Epoka wielgachnych mózgów
Kurt Vonnegut pisał swą jedenastą powieść w odosobnieniu, w małym mieszkaniu w Greenwich Village – potrzebował ciszy, spokoju i poczucia izolacji. Tak jakby chciał wczuć się w położenie bohaterów pisanej właśnie książki – „Galapagos”.
Narratorem powieści jest duch Leona Trouta – syna słynnego pisarza Kilgore’a Trouta, którego kojarzymy chociażby z „Śniadania mistrzów”. Narrator mówi do nas z przyszłości oddalonej o milion (!) lat od roku 1986, kiedy to rozpoczyna swą opowieść. Otóż w roku owym, podczas globalnego kryzysu ekonomicznego, w trakcie którego padały największe gospodarki świata, wyruszyła z Ekwadoru na Galapagos „Przyrodnicza wyprawa stulecia”. Wycieczka statkiem o wymownej nazwie „Bahia de Darwin” liczyła kilkoro uczestników, z których ocalało jeszcze mniej. Stali się ostatnim bastionem ludzkości – cała jej reszta wyginęła na bliżej nieokreśloną „zarazę bezpłodności”. Rozbitkowie na Galapagos przetrwali i stali się zarzewiem nowej ludzkości, ewoluującej na odosobnionej wyspie w zgoła nieoczekiwanym kierunku.






