Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.
„Inwazja z Ganimedesa” jest jedną z dwóch powieści Philipa K. Dicka, które powstały w kooperacji z innym twórcą. Jest to też kolejna książka pisana na szybko, dla pieniędzy a nie idei, zawierająca więcej szalonych pomysłów i zwrotów akcji niż jakakolwiek inna. Tak jakby autorzy używali czegoś w rodzaju zwariowanego generatora fabuł science fiction i nie mogli przestać. Po prawdzie tak właśnie było.
Dom Philipa K. Dicka w East Oakland był na początku lat sześćdziesiątych miejscem częstych spotkań towarzyskich zaprzyjaźnionych twórców science fiction. Jednym z nich był Ray Nelson, pisarz, który nigdy szczególnie nie wybił się w swoim gatunku i kojarzony jest głównie z krótkiego opowiadania „Eight O'Clock in the Morning”. Ten króciutki tekst, traktujący – a jakże – o inwazji kosmitów, przerobiony został po latach na komiks zatytułowany „Nada”, który z kolei zainspirował Johna Carpentera do nakręcenia „Oni żyją!”. Omawiana dzisiaj pozycja początkowo nie miała być wcale powieścią o najeźdźcach z kosmosu, lecz zza oceanu – Dick z zapałem roztaczał przed swoimi gośćmi wizje ewentualnej kontynuacji „Człowieka z wysokiego zamku”. Przyjaciele wrzucali swoje pomysły do wspólnego kotła, co prowadziło potem do niezliczonych mutacji i przeobrażeń pierwotnych koncepcji. Sequel jednego z arcydzieł Dicka nigdy nie powstał, ale z tej swego rodzaju burzy mózgów powstał szkielet zwariowanej powieści o ataku Ganimedejczyków („gańczyków”) na Ziemię.
