Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Janson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Klaus Janson. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 października 2025

Ghost Rider. Świt synów nocy

Piekielny pop

Polscy fani komiksów Marvela z początku lat dziewięćdziesiątych mają obecnie w czym wybierać. Drugi zbiorczy tom „Ghost Ridera” od Muchy będzie bez wątpienia jednym z wyborów najczęstszych. Nie dość, że bohater jest po prostu kozacki i wręcz uosabiający tamte czasy, to dodatkowo mamy znakomite uzupełnienie strasznie pociętych i niepełnych wydań z czasów TM-Semic. „Gdy przelana zostaje niewinna krew, rodzi się Duch Zemsty, a w miejsce Danny’ego Ketcha pojawia się…”

„Ghost Rider!” W marcu 1990 roku wystartowała nowa, trzecia już seria z tym bohaterem. Howard Mackie (scenariusz) i Javier Saltares (rysunek) powołali go ponownie do życia, ale w odmienionej postaci. W widmowego motocyklistę zaczął wcielać się młody, dwudziestoletni Danny Ketch, a jego poprzednik, słynny Johnny Blaze, stał się bohaterem gościnnym. Kilka pierwszych odcinków tej serii poznaliśmy już ponad trzydzieści lat temu – w „Mega Marvel” numer 2.

Nowy Ghost Rider jest herosem na miarę lat dziewięćdziesiątych. Ma piekielny motocykl z płonącymi nieustannie kołami, magiczny łańcuch dzielący się i ponownie łączący na zawołanie, no i przede wszystkim „pokutne spojrzenie”, którym zadaje swoim ofiarom ten sam ból, który oni zadawali swoim – tylko, że spotęgowany kilkukrotnie. Mamy ostatnią dekadę dwudziestego wieku, Ghost Rider musi być prawdziwym badassem – takie czasy, takie potrzeby. Pierwszy zbiorczy tom od Muchy zawierał dwadzieścia początkowych odcinków serii. Howard Mackie zmodyfikował nieco samą naturę Ghost Ridera, zaczął wyjaśniać jego powiązania z demonem Zarathosem i zasady działania jego piekielnej mocy. Wspomniany Johnny Blaze, oryginalny Ghost Rider z lat siedemdziesiątych, długowłosy kaskader i awanturnik z wykałaczką w ustach i okularach przeciwsłonecznych na nosie, równie często pojedynkował się ze swoim następcą, co wchodził z nim w sojusze. Poprzedni album zakończył się wielką wojną z Mephisto, „Zodiakalnym Mordercą” oraz zapowiedzią powrotu skrajnie niebezpiecznego przeciwnika – Deathwatcha.

niedziela, 3 marca 2024

Batman Ziemia niczyja. Tom 1. Kataklizm

Początek koszmaru


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Gotham staje przed zagrożeniem, z jakim nigdy jeszcze nie musiało się mierzyć. Wydawać by się mogło, że po apokaliptycznej „Epidemii” pomysł śmiercionośnego wirusa w najważniejszym po Metropolis mieście DC Comics, trudno będzie przebić. A tu proszę, redaktorzy „Batmana” proszą o potrzymanie piwa i urządzają w Gotham prawdziwe trzęsienie ziemi. I to wcale nie w przenośni.

Latem i jesienią 1996 roku trwało „Dziedzictwo”, całkiem udany event angażujący prawie wszystkie wydawane wówczas batkomiksy – „Detective Comics”, „Batman”, „The Shadow of the Bat”, „Robin”, „Catwoman” i „Azrael” (tylko już z założenia odseparowane zupełnie od ciągłości DC Comics „Legends of the Dark Knight” zostało pominięte). Kolejne półtora roku nie przyniosło żadnej rewolucji – wydarzenia w każdym z wymienionych tytułów szły własnym torem aż do początku 1998 roku. Zanim jednak do nich przejdziemy wspomnieć trzeba o krótkiej, czteroodcinkowej opowieści zamieszczonej na przełomie 1997 i 1998 roku w serii „Azrael”. To od niej właśnie zaczyna się pierwszy zbiorczy tom „Batman. Ziemia niczyja”, wydarzenia jeszcze większego niż wydany nie tak dawno w Polsce słynny, niezapomniany „Knightfall”.

czwartek, 9 listopada 2023

Batman Spawn

Tylko dla zatwardziałych fanów


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Chcesz lepszych wyników finansowych i wyższej sprzedaży? Zrób crossover! Historie przetaczające się przez kilka różnych, równolegle wydawanych serii to chleb powszedni amerykańskich wydawnictw komiksowych. Zwykle dotyczą one tytułów tylko jednego uniwersum. Czasem jednak dochodzi do crossoverów wyższego poziomu – kiedy spotykają się bohaterowie komiksów różnych wydawnictw. Tak się stało chociażby w roku 1994 (i to dwukrotnie). A teraz, po dwudziestu dziewięciu latach dwójka bohaterów po raz trzeci weszła sobie w drogę. Tylko że nie wiadomo w sumie po co – nie każdy crossover jest dobrą decyzją. Nawet jeśli dotyczy Spawna i Batmana.

Egmont wydał właśnie wszystkie trzy wspomniane komiksy w jednym tomie zbiorczym. Ale – ciekawostka – to ten najnowszy, wydany na początku 2023 roku, otwiera cały zbiór. Moim zdaniem taką decyzją wydawnictwo wyznacza od razu target albumu – skierowany jest on do osób znających zarówno Batmana i Spawna oraz świadomych tego, że kiedyś już doszło do ich konfrontacji. Ja zacznę jednak od opowieści umieszczonych w zbiorze jako druga i trzecia, czyli tych najstarszych, wydanych niemal trzydzieści lat temu. Słynny Todd McFarlane rozpoczął pisanie (i rysowanie) „Spawna” niemal dwa lata wcześniej – był to najlepiej sprzedający się tytuł nowopowstałego wydawnictwa Image, które stało się bardzo szybko poważną konkurencją dla DC Comics i Marvela.

niedziela, 27 listopada 2022

Punisher Epic Collection. Krąg krwi

Zanim przyszło TM-Semic


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

No, to musiało w końcu nastąpić. Tak jak trzydzieści dwa lata temu wydawnictwo TM-Semic rozpoczęło inwazję na polski rynek komiksowy „Punisherem” i „Spider-Manem”, tak Egmont również wystartował z klasycznymi „epickimi kolekcjami” zbierającymi przygody właśnie tych dwóch bohaterów. Pająk dorobił się w Polsce już pięciu, wielkich tomów – teraz dostajemy pierwszy album z „Pogromcą”

W przypadku „Amazing Spider-Man. Epic Collection” jest trochę więcej materiału do ogarnięcia – o wiele wcześniejszy debiut człowieka-pająka, cztery równolegle wydawane serie i mnóstwo przeplatających się między nimi historii wprowadzają nieco chaosu. Z „Punisher. Epic Collection” jest prościej – przynajmniej na początku. Pogromca zadebiutował w „The Amazing Spider-Man” #129 z lutego 1974 roku. Przyjął się bardzo dobrze, amerykańscy czytelnicy komiksów uwielbiali niejednoznacznych moralnie antybohaterów. Pojawiał się tu i tam, aż w końcu dwanaście lat po debiucie dostał w końcu własną serię, zatytułowaną po prostu „Punisher”. Krótką, limitowaną, tylko pięcioodcinkową, wydaną w pierwszej połowie 1986 roku, napisaną przez Stevena Granta i zilustrowaną przez Mike’a Zecka. To właśnie ona rozpoczyna pierwszy tom „Punisher. Epic Collection” (tak właściwie to drugi – pierwszy, zbierający przygody Franka Castle’a sprzed 1986 roku, nie został jeszcze wydany nawet za oceanem). Przeczytamy dziś komiksy, które uczyniły postać Punishera naprawdę rozpoznawalną i popularną.

środa, 2 czerwca 2021

Batman. Klątwa białego rycerza

Mroki przeszłości


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Batman. Biały rycerz” był pierwszym komiksem sygnowanym logo „DC Black Label”. Nowa inicjatywa wydawnicza amerykańskiego potentata komiksowego okazała się wielką szansą dla Seana Murphy’ego – rysownika, który z rzadka próbował swych sił jako scenarzysta. „Biały rycerz” zainicjował „Murphyverse”, czyli miniuniwersum pozostające poza głównym kontinuum Detective Comics. Wydana właśnie przez Egmont „Klątwa białego rycerza” kontynuuje historię opowiedzianą we wspomnianym powyżej komiksie, idealnie wpisując się w założenia imprintu „DC Black Label” – podejścia do znanych postaci DC jeszcze raz, w oryginalny i rewolucyjny sposób.

To właśnie tutaj mit Batmana tworzony jest ponownie, w oderwaniu od osiemdziesięcioletniej tradycji i historii tej postaci. No, może nie całkiem – podstawowe fakty są zachowane, ale opowiedziane na nowo i w nieco zmienionym (rozszerzonym) kształcie. „Batman. Biały rycerz” to „elseworld”, więc swoboda twórcza Seana Murphy’ego nie była ograniczana zgoła niczym. Tylko w takim świecie można bez problemu zaakceptować dwie równolegle egzystujące wersje Harley Quinn (Harleen Quinzel w klasycznym kostiumie arlekina i niejaka Marian Drews w wyzywającym stroju z czasów „The New 52”) czy uleczonego Jokera, który jako rozsądny i zrównoważony Jack Napier, zajmuje stołek radnego Gotham. To w takim świecie Mr Freeze współpracuje z Bruce’em Wayne’em przy wynalezieniu lekarstwa dla swej żony i umierającego Alfreda, a sam Batman staje się zagrożeniem dla społeczeństwa.

niedziela, 18 października 2020

Batman. Gotyk

W stylu retro
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W jednym z poprzednich odcinków cyklu czytaliśmy „Azyl Arkham” – genialną opowieść o Batmanie, który, w zakamarkach najbardziej przerażającego szpitala psychiatrycznego w historii komiksu, szukał prawdy o własnej naturze. Był to pierwszy komiks Granta Morrisona, w którym zajął się postacią człowieka–nietoperza – dziś drugi, napisany zaraz potem na fali popularności „Azylu”. Gotham mierzy się z jednym z największych zagrożeń jakie kiedykolwiek wisiało nad miastem.

Zanim jednak o tym opowiemy przenieśmy się na chwilę do listopada 1989 roku. To właśnie ta data widnieje na okładce rzeczonego „Arkham Asylum: A Serious House on Serious Earth”. Wielki sukces, Morrison na ustach wszystkich fanów Detective Comics. Dokładnie w tym miesiącu ma również premierę całkiem nowa seria: „Batman: Legends of the Dark Knight”. Do jej powstania, podobnie jak w przypadku „Azylu Arkham”, przyczynił się „Batman” Tima Burtona, który wszedł na ekrany kin pięć miesięcy wcześniej. Nowa seria, w odróżnieniu od dwóch już istniejących („Detective Comics” i „Batman”), miała być z założenia skierowana do czytelników nie śledzących na bieżąco przygód Batmana – miały to być krótkie (z początku zawsze pięcioodcinkowe) historie oderwane od głównego kontinuum DC i nie pozostające w żadnej zależności fabularnej także względem siebie. Każda z nich miała być pisana i rysowana przez inną parę twórców, którzy dostali naprawdę całkowitą swobodę – mogli cofać się do początków kariery Batmana, tworzyć alternatywne wizje rzeczywistości i robić z bohaterem co im się żywnie podoba – pod warunkiem oczywiście wysokiej jakości swej pracy.

niedziela, 14 czerwca 2020

Daredevil. Tom 3

Zmierzch rewolucji

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Scenariusze i rysunki Franka Millera wywindowały „Daredevila”, niewidomego marvelowskiego bohatera, na szczyt popularności. Wiosną 1983 roku, po zakończeniu swego udziału serii, Frank Miller mógł przebierać w ofertach – komiks o Diable z Hells Kitchen okazał się trampoliną do sukcesu także dla niego. W trzecim tomie „Daredevila” od Egmontu zapoznamy się z finałem millerowskiego runu i kilkoma kolejnymi projektami autora.

Drugi tom skończył się na dziewięć numerów przed końcem ery Millera. Autor zdecydował się wówczas na bardzo niecodzienny i ryzykowny krok – zabił Elektrę. Nalegał na to bardzo mocno i tłumaczył niezadowolonym włodarzom Marvela, że tak naprawdę planował to już na samym początku, gdy tylko wymyślił postać dzielnej wojowniczki. Elektrę zabija Bullseye, który płaci za to niemal najwyższą cenę – ląduje w szpitalu z połamanym kręgosłupem i paraliżem. Tymczasem Kingpin cały czas rozwija przestępcze imperium, rozpaczliwie próbując uleczyć swą żonę Vanessę, która wpadła w katatonię podczas niefortunnego pobytu w kanałach Nowego Jorku. Gdzieś z oddali dobiega nas gniewny pomruk Zakonu Dłoni, zapowiadający, że jego członkowie nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Oszalały z bólu Daredevil próbuje odnaleźć się w świecie po Elektrze i nadal prowadzi podwójne superbohaterskie życie.

niedziela, 2 lutego 2020

Daredevil. Tom 2

Rewolucja

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Daredevil” z historiami Rogera McKenzie był tym tytułem, który utorował drogę do sławy pewnemu młodemu rysownikowi – Frankowi Millerowi. Omawiany w zeszłym roku pierwszy tom zbiorczej edycji tego runu, zakończył się w momencie, gdy McKenzie odszedł z pracy. Sytuację skwapliwie wykorzystał Miller, który sam zaczął pisać. Mamy styczeń 1981 roku – w 168 numerze „Daredevila” główny bohater spotyka Elektrę.

Wspomniany odcinek tej serii komiksowej był debiutem Franka Millera jako scenarzysty. Jest to też, bez cienia przesady, jeden z najważniejszych pojedynczych zeszytów w historii wydawnictwa Marvel. Miller przyznał po latach, że uwielbiał postać Daredevila, ale nie lubił opowieści McKenziego. McKenzie siedział mocno w latach siedemdziesiątych, trzymał się banalnych, czarno-białych i infantylnych schematów komiksu superbohaterskiego. Zatem całkowite „przejęcie władzy” nad tytułem było spełnieniem marzeń Millera – zapisał on Daredevila na szybki kurs dojrzewania, a sam komiks przekształcił w medium dla dorosłego, bardziej wymagającego odbiorcy. „Daredevil” od numeru 170 staje się miesięcznikiem – już trzy miesiące po objęciu przez Millera pieczy nad scenariuszem. Czytelnicza akceptacja kierunku zmian zaproponowanych przez autora wyrażona została w najlepszy możliwy sposób – sprzedaż „Daredevila” poszła mocno w górę. Podobnie jak w przypadku „Miraclemana” Alana Moore’a była to zapowiedź „mrocznych” (czytaj: „dojrzałych”) czasów w komiksie amerykańskim, których dolną cezurę wyznaczają kanoniczne dzieła – „Powrót Mrocznego Rycerza” i „Strażnicy”.