czwartek, 12 lutego 2026

Żyjąca śmierć

Gotyckie science fiction


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Scream Comics wznowiło niedawno „Żyjącą śmierć”, komiks krótki, ale za to w wielkim, jedynym słusznym formacie. W 2019 komiks ten wyszedł w Polsce w kolorze, teraz tylko w czerni i bieli. Pozbawienie „Żyjącej śmierci” barw było świetnym pomysłem – dzięki temu komiks jest jeszcze lepszy.

Scenariusz napisał Olivier Vatine na podstawie pewnej francuskiej powieści science fiction. „La Mort Vivante” napisana została w 1958 roku przez Pierre’a Pairaulta, nieżyjącego już twórcę ukrywającego się pod pseudonimem Stefan Wul. Ziemia przyszłości zalana została przez potop i tylko najwyższe partie gór wystają ponad wodę. Ludzie wynieśli się na Wenus i tam próbują zbudować cywilizację na nowo. Olivier Vatine przenosi akcję na Marsa – co jest wyborem zdecydowanie sensowniejszym niż kierunek przeciwny, bliższy Słońcu i tak naprawdę absurdalny. Nie było co prawda potopu, ale niemal tysiąc lat temu (w XXI wieku) doszło do wielkiego Exodusu. Ludzie odcięli się od własnej planety i tylko nieliczni przemytnicy i poszukiwacze starych artefaktów zapuszczają się na Ziemię.

wtorek, 10 lutego 2026

XOCO. Cykl pierwszy

Artbook w przebraniu


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Tajemne kulty, azteckie bóstwa, Nowy Jork czasów Wielkiego Kryzysu pełen okultyzmu i nadprzyrodzonych zjawisk, rytualne mordy i lovecraftowskie tropy z niewielkim dodatkiem Mike’a Mignoli ciągnącym fabułę i estetykę nieco w stronę współczesności. Tak można w skrócie określić pierwszy zbiorczy tom „XOCO” wydany przez Scream Comics.

Nowy Jork roku 1930 został sterroryzowany przez „Rzeźnika z Brooklynu”, czyli seryjnego mordercę z charakterystycznym modus operandi. Specjaliści rozpoznają w jego metodzie mordowania rytuały starożytnych Azteków – tropy wiodą do pewnego starego, zmarłego przed kilku laty, antykwariusza, jego córki i tajemniczego noża z obsydianu. Wraz z rozwojem fabuły okazuje się, że całej intrygi nie możemy ograniczyć tylko do naszej, dobrze znanej rzeczywistości. Do świata realnego przedostają się elementy nadprzyrodzone, do tej pory ukryte gdzieś w indiańskim świecie legend. Azteckie demony, nieodparcie kojarzące się z „Wyklętym” Grahama Mastertona, spotykają tajne organizacje kultystów przypominające te z „B.B.P.O.” Mignoli i razem sieją zamęt w Ameryce lat trzydziestych.

niedziela, 8 lutego 2026

Peanatema

Oda do rozumu


Kolejna książka Neala Stephensona pełna jest pomysłów, odważnego światotwórstwa i szalonych idei, ale jednocześnie nie brakuje w niej pasjonującej akcji. „Anathem”, monumentalna powieść wydana w 2009 roku, w Polsce nosi tytuł „Peanatema” i jest najdoskonalszym dziełem autora „Śnieżycy”. Jest jedną z najlepszych powieści fantastycznych, jakie kiedykolwiek wydano. Nie przesadzam.

Akcja powieści toczy się na planecie zwanej Arbre. Ten zaskakująco podobny do Ziemi glob zamieszkuje cywilizacja starsza od ziemskiej o mniej więcej trzy tysiące lat. Uważna lektura powieści, przy regularnym zaglądaniu do zamieszczonego na samym początku kalendarium historii tejże cywilizacji, pokazuje jeszcze wiele innych ciekawych analogii. Arbre zamieszkują „ludzie”, istoty praktycznie od nas nieodróżnialne. Od wieków społeczeństwo całej planety podzielone jest na dwa odrębne światy – sekularny i matemowy. Rezydentami świata matemowego są deklaranci, quasi-mnisi zamknięci w koncentach, małych enklawach wewnątrz świata sekularnego. Te kompleksy budowlane, przypominające obwarowane murami klasztory, podzielone są na matemy („Maths” w oryginale, co nie jest bez znaczenia), których bramy otwierają się – w zależności od matemu – co rok, dekadę, stulecie i milenium (!). Tylko wtedy deklaranci mogą wyjść na zewnątrz i sprawdzić jak w międzyczasie zmienił się świat sekularny, a sekularzy mogą wejść „intramuros”. Poza tymi krótkimi, kilkudniowymi „apertami”, deklarantów obowiązuje rygorystyczna Dyscyplina Cartaska – zabronione są nie tylko relacje ze światem „extramuros”, ale i między matemami o różnym interwale apertu oraz całkowity zakaz używania sekularnej technologii.

wtorek, 3 lutego 2026

Sezon spadających gwiazd

Uniwersalna nostalgia


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Późni millenialsi kończyli podstawówkę i zaczynali gimnazjum mniej więcej na początku XXI wieku. Ich przedstawicielem jest Marcin Podolec, autor „Sezonu spadających gwiazd”, czyli komiksu uniwersalnej nostalgii.

Jesteśmy w jakimś małym polskim miasteczku, w przeszłości oddalonej mniej więcej o dwadzieścia lat. Grało się wtedy w „Małysza” na komputerach z Pentium 4 i Windowsem XP; walczyło o życie w gimnazjum, słuchało Linkin Park albo Limp Bizkit, w telewizji leciał „Big Brother” i startował „Taniec z gwiazdami”, a w kinach „Powrót króla” Petera Jacksona. Prawdę mówiąc, nie są to „moje” czasy. Abym w pełni mógł wczuć się w emocjonalne stany głównego bohatera „Sezonu spadających gwiazd”, akcja komiksu musiałaby się przesunąć do początku lat dziewięćdziesiątych – do flanelowych koszul i „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Tylko uwaga – opowieść Marcina Podolca o perypetiach bezimiennego czternastolatka żyjącego u progu XXI wieku (mniej więcej) jest bardzo uniwersalna. W buty głównego bohatera wejść jest bardzo łatwo, niezależnie od metryki.

niedziela, 1 lutego 2026

Wolverine Epic Collection. Krew i pazury

Na szerokie wody


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Trzeci tom „Wolverine. Epic Collection” wprowadza nas w lata dziewięćdziesiąte. Przygody Rosomaka zaczyna pisać Larry Hama, człowiek w przyszłości niemalże utożsamiany z głównym bohaterem. Scenarzysta rozpoczął złoty okres Wolverine’a, a nie bez znaczenia było to, że pierwsze dwadzieścia pięć odcinków „ery Hamy” narysował znany i ceniony Mark Silvestri.

Omawiany dziś album „Krew i pazury” zawiera czternaście pierwszych zeszytów (od 31. do 44.) i dodatkowo znajdziemy w nim dwa one-shoty – „Bloodlust” i „Bloody Choices”. Słowo „krew” wydaje się nieusuwalne z tytułów komiksów z Rosomakiem tamtego okresu. No cóż, znak czasów – czytamy wszak komiksy wydane w 1990 i 1991 roku. Jesteśmy w okresie gwałtownego wzrostu popularności mutantów – już za chwilę pierwsze zeszyty „X-Force” i „X-Men” pobiją wszelkie rekordy sprzedaży, a wynik tej drugiej serii jest niepokonany do dziś. Nic dziwnego więc, że również i Wolverine znalazł się na fali wznoszącej.

czwartek, 29 stycznia 2026

Wiek cienia

Widokówki z apokalipsy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Czy apokalipsa może być poetycka? Philippe Cazamayou, słynny francuski twórca komiksowy, udowadnia, że tak. Kilkanaście obrazkowych opowiadań Cazy zbiera „Wiek cienia” wydany ostatnio przez Lost in Time. Każde z nich jest swego rodzaju widokówką, krótką relacją z postępującego armagedonu, choć równie dobrze może być sennym majakiem.

Caza pod koniec lat siedemdziesiątych, na dekadę przed „Światem Arkadiego”, który został u nas wydany niedawno przez Lost in Time w dwóch tomach, pracował dla słynnego magazynu „Métal Hurlant”. Pisał do niego krótkie, kilkustronicowe komiksowe miniatury opowiadające o świecie dalekiej przyszłości, który rażony został niezwykłą apokalipsą. Ziemia zwalnia swe obroty i wszystko wskazuje na to, że za chwilę przestanie obracać się wokół własnej osi. Jest to wielkie uproszczenie, bo tak naprawdę nasza planeta synchronizuje obrót z obiegiem wokół Słońca, tak aby być do niego zwróconą cały czas tą samą stroną. Od naszych czasów minęły tysiące lat – obecnie mamy rok 666 (!) Ery U-dzi. U-dźmi Caza nazywa potomków ludzkości – zhomogenizowanych, podobnych do siebie i tak samo bezradnych wobec bezlitosnej rzeczywistości. Zamknięci w „Miastach”, wielkich aglomeracjach zawiadywanych przez elektryczne mózgi, przypominają nieporadnych ludzi z filmu animowanego „Wall-E”. Nie żyją, lecz wegetują – dni mijają podobne do siebie jak dwie krople wody, a za murami Miast, tam, gdzie rozciąga się „Wielki Eksterior”, świat umiera. Paradoksalnie więcej w nim życia niż w bezpiecznych enklawach betonu.

wtorek, 27 stycznia 2026

Towarzysze zmierzchu

Na granicy światów


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Powiadają, że trwała sto lat. Nie różniła się niczym specjalnym od poprzedniej ani od tej, która nastąpiła po niej. Wojna spada na wieś jak grad lub dżuma – w najmniej spodziewanym momencie. Zazwyczaj, gdy kłosy są ciężkie, a dziewczyny piękne…”. Tak zaczyna się każdy z trzech odcinków „Towarzyszy zmierzchu”, historyczno-fantastycznego komiksu Françoisa Bourgeona

Bourgeona znamy przede wszystkim z „Pasażerów wiatru”, przygodowo-awanturniczej opowieści o dzielnych, rezolutnych kobietach stawiających czoła nie tylko bieżącym przeciwnościom losu, ale przede wszystkim historii. Pierwsze dwa cykle „Pasażerów…” powstały na początku lat osiemdziesiątych – w tym samym czasie Bourgeon rozpoczął tworzenie swego drugiego komiksu historycznego, czyli „Towarzyszy zmierzchu”.