Zło w pięknym przebraniu
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Jeszcze nie tak dawno pisałem o najohydniejszym bohaterze powieści, z jakim miałem do czynienia – Patricku Batemanie z „American Psycho”. Teraz nadchodzi kolejny – Humbert Humbert ze słynnej i przeanalizowanej wzdłuż i wszerz „Lolity” Vladimira Nabokova. Który gorszy? Trudno wyrokować – w końcu żaden nie jest narratorem wiarygodnym. Każdy z nich przedstawia swoje losy w sposób skrajnie subiektywny, a spora część ich relacji może (choć nie musi) okazać się kłamstwem (bez znaczenia czy zamierzonym, czy nie). Humbert wydaje się jednak bardziej realny i przez to – zdecydowanie bardziej odrażający.
Gdy Nabokov szukał wydawcy dla „Lolity” spotykał się z regularnymi odmowami. Jeden z nich powiedział mu nawet, że gdyby ta powieść ujrzała światło dzienne wszyscy zaangażowani skończyliby w więzieniu. Jest ona zbiorem wspomnień europejskiego intelektualisty oczekującego w więzieniu na proces w sprawie o zabójstwo. „Lolita” to jego spowiedź życia obejmująca okres, kiedy to osiadł w Nowej Anglii z zamiarem napisania powieści. Humbert od samego początku przyznaje, że fascynują go „nimfetki”, czyli dziewczynki w wieku 12-15 lat, które w jego pokręconym umyśle jawią się jako wiodące na pokuszenie, emanujące seksem istoty. Humbert jest po prostu pedofilem i wcale się z tym nie kryje – tłumaczy tylko, że najprawdopodobniej ukształtowany został przez nieszczęśliwą miłość swej do zmarłej przed laty trzynastoletniej przyjaciółki Annabell. Czytelnik staje się ławnikiem w procesie życia Humberta, a on sam przeprowadza długą mowę obronną we własnej sprawie.






