Uniwersalna nostalgia
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Późni millenialsi kończyli podstawówkę i zaczynali gimnazjum mniej więcej na początku XXI wieku. Ich przedstawicielem jest Marcin Podolec, autor „Sezonu spadających gwiazd”, czyli komiksu uniwersalnej nostalgii.
Jesteśmy w jakimś małym polskim miasteczku, w przeszłości oddalonej mniej więcej o dwadzieścia lat. Grało się wtedy w „Małysza” na komputerach z Pentium 4 i Windowsem XP; walczyło o życie w gimnazjum, słuchało Linkin Park albo Limp Bizkit, w telewizji leciał „Big Brother” i startował „Taniec z gwiazdami”, a w kinach „Powrót króla” Petera Jacksona. Prawdę mówiąc, nie są to „moje” czasy. Abym w pełni mógł wczuć się w emocjonalne stany głównego bohatera „Sezonu spadających gwiazd”, akcja komiksu musiałaby się przesunąć do początku lat dziewięćdziesiątych – do flanelowych koszul i „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Tylko uwaga – opowieść Marcina Podolca o perypetiach bezimiennego czternastolatka żyjącego u progu XXI wieku (mniej więcej) jest bardzo uniwersalna. W buty głównego bohatera wejść jest bardzo łatwo, niezależnie od metryki.






