Zło nie przychodzi z zewnątrz
Władca much to Belzebub, demon, dawny zły duch Kanaanu, później utożsamiony z Szatanem w chrześcijańskim wydaniu. „Władca much” to również powieść Williama Goldinga – jedna z najważniejszych w literaturze brytyjskiej. Pojawiający się w niej obcięty łeb dzikiej świni, nad którym krążą muchy, jest symbolem nierozerwalnie z nią związanym.
Jest też symbolem nieokreślonej siły, która powoduje natychmiastowy upadek i unieważnienie wszelkich cywilizacyjnych wartości w warunkach, gdy przestają istnieć granice moralne wytyczone przez prawo, umowę społeczną i realną groźbę poniesienia konsekwencji za czyny. Fabuła „Władcy much” jest prosta i w swej prostocie genialna. Grupa dwudziestu, może trzydziestu chłopców, jakimś cudem ocalała z katastrofy samolotu, który rozbił się na bezludnej wyspie, gdzieś z dala od wszelkiej cywilizacji. Najmłodsi mają pięć, może sześć lat, najstarsi po dwanaście. Chłopcy szybko wybierają na wodza Ralfa z najstarszej grupy – rozsądnego i pragnącego w jakiś sposób doprowadzić do ich ewakuacji z wyspy. Wtóruje mu Prosiaczek, otyły, chorowity i niedowidzący, ale niezwykle inteligentny chłopak, który jednak ze względu na swe niedomagania jest raczej obiektem kpin niż materiałem na zastępcę wodza. Jest też Simon, wrażliwy i chyba „widzący więcej niż inni” outsider. No i są chórzyści, na czele których stoi Jack, nie znoszący sytuacji, w której to nie on jest szefem.






