naprawdę niebezpiecznych przygód i niebezpieczeństw, a nawet jeśli przydarzy się im coś strasznego to nikt nie będzie za bardzo po nich płakał. Wybrał siedmiu herosów z zamierzchłych lat i napisał „Siedmiu żołnierzy” – opowieść o grupie superbohaterów, której członkowie nigdy się ze sobą nie spotykają i – uwaga – nawet nie wiedzą o istnieniu pozostałych. Nazywanie ich „grupą” jest zatem sporym nadużyciem – choć jak się okazuje w finale… wcale nie! Dodatkowo wybrał nazwę grupy, nawiązującą do pewnej komiksowej ekipy z lat czterdziestych, do której należała pierwotna inkarnacja tylko jednego z najnowszych siedmiu żołnierzy! No tak, to jest właśnie „typowy Morrison”. Ale po kolei.