Inżynieria prawdy
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Świat, w którym dostatecznie silna wiara w dowolną ideę, może doprowadzić do jej urzeczywistnienia, byłby wyjątkowo przerażającym koszmarem. Na szczęście nasza rzeczywistość tak nie działa (tu pewnie znaleźliby się zwolennicy odmiennego zdania). Za to w „Departamencie prawdy” Jamesa Tyniona IV ta cecha leży u podstaw świata. Kolejny, szósty tom tej rewelacyjnej opowieści trafił właśnie na polski rynek.
W poprzednim tomie wysłuchaliśmy spowiedzi Lee Harveya Oswalda. Człowieka, który być może wcale nie jest człowiekiem, istoty dowodzącej tytułowym „Departamentem prawdy”. Główny bohater komiksu, agent FBI, który zobaczył zbyt wiele i dowiedział się tego, czego nie powinien, poznał historię powstania departamentu, jego walki radzieckim odpowiednikiem w czasach Zimnej Wojny i konfliktu z działającą współcześnie organizacją „Czarnego kapelusza”. Oto instytucje tak tajne, że nie wie o nich większość wysoko postawionych ludzi w amerykańskim rządzie z prezydentem na czele, a nawet ich członkowie często nie zdają sobie sprawy z przynależności do nich. „Departament prawdy” opowiada psychodeliczną, paranoiczną historię o tym, jak za przywoływane do istnienia teorie spiskowe pozwalają nie tylko rządzić światem, ale dowolnie go kształtować.






