Prawdziwe męstwo
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Pod koniec czerwca do kin weszła „Supergirl” w reżyserii Craiga Gillespiego. Film należy do nowego filmowego uniwersum DC Comics i oparty jest na fabule komiksu Toma Kinga sprzed pięciu lat. Oto „Supergirl. Kobieta jutra”! Nie ma co prawda Lobo, który pojawił się w filmie, ale i tak jest bardzo dobrze.
„Supergirl. Woman of Tomorrow” jest ośmioodcinkowym ilustrowanym opowiadaniem (dlaczego nie „komiksem”, wyjaśniam później), w którym poznajemy nastolatkę Ruthye, mieszkającą na jakiejś odległej planecie. Ruthye ogarnięta jest żądzą zemsty. Zepsuty do szpiku kości Krem z Żółtych Wzgórz zabija jej ukochanego ojca i dołącza do bezlitosnych kosmicznych piratów – Bandytów Barbonda. Ruthye zrobi wszystko, aby sprawiedliwości stało się zadość, ale wie, że jest zbyt słaba, aby samodzielnie puścić się w pogoń za Kremem. Namawia zatem do współpracy tajemniczą, niezwykle silną dziewczynę poznaną w jakimś przypadkowym barze – oto Kara Zor-El, czyli Supergirl, kuzynka Kal-Ela znanego na Ziemi jako Superman! Supergirl lubi zaglądać do kieliszka i nie ma celu w życiu – no może poza opieką nad dobrze nam znanym psem o imieniu Krypto.






