Loeb i Lee na równi pochyłej
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Jeph Loeb i Jim Lee mocno narozrabiali w 2002 roku. Wyszedł wtedy „Batman. Hush” w dwunastu odcinkach – tajemniczy, diabelsko inteligentny i skrajnie niebezpieczny nowy wróg Batmana przybywa do Gotham. W tym miejscu chciałbym odesłać potencjalnych czytelników omawianego dziś albumu do wspomnianego właśnie pierwowzoru. Jeśli nie znamy „Husha” nie powinniśmy czytać „H2sha”, kropka. I od tej pory nie zawaham się użyć spojlerów dotyczących tego pierwszego – bo tak trzeba.
Tommy Elliot, kolega Bruce’a Wayne’a z dzieciństwa, okazał się po latach psychopatą, pragnącym zniszczyć życie naszemu bohaterowi. Nasłał na niego całą rzeszę wrogów, ale ostatecznie skończył w wodach Zatoki Gotham postrzelony przez Harveya Denta. Za całą intrygą stał Riddler, który manipulował „Hushem” – od czasów Bane’a nikt nie był tak blisko upokorzenia Mrocznego Rycerza. Minęły lata. Uniwersum DC przeszło kilka metamorfoz – między innymi „Nowe DC” w 2011 roku i „DC Odrodzenie” w 2016. Ciągłość, w której Batman walczył z Hushem już nie istnieje – rok temu jednak Jeph Loeb i Jim Lee postanowili wrócić do swej opowieści sprzed dwudziestu trzech lat, podczas rozkręcającej się właśnie inicjatywy „DC All In”. „H2sh” ukazał się w trzeciej już serii „Batman” w odcinkach 158-163. Czy było warto odgrzewać tego kotleta?






