Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean Giraud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jean Giraud. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 grudnia 2023

Szalona z Sacre-Coeur

„Incal” w wersji light


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Alejandro Jodorowsky i Jean Giraud (czyli Moebius, bo z Jodorowskym współpracowało to właśnie twórcze alter ego Girauda) stworzyli swego czasu „Incala”, jeden z najsłynniejszych komiksów w historii medium. O dziwo, sukces ten nie przyczynił się wcale do ich częstej współpracy w przyszłości. Trzyczęściowa opowieść „Szalona z Sacré-Coeur” jest drugim owocem ich kooperacji – jednym z najlepszych, przy jakich zarówno Chilijczyk, jak i Francuz pracowali.

Ostatnia część „Incala” ukazała się w 1988 roku. Jodorowsky miał tak dużo pomysłów, że od razu rozpoczął prace nad „Przed Incalem”, prequelem opowieści o Johnie Difoolu. Moebius odmówił współpracy i zarzekał się, że do „Incala” już nie wróci (złamał postanowienie pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy to narysował pierwszą część niedokończonej nigdy serii „Po Incalu”, ale to było wszystko). Czasu na szalone, futurystyczne przygody Difoola nie miał, ale jakimś sposobem znalazł go na narysowanie równie zwariowanych, choć osadzonych we współczesności, perypetii niejakiego Alaina Mangela.

niedziela, 19 września 2021

Final Incal. Po Incalu

Świat to odbicie naszych myśli


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Dziś odwiedzamy po raz trzeci świat „Incala”, wykreowany w 1980 roku przez legendarnego, chilijskiego popkulturowego szaleńca – Alejandro Jodorowsky’ego. Pierwszy był „Incal” tworzony w transie razem z Jeanem „Moebiusem” Giraudem, a zaraz po nim powstał prequel całej historii – „Przed Incalem” z ilustracjami Zorana Janjetova. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły także spin-offy – „Kastę Metabaronów” i „Technokapłanów”. Zanim jednak podążymy w bok w ich kierunku, idźmy trochę dalej prosto. Zajmiemy się sequelem – a właściwie dwoma, będącymi swoimi alternatywnymi wersjami. Oto „Po Incalu” i „Final Incal”.

Pierwszy, genialny i niepowtarzalny „Incal” pozostaje nadal najlepszym komiksowym dziełem Jodorowsky’ego i nic nie wskazuje na to, że Chilijczyk napisze jeszcze kiedyś coś lepszego. Duchowa podróż Johna Difoola i jego towarzyszy, rozpoczęta i zakończona tą samą charakterystyczną sceną, w której główny bohater leci głową w dół wzdłuż Miasta-Szybu prosto do kipiącego jeziora kwasu, stanowi klamrę zamykającą całą opowieść i tworzącą z niej pewien powtarzający się, niekończący cykl. Nie wiemy co było prawdą („Prawdą”) w „Incalu”, nie wiemy czy wszechświat, w którym działa się akcja komiksu istnieje nadal, czy został zrestartowany przez wszechmocnego Orha. Gdy pod koniec lat osiemdziesiątych Jodorowsky kończył pisanie „Incala” (a właściwie „Wielką Improwizację Do Spółki z Moebiusem”) był bardzo zadowolony z tej niejednoznaczności. Ideą „Incala” jest bowiem ciągłe poszukiwanie Prawdy, ciągłe dążenie do realizacji swych marzeń – ale tak aby nigdy nie być w pełni nasyconym i zadowolonym z odpowiedzi i wyników. To dlatego John Difool stał się „wiecznym świadkiem” świata, obserwatorem nieustannie przekształcającej się rzeczywistości, poszukiwaczem Odpowiedzi Ostatecznych i śniącym na jawie („Śnić znaczy żyć!”) – czyli po prostu człowiekiem.

czwartek, 11 lutego 2021

Jim Cutlass. Tom 2

Ku Klux Klan kontra zombie


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Jim Cutlass” miał być odskocznią od „Blueberry’ego”Jean-Michel Charlier i Jean Giraud, pokłóceni z wydawnictwem Dargaud, postanowili zagrać mu na nosie i stworzyć komiks zdolny konkurować z ich własnym wielkim hitem. Przygody ryżego zawadiaki z Południa tylko początkowo wydawały się alternatywą dla perypetii porucznika „niebieskich kurtek” – drugi tom „Jima Cutlassa” wiedzie nas w rejony, których „Blueberry” nigdy nie odwiedził.

Pierwszy tom przygód młodego awanturnika, który odziedziczył wielki majątek ziemski w Luizjanie do spółki ze swoją atrakcyjną kuzynką (niespokrewnioną, jakby kto pytał!), składał się trzech części. Pierwsza, wydana w 1979 roku, jest jedyną napisaną w całości przez Charliera. Poznajemy postać Jima Cutlassa, zauważamy mocne podobieństwa do Mike’a S. Blueberry’ego i widzimy, że panowie autorzy nie mieli wielkiego ciśnienia, aby wyjść wtedy poza ten premierowy odcinek. Kolejne dwa ukazały się bowiem dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych – Jean Giraud, po niespodziewanej śmierci Charliera, sam zajął się scenariuszem, a do rysowania zaprosił Christiana Rossiego. W ostatniej dekadzie dwudziestego wieku powstało sześć odcinków „Jima Cutlassa” – tom drugi zawiera cztery ostatnie.

niedziela, 22 listopada 2020

Blueberry

Serenada na trąbkę i sześć strzałów!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Wśród miłośników komiksu europejskiego nie ma chyba nikogo, kto nie słyszałby o Mike’u S. Blueberrym – „jankesie z Południa”, kawalerzyście armii Północy, bezczelnym szulerze, niesubordynowanym gagatku i nieokrzesanym awanturniku. To chyba najsłynniejszy komiksowy rewolwerowiec obok Lucky Luke’a – kreowany jednak bardziej poważnie, choć nadal rozrywkowo (zarówno pod względem fabuły i rysunku). Dziś przenosimy się na Dziki Zachód, do czasów tuż po Wojnie Secesyjnej. Kurz jeszcze nie opadł, krew jeszcze do końca nie wsiąkła w ziemię – oto świat, w którym przetrwają najsilniejsi.

niedziela, 2 sierpnia 2020

Silver Surfer. Przypowieści

Srebrzysty paladyn

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Mega Marvel” numer 3 (2/1994) był jednym z najlepszych komiksów serii. Przygody błyszczącego, potężnego herosa, surfującego w międzygwiezdnej przestrzeni na niezniszczalnej desce, przeniosły czytelników TM-Semic daleko w niezmierzony kosmos. Na „stronach klubowych” tego wydania, nieoceniony Marvel-Arek wspomniał o „totalnym musiszmieć” fana komiksów Marvela – „The Parable” Stana Lee z rysunkami Moebiusa. I oto jest, już po raz drugi w Polsce, wraz z trzema innymi opowieściami, które łączy jedna postać – Silver Surfer.

Silver Surfer został wymyślony przez przypadek, tak od niechcenia i pod wpływem chwili. W 1966 roku Stan Lee trudził się nad tworzeniem coraz to nowych superłotrów. Wpadł na pomysł postaci, która byłaby niemal bogiem – Galactusem, gigantycznym tytanem, który podróżuje przez kosmos i pożera planety. Rzucił pomysł Jackowi Kirby’emu (nie było chyba wtedy lepszego do tego zadania) a ten zabrał się do roboty. Lee stosował tak zwaną „metodę Marvela”, czyli przedstawiał zbiór luźnych założeń i ogólny zarys fabuły – szczegółowy scenopis i dialogi pisali zazwyczaj już inni twórcy, nierzadko sami rysownicy. Gdy Lee oglądał efekty pracy Kirby’ego zauważył małą, srebrzystą postać latającą po kosmosie na desce surfingowej. Kirby uznał, że taka istota jak Galactus musi mieć swojego herolda, kogoś kto poszukuje dla niego odpowiednich planet i sprowadza go na żerowisko. Tak powstał Silver Surfer, nowy heros w uniwersum Marvela, który zadebiutował w czterdziestym ósmym numerze „Fantastic Four”.

niedziela, 19 lipca 2020

Świat Edeny

Osiemnastoletnia improwizacja

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Świat Edeny” to kolejne dzieło Jeana Girauda, który, w przypadku ilustrowanych przez siebie dzieł z gatunku science fiction, podpisywał się jako „Moebius”. Oto zbiór kilku komiksów wydawanych na przestrzeni osiemnastu lat, które, połączone postaciami głównych bohaterów i miejscem akcji, tworzą bardzo spójną i niebanalną historię. Moebius jest tu niepodzielnym władcą świata – odpowiada zarówno za scenariusz i rysunki.

Na początku lat osiemdziesiątych Jean Giraud pracował nad dwiema seriami. Pierwszą była „Blueberry” – ściśle sformalizowana, sztywno wpasowana w konwencję, historia z Dzikiego Zachodu. Drugą był „Incal” – zwariowane i przesycone nie do końca jasną filozofią arcydzieło Alejandro Jodorowsky’ego. To ono właśnie, sygnowane pseudonimem „Moebius” a nie „Gir”, było projektem, w którym grafik nadal mógł po części realizować swoje własne wizje – choć ostateczne słowo należało i tak do chilijskiego scenarzysty. Czasy totalnej improwizacji z okresu przygód Majora Gruberta odeszły, a artysta serwował jej namiastkę w krótkich formach komiksowych, pisanych na zamówienie reklamówkach i pracach okolicznościowych – ostatnio mieliśmy zresztą okazję je poznać w zeszłorocznym albumie „Kroniki metaliczne. Chaos”. Moebius zapragnął wyrwać się z paryskiego środowiska komiksowego – efektem była przeprowadzka do Pau, małego miasta u podnóży Pirenejów. Tam zaczął interesować się naukami Jeana-Paula Appela-Guéry'ego – eksploracją własnej świadomości, seksualności, cielesności, tożsamości i tajemnic świata snów. Dołączył nawet do komuny Guéry'ego na Tahiti, gdzie napisali razem komiks „La nuit de l'étoile”. Pobyt Moebiusa na Tahiti zaowocował rzuceniem palenia, alkoholu, kawy, substancji psychoaktywnych a nawet przejściem na wegetarianizm. Najważniejszą jednak konsekwencją było powstanie „Świata Edeny” – fantastycznej, kilkuczęściowej historii dwóch przyjaciół, tworzonej od 1983 do 2001 roku.

wtorek, 2 czerwca 2020

Jim Cutlass. Tom 1

Blast It!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Czytaliśmy ostatnio „Western” Jeana Van-Hamme’a i Grzegorza Rosińskiego. Dziś znowu udajemy się na komiksowy Dziki Zachód – ale trochę bardziej na południe i o dziesięć lat wcześniej. „Jim Cutlass” pełen jest humoru i pędzącej na złamanie karku przygody – jakże jest inny od wspomnianego „Westernu”.

Gdy spojrzymy na lata kolejnych wydań komiksu „Blueberry”, autorstwa Jeana-Michela Charliera i Jeana Girauda, zauważymy pięcioletnią wyrwę między odcinkiem siedemnastym i osiemnastym. Seria miała przerwę wydawniczą od 1975 do 1980 roku – panowie pokłócili się wtedy trochę z Dargaudem i postanowili zrobić coś nowego. Efekt ich pracy nie był jednak jakoś specjalnie odmienny od tego, co tworzyli do tej pory – znowu napisali przygodowy western, który wystartował w odcinkach w magazynie „Pilote” już w 1976 roku. Przygody Jima Cutlassa zostały wydane w albumie zbiorczym pod koniec 1979 roku, a potem panowie wrócili do „Blueberry’ego”. Dziesięć lat później Charlier zaczął pisać drugi tom, ale niestety zmarł w lipcu 1989 roku – scenariusz miał już trzydzieści sześć stron. Jean Giraud zrobił to samo, co Albert Uderzo po śmierci René Goscinnego – sam napisał resztę. Zrezygnował jednak z rysowania i zaprosił do współpracy młodszego kolegę po fachu, Christiana Rossiego. Razem stworzyli jeszcze potem pięć kilkudziesięciostronicowych albumów – siódmy, ostatni, wyszedł w roku 1999.

niedziela, 22 grudnia 2019

Moebius. Kroniki metaliczne. Chaos.

Fragmenty duszy

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Album „Kroniki metaliczne. Chaos” jest piątym, ostatnim tomem polskiej edycji kolekcji „Moebius USA”. Tym razem jednak nie mamy do czynienia z komiksem – otrzymujemy typowy artbook, czyli zbiór grafik, rysunków i szkiców Jeana Girauda powstałych na przestrzeni jego kariery. Świetne dopełnienie całego cyklu.

Całość otwiera przedmowa autorstwa Daniela Pizzoliego, zatytułowana „Tajniki rysunku”. Nie bez przyczyny nie jest ona posłowiem – opracowanie to należy obowiązkowo przeczytać przed oglądaniem albumu. Pizzoli, znawca i wielki popularyzator sztuki Moebiusa, omawia rozwój drogi twórczej Jeana Girauda, jego eksperymenty twórcze i kształtowanie się stylu. Wszystko to podpiera przykładami – prawidłowym sposobem czytania owej przedmowy jest trzymanie zakładki na przyswajanym tekście i ciągłe wertowanie artbooka w celu konfrontacji z omawianą właśnie grafiką.

niedziela, 17 marca 2019

Incal

Rozgrzewka do tańca rzeczywistości

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Incal” ze scenariuszem Alejandro Jodorowsky’ego i rysunkami Jeana „Moebiusa” Girauda, nazywany jest często najlepszym komiksem, jaki kiedykolwiek powstał. I nie jest to żaden przeszarżowany, marketingowy slogan, który nie ma zbyt wiele wspólnego z prawdą. To dzieło, którego istoty żaden opis czy recenzja nie odda nawet w małym stopniu, tego trzeba doświadczyć samemu, bezpośrednio. Mimo wszystko – spróbujmy. Jest ku temu dodatkowa okazja – Alejandro Jodorowsky obchodzi dziś swoje dziewięćdziesiąte urodziny.

Wedle słów reżysera, wszystko zaczęło się pewnej nocy w 1974 roku, kiedy to „boskość przemówiła do niego w proroczym śnie” i powiedziała, że „twoim następnym filmem musi być Diuna”. Jodorowsky był już po swoich rewolucyjnych i kontrowersyjnych filmach, „Krecie” i „Świętej górze”, więc wieść o jego nowym projekcie zelektryzowała fanów. Wszyscy oczekiwali kolejnej psychodelicznej podróży po nieograniczonej niczym wyobraźni reżysera, oraz solidnej dawki mistyki i ezoteryki. To, że historia o walce Paula Atrydy o odzyskanie tronu Arrakis już istniała, nie było żadnym problemem. Otóż Jodorowsky postanowił gruntownie przebudować wizję Franka Herberta, przetworzyć ją wedle własnego uznania i dać światu „Diunę Jodorowsky’ego”. Twierdził, że „Diuna” nie należy już do Herberta, została przecież, jak każde dzieło sztuki, zesłana na niego z „kolektywnej nieświadomości” i jako pewien mit, czyli opowieść archetypiczna, nie ma już autora. To artysta musi pełnić wobec sztuki służebną rolę i być tylko przekaźnikiem dla emanacji swego rodzaju wyższej siły. Tym bardziej zrozumiałe staje się to, dlaczego tak usilnie próbował odsunąć autora „Diuny” od prac nad ekranizacją.

sobota, 2 lutego 2019

Arzach. Szalony Erektoman, Wakacje Majora.

Betonowy pterodaktyl, niesforne ciało jamiste i fabryka belgijskich gąbek

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Jean Giraud, w czwartym tomie kolekcji „Moebius USA”, potwierdza słowa z okładki – jest „mistrzem opowiadania obrazem”. „Arzach. Szalony Erektoman. Wakacje Majora” – to, podobnie jak wydana niedawno „Ślepa cytadela. Przystanek na Faragonescji. The Long Tomorrow”, trzyczęściowy zbiór albumów, które oryginalnie stanowiły oddzielne całości. Dwa pierwsze pochodzą z początków kariery Girauda jako „Moebiusa”, trzeci zaś, to zbiór krótkich, niepowiązanych ze sobą komiksowych gagów, żartów i dziwacznych impresji.

„Arzach” zaczyna się od jednej z najbardziej niesamowitych, pokręconych i surrealistycznych opowieści Moebiusa – „Zboczenia”. Śledzimy losy pewnej francuskiej pary, która podczas samochodowej wyprawy na wyspę Ré, trafia do miejsca, gdzie zaciera się granica pomiędzy snem i jawą, komiksem i rzeczywistością – tak zwana „czwarta ściana” pęka z wielkim hukiem. Harzack/Arzach/Harzak/Arzak/Harzakc to tytuły „rozdziałów” i zarazem „imiona” głównego bohatera jednej z najważniejszych opowieści Moebiusa oraz całego europejskiego komiksu w ogóle. Tajemniczy mężczyzna lata na dziwnym pterodaktylopodobnym stworze nad koszmarnym, skrajnie nieprzyjaznym, pustkowiem. I to w sumie wszystko – ta, całkowicie pozbawiona tekstu opowieść (przynajmniej do momentu ostatniego odcinka, w którym autor bardzo zgrabnie łączy „Zboczenie” z „Arzachem”), to dosłownie opowiadanie obrazem, zmuszenie odbiorcy do budowy własnego gmachu interpretacyjnego. Moebius daje się tu poznać jako absolutny władca nie tylko wykreowanego świata, ale i czytelniczej percepcji – interpretacji będzie tyle, ile czytelników, a ta jedna, autorska nigdy nie została i nie zostanie już wyjawiona. O ile istniała.

środa, 10 października 2018

Ślepa cytadela. Przystanek na Faragonescji. The Long Tomorrow.

„Mackowanie aż do stadium pnuszu”

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Ślepa cytadela. Przystanek na Faragonescji. The Long Tomorrow” jest trzecim albumem kolekcji dzieł zebranych Moebiusa. Seria ta została przygotowana specjalnie na rynek amerykański, co pociągnęło za sobą pewien wymóg spełnienia oczekiwań rynku. Została pokolorowana, co wbrew opinii niektórych fanów, wcale nie wyegzorcyzmowało z niej „ducha Moebiusa”.

W pierwszych dwóch tomach mieliśmy do czynienia z historiami osnutymi wokół centralnej postaci, czyli Majora Gruberta. I nawet jeśli zdawało nam się, że Jean „Moebius” Giraud odpływa czasem narracyjnie i fabularnie na tylko sobie znane wody, to jednak krążył gdzieś w pobliżu głównego wątku. W „Ślepej Cytadeli…” natomiast znajdziemy szereg zupełnie niepowiązanych ze sobą, króciutkich opowieści, drukowanych pierwotnie w magazynach „Pilote” lub „Métal Hurlant”. I nie sposób nie zauważyć, jak bardzo krótka forma komiksowa pozwoliła Moebiusowi na swobodny dryf w zupełnie nieznanym i nie wymagającym ostatecznej definicji kierunku. Jest to dryf formy, stylu, narracji i tematyki oraz, co znamienne, niekontrolowana podróż w głąb jaźni samego autora.

piątek, 5 października 2018

Człowiek z Ciguri

Major znowu się zgubił...

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wiemy już, że to Major Grubert, za pomocą „generatorów poszerzających”, stworzył kieszonkowy wszechświat w środku asteroidy, zwanej „garażem”. I to „hermetycznym” ponieważ świat w nim ukryty jest całkowicie odseparowany od naszego kontinuum czasoprzestrzennego. Major ów, wszechmocny na „Ciguri”, swoim statku krążącym wokół asteroidy, ale zupełnie przeciętny w wykreowanym przez siebie uniwersum, musiał salwować się z niego ucieczką pod koniec poprzedniego tomu. Po przejściu przez tajemnicze drzwi trafia do świata, który wygląda jak Ziemia końca dwudziestego wieku. 

I dokładnie od tego momentu zaczyna się „Człowiek z Ciguri”, kontynuacja „Garażu hermetycznego”. Major Grubert, który nie jest już tutaj ubrany w strój dziewiętnastowiecznego eksploratora afrykańskiego safari, próbuje zrozumieć zasady działania rzeczywistości, do której rzucił go los. Znajduje książkę, zatytułowaną „Streszczenie”, którą napisał „Łucznik” a którą wydała oficyna „Garaż”. Major postanawia znaleźć Łucznika, gdyż widzi w tym szansę powrotu na „Ciguri”. Ale jego wrogowie, którzy pozostali w „garażu”, nie śpią – zrobią wszystko, aby mu w tym przeszkodzić.

środa, 3 października 2018

Garaż hermetyczny

Tajemnica pokoju numer 6

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Moebius” i „Gir” to dwie osobowości twórcze jednego człowieka – Jeana Girauda, francuskiego scenarzysty i (przede wszystkim) rysownika komiksowego. Jako „Gir” zaczął rysować w latach sześćdziesiątych najsłynniejszy westernowy komiks w Europie – „Blueberry”. Współpraca Girauda z Alejandro Jodorowskym przy ekranizacji „Diuny” (film nigdy nie doczekał się premiery), wedle słów samego autora, była punktem przełomowym w karierze. To po tym etapie twórczości zaczął „rodzić się Moebius” i fantastyczna odnoga kariery Girauda.

W 1974 roku wraz z trójką innych artystów założył wydawnictwo „Les Humanoïdes Associés”, które w grudniu 1974 roku wydało pierwszy numer „Métal hurlant” – legendarnego już magazynu komiksowego. To tam Moebius zaczął realizować swoją w pełni autorską wizję komiksu i to tam właśnie pojawił się jeden z najbardziej znanych bohaterów autora – Major Grubert. Moebius wymyślił tę postać w dzieciństwie – wysoki, przystojny mężczyzna, ubrany w charakterystyczny, kolonialny dziewiętnastowieczny strój afrykańskiego podróżnika z hełmem zakończonym ostrym szpicem.