Wszędzie i nigdzie
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Dan Slott i Michael Allred mieli swój sposób na „Silver Surfera”. Srebrny herold Galactusa przemierzający wszechświat na desce surfingowej, w ich wydaniu był mniej groźny, enigmatyczny i małomówny niż wcześniej. Egmont wydał właśnie drugi zbiorczy tom jego przygód – w takim samym stylu i estetyce jak poprzednio.
Pierwszy tom „Silver Surfera” zbierał całą siódmą serię przygód tego bohatera wydawaną od maja 2014 do stycznia 2016 roku – wchodziła ona w skład jednego z całej masy rebootów, restartów i innych tego rodzaju rozwiązań wydawniczych Marvela drugiej dekady obecnego wieku. To był akurat „Marvel NOW!”, który dobiegł końca w maju 2015 roku. „Silver Surfer” wydawany był jednak dalej – choć krótko, bo jeszcze tylko siedem miesięcy. W styczniu 2016 roku zakończył się kolejny wielki event Marvela znany jako „Secret Wars”, nawiązujący mocno do wydarzeń z 1984 i 1985 roku o tej samej nazwie – siódma seria przygód naszego bohatera skończyła się razem z nim. A potem co? Oczywiście kolejny reboot ciągłości Marvela – tym razem pod nazwą „All-New, All-Different Marvel”. Tak, mało kto nadążał za tym wszystkim – chyba nawet sami scenarzyści mieli problem.


