Witaj w naszym świecie, panie Castle!
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Punisher należy do uniwersum Marvela – wiadomo. Od samego początku jednak jego przygody pisane były w oparciu o jedno domyślne założenie – trzymamy go z daleka od całej kolorowej ferajny jak tylko możliwe i idziemy w realizm. Czasem pojawiały się wyjątki od tej reguły. Ósma seria „Punisher”, zebrana przez Egmont w jednym tomie, jest jednym z najbardziej jaskrawych.
Cofnijmy się najpierw do 2008 roku. W grudniu zakończyła się „Tajna inwazja”, czyli atak zmiennokształtnych Skrulli na Ziemię. Kosmici zostali odparci, ich tajni agenci wykryci i teoretycznie wszystko wróciło do normy. Niestety S.H.I.E.L.D. zostało skompromitowane, więc w jego miejsce powołano organizację H.A.M.M.E.R. z Normanem Osbornem (dawnym Zielonym Goblinem) na czele. Rozwiązano Avengers, a Osborn utworzył ich „mroczną” wersję… Dark Avengers (oczywiście!). Wskaźnik przestępstw w Stanach Zjednoczonych zaczął spadać – nowi strażnicy porządku okazali się twardsi i bardziej bezwzględni. Jest jednak pewien człowiek, który wie, że za fasadą diabolicznego uśmiechu Normana Osborna kryje się nie bezinteresowna chęć niesienia pomocy, lecz zwykła korupcja i przyzwolenie na zło – usankcjonowane i przeniesione z ulic do bogatych drapaczy chmur. Tym człowiekiem jest oczywiście Frank Castle.






