Można powiedzieć, że „Rdza” to coś, co czytałem już kilka razy wcześniej – ale i tak jestem bardziej niż zadowolony. Oczywiście, takiego uderzenia jak w „W odbiciu” nie było, ja po prostu już wiem, czego się po prozie Małeckiego spodziewać. Po drodze mamy jeszcze chociażby świetny „Dygot” i całkiem niezłe, przywołujące narracyjne zagrania Alejandro Gonzalesa Iñárritu, „Ślady”. Autor nie wychodzi za bardzo poza swoje schematy i „Rdza” nie zaskakuje. Ale nie ma to znaczenia – jest to bardzo dobra powieść, która ma jeszcze jeden niezaprzeczalny atut. Chyba najbardziej z wszystkich dotychczasowych powieści Małeckiego, gra na emocjach i szarpie wnętrzności. I nie robi tego tylko dla taniego efektu, nie jest według mnie na to obliczona.
W 2002 roku, siedmioletni Szymek jest na wakacjach w Chojnach u babci Tosi. Jego rodzice pojechali na koncert i mają lada chwila wrócić. Mały Szymek bardzo ich kocha, ma ułożone życie w dużym mieście, kolegów, komiksy i fajne dzieciństwo. Czeka na rodziców z utęsknieniem potęgowanym dodatkowo faktem, że obiecali mu przywieźć najnowszy numer Asteriksa. I co?

