Na Ziemi bez zmian
Recenzja powstała przy współpracy z portalem
Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
„Piekło na Ziemi” dobiegnie końca w tym dziwnym 2020 roku. Zanim jednak przyjdzie listopad i
Egmont dostarczy nam
piąty, ostatni tom tej wielkiej opowieści, powinniśmy zapoznać się z tomem czwartym. Biuro Badań Paranormalnych i Obrony ma nadal pełne ręce roboty – pomiot Ogdru Jahada obraca naszą planetę w perzynę, Hellboy już się z nami pożegnał i nikt się nie łudzi, że jest jakakolwiek szansa na powrót do normalności.
Na czym skończyliśmy? Gigantyczne potwory, przygotowujące grunt pod inwazję złego boga wprost z lovecraftowskich koszmarów, atakują bez pardonu już pod każdą szerokością geograficzną. Świat płonie, Wielka Brytania nie istnieje, ludzkość kładzie się pokotem, a jej niedobitki czczą swych koszmarnych oprawców (a jakże!). Do gry weszła rosyjska wersja B.B.P.O. pod dowództwem niejakiego Josifa Ninczajki, faceta z głową w słoju, którego motywacje nie są do końca jasne. Abe Sapien, kluczowy członek Biura, wychodzi ze śpiączki i znika, szukając wyjaśnień co do swojej roli w dziejącej się właśnie apokalipsie. Na szczęście szeregi organizacji zasila po dłuższej nieobecności Liz Sherman, Mroczna Phoenix uniwersum
Dark Horse Comics. W niezmiennie świetnej formie jest Johann Krauss, a Kate Corrigan w dalszym ciągu sprawnie koordynuje zadania Biura. Niestety, zakończenie
trzeciego tomu „B.B.P.O. Piekło na Ziemi” przyniosło hiobowe wieści – Korporacja Zinco ma się dobrze, podobnie jak jej demoniczny przywódca, Czarny Płomień, który na swój własny sposób chce wykorzystać obecną sytuację.