Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wes Craig. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wes Craig. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2022

Szumowina. Tom 1. Cocainefinger

Co za degenerat!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Szumowina” – niezły tytuł serii, naprawdę. Pierwszy zbiorczy tom przypomina i uzasadnia nam jego znaczenie nieustannie i trochę przesadnie – tak jakbyśmy mieli szansę choćby na chwilę o nim zapomnieć. Oto Rick Remender w dobrej, choć nie najlepszej, formie.

„Poznajcie relikt zapomnianej epoki, ucieleśnienie dawno przebrzmiałej idei – sex, drugs, rock’n’roll. Niepowtarzalny, wyjątkowy, obleśny półanalfabeta bez podstawówki. Ćpun i przegryw. Ale nie uprzedzajmy faktów” – tak zaczyna się pierwszy odcinek nowego komiksu autora, znanego w Polsce z takich serii jak „Deadly Class”, „Death or Glory”, „Tokyo Ghost” i „Fear Agent”. Te niezbyt miłe epitety Remender kieruje w stronę głównego bohatera – Erniego Raya Clementine’a, narkomana, byłego członka gangu motocyklowego, degenerata z ciałem niszczonym sukcesywnie zbyt swobodnym stylem życia i funkcjonującym teraz tylko od jednej dawki heroiny do drugiej. 

wtorek, 23 lutego 2021

Strażnicy galaktyki. Tom 2

Kosmos jak plac zabaw


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Egmont regularnie funduje nam wycieczki w kosmos uniwersum Marvela. Na kolejną wybierzemy się ze „Strażnikami galaktyki” – drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie zakończył się pierwszy. Warto go sobie zatem odświeżyć, podobnie jak wydaną całkiem niedawno „Wojnę królów”. „Kosmos Marvela” to odwieczna telenowela – nie da się dołączyć w dowolnym momencie bez uprzedniego przygotowania.

„Anihilacja”, wielki event Marvela z 2006 i 2007 roku, dobiegł końca. Wszechświat ocalono, ale w „tkaninie czasoprzestrzeni” powstały dziury, w których, jak to zwykle bywa, czają się wielgachne, niemal boskie, potwory. „Strażnicy galaktyki” to drużyna, której zadaniem jest zapobieganie wszelkim zagrożeniom płynącym z tych zwyrodniałych, odkształconych miejsc. Peter „Star-Lord” Quill, Warlock, Drax, Rocket Raccoon, Groot, Gamora, Mantis oraz Phyla-Vell zwana „Quasarem” – oto obrońcy rzeczywistości. Nie mają doświadczenia, nie znają zasad ratowania wszechświata, czasem trochę narozrabiają, ale są pełni zapału i próbują uchronić kosmos przed rozpadem. Ich bazą jest Knowhere, czyli ucięta głowa Celestianina z zamontowanym teleportem – czyli idealne rozwiązanie logistyczne dla grupy, która powinna szybko zjawić się tam, gdzie powstaje zagrożenie.

czwartek, 27 lutego 2020

Strażnicy galaktyki. Tom 1

Najpierw strzelaj, potem strzelaj!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wesoła ekipa kosmicznych awanturników, znana z filmowego uniwersum Marvela i będąca jego nieusuwalnym już elementem, doczekała się w zeszłym roku komiksowej premiery w Polsce. Czytelnicy, którzy kojarzą bohaterów tylko z kina, mogą być trochę zaskoczeni – to trochę inna grupa, niż mogliby się spodziewać. Ale po kolei.

Historia brygady superbohaterów o nazwie „Strażnicy galaktyki” sięga lat sześćdziesiątych. Stan Lee i Arnold Drake zmodyfikowali nieco pierwotny pomysł Roya Thomasa – przenieśli wymyśloną przez niego nową drużynę w kosmos i kazali jej bronić całej galaktyki. W styczniu 1969 roku, w osiemnastym numerze „Marvel Super-Heroes”, pojawiła się ekipa walcząca z kosmicznymi najeźdźcami, podróżująca w czasie i przestrzeni oraz ładująca się nieodmiennie w najgorsze tarapaty. Występowała potem w najróżniejszych komiksach Marvela, aby w końcu otrzymać własny tytuł z nazwą grupy na okładce. Seria „Guardians of the Galaxy” wychodziła od czerwca 1990 do lipca 1995 roku i liczyła sześćdziesiąt dwa odcinki. Pisał i rysował Jim Valentino – jego „Strażnicy galaktyki” byli mocno pulpowi i tacy trochę „startrekowi”. W skład grupy weszli tacy kolesie jak Major Vance Astro (zwany „Majorem Zwycięstwo”), Starhawk, Kapitan Charlie-27 i niebieskoskóry Yondu Udonta z czerwonym irokezem na głowie. Tak, dobrze się domyślacie – to ten Yondu, który ciągle bił się z filmowymi „Strażnikami”.