Łyżka dziegciu w beczce smoły
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Pierwszy tom „Absolute Batman” rozbłysnął na polskim rynku komiksowym niczym supernowa. Nakład wyprzedał się błyskawicznie, czego chyba nikt się nie spodziewał. Czy nowa wersja człowieka – nietoperza jest aż tak dobra? Sprawdziłem. Jest.
Świat „Absolute” jest kolejną inicjatywą wydawniczą DC Comics oderwaną od głównego kontinuum. Wszystko zaczęło się w październiku 2024 roku, kiedy to ukazał się komiks „założycielski” nowej ciągłości fabularnej DC – „DC All In. Alfa i Omega”. Po zwycięstwie nad Amandą Waller we „Władzy absolutnej” Superman formuje nową Ligę Sprawiedliwości, aby nigdy więcej podobne zagrożenie nie miało miejsca. No tak, tylko że powstało niebezpieczeństwo zupełnie inne – znudzony Darkseid atakuje nowo powstałą Ligę, co (a jakże) narusza strukturę czasoprzestrzeni i dochodzi do powstania zupełnie nowego, alternatywnego uniwersum DC. Jest to miejsce o wiele bardziej mroczne, chaotyczne i szalone niż mainstreamowe kontinuum DC Comics. Dziać się tam miały rzeczy niesłychane i – jak wieść niosła – takie, na które nikt w „zwykłym uniwersum” nie mógł sobie pozwolić. Pieczę nad całym przedsięwzięciem objął Scott Snyder – a skoro tak, to cytując klasyka: „Wiedz, że coś się dzieje”.





