wtorek, 23 lutego 2021

Strażnicy galaktyki. Tom 2

Kosmos jak plac zabaw


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Egmont regularnie funduje nam wycieczki w kosmos uniwersum Marvela. Na kolejną wybierzemy się ze „Strażnikami galaktyki” – drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie zakończył się pierwszy. Warto go sobie zatem odświeżyć, podobnie jak wydaną całkiem niedawno „Wojnę królów”. „Kosmos Marvela” to odwieczna telenowela – nie da się dołączyć w dowolnym momencie bez uprzedniego przygotowania.

„Anihilacja”, wielki event Marvela z 2006 i 2007 roku, dobiegł końca. Wszechświat ocalono, ale w „tkaninie czasoprzestrzeni” powstały dziury, w których, jak to zwykle bywa, czają się wielgachne, niemal boskie, potwory. „Strażnicy galaktyki” to drużyna, której zadaniem jest zapobieganie wszelkim zagrożeniom płynącym z tych zwyrodniałych, odkształconych miejsc. Peter „Star-Lord” Quill, Warlock, Drax, Rocket Raccoon, Groot, Gamora, Mantis oraz Phyla-Vell zwana „Quasarem” – oto obrońcy rzeczywistości. Nie mają doświadczenia, nie znają zasad ratowania wszechświata, czasem trochę narozrabiają, ale są pełni zapału i próbują uchronić kosmos przed rozpadem. Ich bazą jest Knowhere, czyli ucięta głowa Celestianina z zamontowanym teleportem – czyli idealne rozwiązanie logistyczne dla grupy, która powinna szybko zjawić się tam, gdzie powstaje zagrożenie.

niedziela, 21 lutego 2021

Śmierć Supermana


Śmierć Supermana


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Dokładnie dwadzieścia osiem lat temu, w styczniu 1993 roku, doszło do bezprecedensowego wydarzenia w amerykańskim świecie komiksowym. Ikona gatunku, najsłynniejszy superbohater w dziejach, umarł w ramionach swojej ukochanej. Polscy fani komiksu byli świadkami tych niezwykłych wypadków w sierpniu 1995 roku – dobrze pamiętamy czarną okładkę z logo Supermana ociekającym krwią. Zapraszam na tragedię w trzech aktach – śmierć, pogrzeb i powrót do życia.

czwartek, 18 lutego 2021

X-Men. Era Apocalypse'a. Tom 2 - Rządy

Totalna nostalgia

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.


Oto drugi tom najbardziej wyczekiwanego komiksu o „X-Menach” na polskim rynku od momentu, w którym wydawnictwo „Mucha” go zapowiedziało. Wracamy do szalonych lat dziewięćdziesiątych, do czasów wspominanego z rozrzewnieniem „TM-Semic” i przygód mutantów, w których dominuje akcja, eksplozje, ekwilibrystyczne pozy i posągowe, skąpo odziane superbohaterki (no, superbohaterowie zresztą też).

David Haller alias „Legion” mocno narozrabiał – lekko mówiąc. Jego nieprzemyślana „pomoc” w ziszczeniu się „największego marzenia ojca”, czyli znanego nam wszystkim Charlesa Xaviera, powoduje anihilację całego wszechświata. Legion cofa się o dwadzieścia lat z zamiarem zabicia Magneto, czyli odwiecznego wroga Profesora X – traf chciał, że pechowo zabija swojego ojca. Działanie wykradzionego kryształu M’Kraan powoduje w tym momencie powstanie zupełnie nowej „odnogi” rzeczywistości – takiej, w której „nasza” grupa „X-Men” i jej pochodne nigdy nie powstały, a straszliwy mutant o imieniu Apocalypse podporządkował sobie całą planetę i zaprowadził na niej faszystowskie rządy homo superior. „Stary świat” zniknął – podobnie jak wszystkie dotychczasowe serie komiksowe z mutantami. Na ich miejsce, w marcu 1995 roku, weszły zupełnie nowe – z tytułami i bohaterami z nowo powstałej komiksowej rzeczywistości. 

niedziela, 14 lutego 2021

Tokyo Ghost

Poziom hardcore


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Tokyo Ghost” jest kolejnym komiksem od Non Stop Comics (po niedawnym „Perramusie” i najnowszym tomie „The Goon”), który naprawdę imponuje rozmiarami. Niemal trzysta stron, wielki format, kartki o powiększonej grubości – wszystko po to, aby należycie oddać graficzne szaleństwo i maestrię z jakimi będziemy mieli do czynienia podczas lektury. A i scenariuszowi trudno cokolwiek zarzucić.

Wyspy Los Angeles, rok 2089. Ludzie przestali żyć w realu – całe dnie spędzają przykuci do ekranów, uzależnieni od telewizyjnej papki, wirtualnego świata i bezużytecznych informacji. O taki stan rzeczy dba światowa megakorporacja „Flak”, regularnie dostarczająca „cyfrowego haju”. „Flak” zatrudnia swoich własnych funkcjonariuszy, których zadaniem jest pilnowanie porządku i neutralizowanie zagrożeń. Głównymi bohaterami są Led Dent i Debbie Decay, czyli zakochana para strażników – dwumetrowy olbrzym i jego drobna, ale śmiertelnie niebezpieczna partnerka. Led jest kolesiem, który żyje już całkowicie w cyfrowym świecie – w jego żyłach płynie „nanotech”, za pomocą którego „Flak” potrafi go kontrolować. Jak mówi Debbie – „Led jest nagrzany po kokardy. Miriady pieprzonych nanobotów faszerują go nieustającym strumieniem związków chemicznych modyfikujących każdą jego cząsteczkę. Nic do niego nie dociera”. Led nie wie, gdzie jest Japonia, ale za to może wymienić wszystkich mimów z programu „Kto się zesrał w moim aucie?”. Debbie jest „czysta” – nigdy nie dała wstrzyknąć sobie nanotechu. Kocha Leda bezgranicznie, choć ma do niego pretensję, że zostawił ją „samą, uwięzioną w realu”. 

czwartek, 11 lutego 2021

Jim Cutlass. Tom 2

Ku Klux Klan kontra zombie


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Jim Cutlass” miał być odskocznią od „Blueberry’ego”Jean-Michel Charlier i Jean Giraud, pokłóceni z wydawnictwem Dargaud, postanowili zagrać mu na nosie i stworzyć komiks zdolny konkurować z ich własnym wielkim hitem. Przygody ryżego zawadiaki z Południa tylko początkowo wydawały się alternatywą dla perypetii porucznika „niebieskich kurtek” – drugi tom „Jima Cutlassa” wiedzie nas w rejony, których „Blueberry” nigdy nie odwiedził.

Pierwszy tom przygód młodego awanturnika, który odziedziczył wielki majątek ziemski w Luizjanie do spółki ze swoją atrakcyjną kuzynką (niespokrewnioną, jakby kto pytał!), składał się trzech części. Pierwsza, wydana w 1979 roku, jest jedyną napisaną w całości przez Charliera. Poznajemy postać Jima Cutlassa, zauważamy mocne podobieństwa do Mike’a S. Blueberry’ego i widzimy, że panowie autorzy nie mieli wielkiego ciśnienia, aby wyjść wtedy poza ten premierowy odcinek. Kolejne dwa ukazały się bowiem dopiero na początku lat dziewięćdziesiątych – Jean Giraud, po niespodziewanej śmierci Charliera, sam zajął się scenariuszem, a do rysowania zaprosił Christiana Rossiego. W ostatniej dekadzie dwudziestego wieku powstało sześć odcinków „Jima Cutlassa” – tom drugi zawiera cztery ostatnie.

wtorek, 9 lutego 2021

Gideon Falls. Tom 4

Wychodzimy na ostatnią prostą

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

23 grudnia 2020 roku wyszedł ostatni, piąty zbiorczy
tom „Gideon Falls”. Na razie tylko za oceanem, ale wiemy już, że lada chwila trafi do Polski za sprawą wydawnictwa Mucha Comics. Przyjrzyjmy się tymczasem tomowi czwartemu, który otrzymaliśmy w listopadzie – oto pięć kolejnych odcinków jednego z najlepszych komiksowych horrorów ostatnich lat.

Tom trzeci usystematyzował trochę naszą wiedzę na temat budowy świata (światów), w których dzieje się akcja. Dowiedzieliśmy się, że tajemniczy biskup, który wysłał księdza Wilfreda Quinna do małego miasteczka Gideon Falls, to ojciec Burke – świadek koszmarnych wydarzeń z 1886 roku. To wtedy właśnie niejaki Norton Sinclair zbudował Czarną Stodołę i uruchomił w niej maszynę, która dosłownie przedziurawiła naszą rzeczywistość. Z powstałej szczeliny wydostało się na świat zło w mrocznej, przerażającej postaci Uśmiechniętego Człowieka, którego prawdziwe moce, motywacje, zamiary i pochodzenie nadal pozostają nieznane. Okazało się też, że szczelina wiedzie do innych równoległych światów, które wydają się być „spięte razem” w miejscu zwanym właśnie „Gideon Falls”. Raz jest to wielka metropolia, raz steampunkowa osada, raz miasteczko na Dzikim Zachodzie, a raz futurystyczne, orwellowskie więzienie.

niedziela, 7 lutego 2021

Daredevil. Tom 4

Po rewolucji


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Frank Miller nie myśli już chyba o wielkich, przełomowych dziełach komiksowych. Sprawia wrażenie twórcy, któremu wystarczy odcinanie kuponów od swej sławy. Warto zatem cofnąć się mocno w czasie do okresu, w którym rządził i dzielił w Marvelu (i nie tylko). Po rewolucji w „Daredevilu” opadł kurz i powstała nowa jakość – nic dziwnego zatem, że Frank Miller po krótkiej przerwie wrócił do jednego ze swoich ulubionych bohaterów.

Ale zanim się temu przyjrzymy, musimy na chwilę udać się jeszcze bardziej w przeszłość – do lutego i marca 1979 roku. Wtedy to młody i nieopierzony Frank Miller zastąpił Jima Mooneya w dwóch numerach komiksu „Peter Parker. The Spectacular Spider-Man”. To właśnie tu narysował Daredevila po raz pierwszy. Śmiałek i chwilowo oślepiony człowiek-pająk ścigają złoczyńcę, który każe nazywać się „Zamaskowanym Zakapiorem” (tak, naprawdę!). To taka typowa, nieco naiwna i banalna historia z zamierzchłych czasów Marvela – standardowa superbohaterszczyzna Brązowej Ery. Ale ziarno zostało zasiane – postać Diabła z Hells Kitchen tak spodobała się Millerowi, że postanowił zrobić wszystko, aby narysować ją ponownie. I to właśnie dzięki temu bardzo udanemu występowi zaproponowano mu pracę właśnie przy „Daredevilu”.