Doktorat z języka przemocy
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Egmont zdążył jeszcze w starym roku wydać czwarty zbiorczy tom eventu „Batman. Ziemia niczyja”. Gotham jest jak Nowy Jork z dobrze wszystkim znanego filmu Johna Carpentera – Bruce Wayne nie ma co prawda twarzy Kurta Russella, ale równie dobrze radzi sobie w tym mieście, postapokaliptycznym i dystopijnym z konieczności. No i dobrze, że w ogóle jest, bo na początku wydawało się, że zniknął na dobre.
Gotham doświadczane było w latach dziewięćdziesiątych na różne sposoby. Po „Epidemii” szefostwo DC Comics doszło do wniosku, że w nadchodzący dwudziesty pierwszy wiek trzeba wejść z hukiem. „Kataklizm”, stanowiący pierwszy tom egmontowskiej edycji „Ziemi niczyjej” przyniósł koniec miastu Batmana – wielkie trzęsienie ziemi uczyniło Gotham prawdziwym piekłem na ziemi. Podczas „Wstrząsów wtórnych” miasto opustoszało, szaleńcy uciekli ze zniszczonego Azylu Arkham, a Bruce Wayne postanowił zrobić wszystko, aby uratować metropolię. Nie udało się – w „Walce o Gotham” rząd USA postanowił najpierw pozwolić wszystkim chętnym mieszkańcom na opuszczenie miasta, a potem nakazał zburzenie mostów i odseparowanie go od reszty kraju. Nikt nie może wjechać, ani wyjechać z Gotham – chyba, że w nielegalny sposób. Mroczne miasto staje się miejscem bezprawia – nie ma tam moralności ani żadnych reguł i zasad powszechnie obowiązujących w pozostałej części kraju. Musiały zatem powstać „Nowe zasady” – jak mówi tytuł omawianego dziś tomu.
