Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solaris. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Solaris. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 października 2023

Miasto szaleńców i świętych

Grzyby, karły, kałamarnice i metafikcje

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Ambergris, podobnie jak Gormenghast, Nowe Crobuzon czy Viriconium, jest dziwnym, lekko przerażającym miejscem pojawiającym się w kilku jeszcze dziwniejszych tworach literackich. Jest to „miasto bezprawia, jedno z najstarszych miast na świecie, którego nazwę utworzono od ambry, najcenniejszej i najbardziej tajemniczej wydzieliny wieloryba”. Ambergris nie jest miejscem nawiedzonym – jest miejscem, które nawiedza.

„Miasto szaleńców i świętych”, wydane w „ostatecznej formie” w Polsce tylko raz – w 2008 roku nakładem Solarisu – wychodziło za oceanem kilkukrotnie, za każdym razem powiększane o nowe materiały. Zbiór opowiadań? No, prawie. Raczej zbiór bardzo niecodziennych form literackich, wymagających od czytelnika cierpliwości i otwartości na nowe – niekoniecznie pozytywne – doświadczenia. Autorem jest jeden z najbardziej znanych reprezentantów nurtu „New Weird” – twórca, który w jednym z wywiadów powiedział, że gdyby nie pisał o Ambergris, to chybaby oszalał. Jeden z tekstów zbioru staje się w świetle tego stwierdzenia niebywale autobiograficzny – chyba sam Jeff VanderMeer tylko wie, ile w nim prawdy, a ile fikcji.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Stara Ziemia

Zanik ducha albo jak od pospolitości zbawić świat

W drugiej części Trylogii Księżycowej Jerzego Żuławskiego dwóch członków Bractwa Prawdy nieopatrznie uruchomiło statek kosmiczny Marka Zwycięzcy i ku własnemu przerażeniu wystartowało na Ziemię. Statek ląduje w gdzieś na terenie dzisiejszego Egiptu – Roda i Mataret przekonują się na własne oczy, że ich teoria o bezludnej Ziemi jest fałszywa. Po kilku karkołomnych przygodach trafiają w końcu do Jacka, jednego z najznamienitszych ziemskich naukowców. Ten właśnie Jacek, który okazuje się konstruktorem statku kosmicznego Zwycięzcy i dobrym przyjacielem księżycowego „Mesjasza”, jest głównym bohaterem trzeciej części trylogii, pod tytułem Stara Ziemia.

Żuławski przeniósł akcję ostatniej powieści cyklu, całkowicie na naszą planetę. Fabuła powieści koncentruje się wokół Jacka i kilku ważnych dla całościowego odbioru postaci. Oprócz dwóch pechowych przybyszy z księżyca poznajemy Azę, śpiewaczkę i bożyszcze tłumów; Grabca, zadufanego i egocentrycznego hiperintelektualistę; Łachcia, oderwanego od rzeczywistości kompozytora-samouka; Sir Tedwena, naukowca, który doszedł do granicy ludzkiego poznania oraz Nyanatilokę, buddystę, który wie, jak poradzić sobie z tą granicą.

Jerzy Żuławski przedstawia świat odległy od jego czasów o tysiąc lat. Jednak scenograficznie jest to tak naprawdę nadal dziewiętnasty wiek. Mamy co prawda statek kosmiczny i czytamy o jakimś bliżej nieokreślonym wynalazku Jacka, który może okazać się bronią zdolną do zniszczenia całej planety, ale tak naprawdę nie czuć tutaj science fiction. Nie o to Żuławskiemu chodziło. Chciał on przede wszystkim pokazać swoją smutną wizję przyszłości ludzkiej cywilizacji, wywiedzioną z trendów społecznych, artystycznych i ekonomicznych, które obserwował w świecie mu współczesnym. A wszystko to przyprawił młodopolskimi lękami i namiętnościami, wschodnimi drogowskazami do Nirwany i bergsonowskim intuicjonizmem. O Bergsonie wspominałem już przy okazji Stefana Grabińskiego, również Jerzy Żuławski nie oparł się wpływowi francuskiego filozofa.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Zwycięzca

Dobry zbawca to martwy zbawca

Druga część trylogii księżycowej Jerzego Żuławskiego opowiada o czasach późniejszych o kilkaset lat od momentu śmierci Jana „Starego Człowieka”. Ziemianie, zaintrygowani rękopisem Jana, wysyłają na księżyc kosmonautę Marka. Marek po udanym lądowaniu na srebrnym globie zastaje zdumiewającą sytuację. Przez te wszystkie lata od momentu śmierci Jana, cywilizacja księżycowa bardzo się rozwinęła i urosła w siłę. Uwikłana w nieustające walki z rdzennymi mieszkańcami naszego satelity, Szernami, utworzyła własną religię opartą na micie zbudowanym wokół postaci Starego Człowieka.

Księżycanie wierzą w to, że Stary Człowiek powróci kiedyś do nich pod postacią zbawcy – młodego człowieka, którego nazywać będą Zwycięzcą. Zwycięzca rozjaśni mroki ich smutnego, ciężkiego życia i poprowadzi ich do zwycięskiej wojny z Szernami. W Kraju Biegunowym przebywa zakon Braci Wyczekujących, którzy gromadzą przez lata ciała swoich zmarłych towarzyszy, aby wraz z nimi wypatrywać swego zbawcy. Tymczasem mieszkańcy księżyca, utrzymują chwiejny pokój z tubylcami, okupiony niestety ciężkim poświęceniem. Otóż Szernowie regularnie otrzymują daninę złożoną z młodych kobiet, które są ich niewolnicami i matkami potwornych mieszańców, dzikich i zwyrodniałych Morców.

środa, 28 czerwca 2017

Na srebrnym globie

Karły


W 1835 roku niejaki Hans Pfaall, ucieka balonem na księżyc, czyli do jedynego miejsca, w którym nie znajdą go jego wierzyciele. Nieporównana przygoda niejakiego Hansa Pfaalla Alana Edgara Poe’go jest jednym z najstarszych przykładów rodzącego się przed dwustu laty nowego gatunku literackiego – fantastyki naukowej. Ciekawe jest to, że dokładnie pięćdziesiąt lat przed Poe’m, w 1785 roku w Polsce wydano powieść zatytułowaną Wojciech Zdarzyński, życie i przypadki swe opisujący autorstwa Michała Dymitra Krajewskiego. Wojciech również ma kłopoty finansowe i podobnie jak Pfaall wsiada do balonu, który zanosi go na srebrny glob. Dziwna sprawa, czyżby science fiction narodziło się w Polsce, chwiejącej się na nogach między I a II rozbiorem? A Poe – czyżby znał powieść Krajewskiego i powiedzmy, że się nią delikatnie inspirował?

O podróży na księżyc pisał też Juliusz Verne w swojej tzw. małej trylogii (Z Ziemi na księżyc, Wokół Księżyca, Świat do góry nogami) trzydzieści lat po Poe’m. Tym razem podróżnicy wsiedli do czegoś w rodzaju metalowego pocisku i zostali wystrzeleni na księżyc z armaty. Tak samo podróżowali zabawni bohaterowie filmu Le voyage dans la lune z 1902, w reżyserii Georgesa Meliesa, którzy wbili się swoim, wyglądającym trochę jak kosmolot z Matplanety, statkiem-pociskiem prosto w księżycowy oczodół.

Mimo iż wszystkie te wymienione przeze mnie historie zawierają w sobie szczyptę science i próby naukowego wyjaśniania przedstawianych zdarzeń (wiarygodne na tyle, na ile zaawansowany był stan ludzkiej wiedzy w owych czasach i na ile sami autorzy orientowali się w tych zagadnieniach), to jednak szczypta owa rozpuszcza się prawie bez śladu w awanturniczej przygodzie i ilustracji pragnienia poznania tajemnicy ziemskiego satelity. Fabuły wymienionych dzieł nie są obudowane ściśle do nich pasującym, technologicznym szkieletem - to po prostu fantazje, sensacyjne perypetie i nieco zwykłej czytelniczej zabawy, choć nie pozbawione też swego rodzaju dydaktyzmu (jak np. księżycowa utopia wspomnianego już Krajewskiego).

sobota, 25 lutego 2017

Siedemdziesiąt dwie litery

O kwantyfikacji niekwantyfikowalnego

Ted Chiang to amerykański pisarz science fiction, którego całym literackim dorobkiem jest tylko kilkanaście opowiadań. Nie napisał żadnej powieści i nie zamierza. I jednocześnie jest to jeden z najbardziej obsypanych nagrodami twórców fantastyki. Zdobył kilkukrotnie nagrody Hugo, Locus, Nebula oraz mnóstwo nagród pomniejszych (całkowicie popieram, choć ja bym te nagrody nieco poprzesuwał między opowiadaniami). Jest powszechnie znany i rozpoznawany w świecie literatury science fiction i wszystko to osiągnął (powtórzmy to wyraźnie) kilkunastoma opowiadaniami! Czy oznacza to, że jego teksty posiadają jakąś nadnaturalną siłę rażenia? Zdecydowanie tak. Zbiór Siedemdziesiąt dwie litery wydawnictwa Solaris, wydany w 2010 roku zawiera jedenaście pierwszych opowiadań Chianga, kolejne dwa pojawiły się w Polsce w zbiorach Kroki w nieznane z 2010 i 2012 roku a ostanie, bardzo krótkie w Nowej Fantastyce z października 2015. I to wszystko.

Wysokie uznanie z jakim spotyka się Chiang wynika według mnie z tego, że realizuje on perfekcyjnie założenia, które leżą u podstaw science fiction i dodatkowo używa do tego najlepszego możliwego narzędzia – krótkiej formy literackiej. Fantastyka naukowa (zwłaszcza ta twarda jej odmiana) to przede wszystkim literatura konceptu. Nie akcji, nie sensacji, nie poetyckiego języka, nie artystycznych wygibasów ani fabularnego mięsa. Tu przede wszystkim chodzi o wizję, ideę i filozofię, wobec których forma, fabuła, styl powinien pełnić służebną rolę.  W opowiadaniach Teda Chianga nie ma żadnych zbędnych elementów, każdy składnik jest potrzebny i ściśle zarachowany, zatem do zrozumienia tego co autor mówi, potrzeba pełnego skupienia i zaangażowania w lekturę.

Autor nie pisze opowiadań w jednym stylu. Różnicuje zarówno sposób pisania jak i formę narracji. Nieco ponad połowa tekstów to rasowe hard SF, choć nie we wszystkich przypadkach punktem wyjścia do budowy wymaganego w tym gatunku technologiczno-naukowego szkieletu jest znana nam rzeczywistość. Mamy standardowo pisane opowiadania fantastyczne, steampunk filozoficzny, tekst rodem z Cyberiady, szkatułkową fabułę w stylu Baśni tysiąca i jednej nocy, opowiadanie-cykl wywiadów reporterskich, szorty przypominające felietony naukowe i w końcu opowiadanie o specyficznej, podwójnej narracji, której struktura jest rewelacyjną ilustracją ideowego motywu przewodniego.

piątek, 18 listopada 2016

Gdzie Dawniej Śpiewał Ptak


Okazuje się, że to jedna z najważniejszych dystopii w dziejach literatury. Kate Wilhelm podąża trochę śladami Ayn Rand, jednak „pochwała indywidualizmu” i „pean na cześć wolności jednostki” w jej wykonaniu jest o wiele bardziej stonowany niż ten autorki Atlasu Zbuntowanego.

Powieść Gdzie dawniej śpiewał ptak może być oceniana na kilku płaszczyznach.
Jako prezentacja poglądów autorki – nieźle. Kate Wilhelm nie wyciąga na czytelnika swojego ideologicznego młota i pomimo zdecydowanego stanowiska, jej opowieść nie sprawia wrażenia ataku światopoglądowego. Indywidualizm i wolność jednostki są wartościami najwyższymi, różnorodność jednostek gwarantem trwałości społeczeństwa. Kolektywizm to zagrożenie, uniformizm zachowań, sztuczna specjalizacja to źródło słabości. Ale podane jest to wszystko bez gorączkowej krytyki ustrojów politycznych, bez nerwów. Nie krzywimy się podczas czytania. Albo może ja tego tak drastycznie nie odbieram, bo liberalne poglądy odjeżdżające (delikatnie) w kierunku libertariańskiej ćwiartki Diagramu Nolana są mi jednak nieco bliższe niż te z ćwiartki przeciwległej (gdzie roztacza się domena konserwatyzmu obyczajowo-społecznego i ścisłej kontroli aparatu państwowego nad gospodarką).

niedziela, 13 listopada 2016

Aegypt

Samotnie

Samotnie to nie jest zamknięta powieść ani nawet część cyklu powieściowego. To 1/4 monumentalnej całości i mocno daje się to odczuć. Dlatego nie będę długo zwlekał i przeczytam wkrótce drugi tom - ale nie od razu. Pod koniec czułem się nieco zmęczony, mimo jednak bardzo ciekawej lektury. Książka jednoznacznie kojarzy mi się z powieściami Umberto Eco, nie widzę w niej ani fantastyki ani żadnego realizmu magicznego na co zwraca uwagę co druga recenzja. To opowieść o znikomej zawartości dynamiki (ewidentnie wstęp do powieści) i gigantycznej zawartości statyki: wewnętrznych monologów bohaterów, książek-w-książkach i uzasadnień motta książki - "Nie istnieje tylko jedna historia świata". Uzasadnienia obudowanego historią i filozofią, ale nie takimi, które są powszechnie przyjęte za obowiązujące. To historia i filozofia meandrująca po rubieżach gnozy, hermetyzmu, alchemii, ezoteryki, magii i nauk tajemnych. Crowley wyraźnie podważa słuszność naszego trzymania się racjonalnej metody wyjaśniania tego dlaczego nasz współczesny świat wygląda tak jak wygląda. Historia to nie jest raz ustalony ciąg zdarzeń, to raczej płynna materia, którą teraz oglądamy jako zbiór takich a nie innych slajdów z powodu renesansowej metody nałożenia na nią cugli. Cugli "szkiełka i oka", cugli ściśle naukowej metody, która odrzuca wszystkie niezwykłe i nadnaturalne tłumaczenia zdarzeń historycznych.


Miłość i Sen

W drugim tomie Aegiptu Crowley zaczyna więcej pisać o tym jakie jest dokładnie znaczenie sentencji „nie istnieje tylko jedna historia świata”. Zaczyna odsłaniać coraz większe fragmenty swojej powieściowej konstrukcji. Jednocześnie daje wyraźnie odczuć czytelnikowi, że nie powinien on oczekiwać jakiegoś przyspieszenia akcji. To proza napisana językiem przepięknym, stylowym – jednakże utopiona w dygresyjnej manierze, skupiona przede wszystkim na postaciach bohaterów i ich wewnętrznych przeżyciach i uciekająca cały czas przed konkretyzacją fabularnej układanki. Czytanie Miłości i Snu ze zrozumieniem i pełnym zaangażowaniem w opisywane wydarzenia bez wcześniejszej znajomości Samotni skazane jest na niepowodzenie. Widać wyraźnie, że jest to kawałek większej całości. Dodatkowo to bardzo hermetyczna proza, wymagająca czytania powoli, uważnie. Nie biję czołem, znajduję ją jako powieść dobrą ale ołtarza nie postawię. Nadal Małe, Duże to poprzeczka, której Crowley nie przeskakuje. A może dopiero całość cyklu to próba skoku? 


Daemonomania

Aegipt to chyba największa literacka katedra jaką w życiu zwiedzałem. I nie dokończę bo czwarta część tetralogii nie ukaże się w Polsce – chyba, że kiedyś, ktoś się porwie na to z góry skazane na finansowe niepowodzenie, przedsięwzięcie. Daemonomania nie różni się niczym pod względem stylu, komplikacji fabuły i ogólnej miodności lektury w porównaniu z dwoma poprzednimi częściami. To samo wrażenie obcowania z bardzo dobrą książką, jednak przerastającą moje zasoby wiedzy i lekko jednak niekompatybilną z moimi zainteresowaniami (coś jak Wahadło Foucaulta). Katedra Crowleya jest oszałamiająca i na pewno zasługująca na uznanie, ja jednak poczułem się ostatecznie raczej znużony niż zachwycony.


Cykl: Aegypt (1)
Tytuł: Samotnie
Tytuł Oryginalny: The Solitudes
Autor: John Crowley
Tłumaczenie: Konrad Walewski
Wydawca: Solaris
Data wydania: 2008
Liczba stron: 460
ISBN: 8389951002

Cykl: Aegypt (2)
Tytuł: Miłość i Sen
Tytuł Oryginalny: Love and Sleep
Autor: John Crowley
Tłumaczenie: Joanna Bogunia, Dawid Juraszek
Wydawca: Solaris
Data wydania: 2009
Liczba stron: 569
ISBN: 9788389951014

Cykl: Aegypt (3)
Tytuł: Daemonomania
Tytuł Oryginalny: Daemonomania
Autor: John Crowley
Tłumaczenie: Konrad Walewski
Wydawca: Solaris
Data wydania: 2010
Liczba stron: 666
ISBN: 9788389951021

Małe, Duże


Podróż do sedna fantastyki

Historia rodzaju ludzkiego od zawsze związana jest z wiarą w zjawiska nadprzyrodzone. Ten irracjonalny element naszego bytu tkwi w nas od zarania dziejów i pozostanie w nas po wszystkie czasy. To on zrodził wszelkie religie, mity, legendy, opowieści o duchach i wróżkach. Ale i również z niego wywodzi się cała fantastyka, czyli sposób na nieuświadamianą bezpośrednio tęsknotę za miejscem innym niż to w którym przyszło nam żyć, gdzie nie musimy już zastanawiać się co jest możliwe a co nie. Taki zbawienny, dla naszej racjonalnej z konieczności a nie z wyboru egzystencji, eskapizm, przez wieki realizowały nasze babcie opowiadając nam do snu baśnie. Dziecku łatwo uwierzyć w istnienie jakiegoś dodatkowego wymiaru rzeczywistości. W miarę jak dorastamy, wrota do krainy cudów, do tej baśniowej Nibylandii się zamykają, królicza nora zarasta. Dzieje się tak nie dlatego, że taki jest nasz wybór dorosłego, racjonalnego człowieka ale dlatego, że brakuje przesłanek, które, argumentując twardymi dowodami, wepchnęły by nasz but między drzwi. Brak nam wiary. Dlatego powieść-baśń dla dorosłego odbiorcy jawi się jako zadanie trudne, wymagające nie lada umiejętności. Czy jest wykonalne?

Małe, Duże Johna Crowleya to odpowiedź na to pytanie. Ta napisana w 1981 roku powieść, zawiera cechy realistycznej powieści XIX-wiecznej, wielopokoleniowej sagi rodzinnej oraz elementy realizmu magicznego i baśni. Przedstawiona historia sięga początków XX wieku, kiedy to John Drinkwater, zakochany w Violet Bramble, młodej kobiecie obdarzonej pewnymi nadprzyrodzonymi zdolnościami, buduje posiadłość Edgewood. Ten wielki dom, będący mieszaniną stylów architektonicznych, leży gdzieś w lasach nieopodal Miasta (nigdy nie poznajemy prawdziwej nazwy, choć oczywiście nietrudno się domyślić o jakie miasto chodzi), gdzieś na rozstajach dróg prowadzących w bliżej nieokreślonych kierunkach, krótko mówiąc "za górami, za lasami". Crowley prowadzi nas przez dzieje kolejnych pokoleń rodziny aż mniej więcej do początków XXI wieku, który jednak nieco różni się od tego co widzimy za oknem. Dekadenckie Miasto to siedlisko przemocy, biedy, ciągłej walki o przetrwanie, z kolei Edgewood to bezpieczna przystań i to nie tylko w sensie dosłownym.