Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
„Upiorna opowieść” Petera Strauba była jedną z największych niespodzianek wśród zapowiedzi wydawnictwa Vesper na rok 2018. Tylko raz została wydana w Polsce, dwadzieścia pięć lat temu, i od tamtej pory obrastał ją pewien mit, bielały jej krucze pióra, więcej ludzi o niej pisało i mówiło, niż ją faktycznie czytało. A jest to powieść szczególnie warta uwagi, w której zakochać się mogą wszyscy, nie tylko miłośnicy klasycznej literatury grozy. Choć w ich przypadku uczucie to będzie prawdziwie gorące i takie „od pierwszego wejrzenia”.
Małe, senne amerykańskie miasteczko Milburn, żyjące swoim własnym rytmem, dyktowanym przez wszystko, tylko nie przez pędzącą cywilizację. Czterech starszych panów regularnie ubiera się w odświętne stroje i spotyka u jednego z nich, aby przy kominku snuć opowieści grozy. Nieważne czy wymyślone, czy prawdziwe – rytuał ów, postrzegany przez resztę miasteczka jako niegroźna ekstrawagancja, wręcz wymaga tej niejednoznaczności. Założone przez nich „Stowarzyszenie Chowder”, co można też tłumaczyć jako „klub nudziarzy”, liczyło kiedyś pięciu członków – niestety jeden z nich zmarł w bardzo tajemniczych okolicznościach. Znaleziono go martwego w pokoju, do którego udał się na chwilę, szukając chwili spokoju na przyjęciu. Od tej pory pozostałych panów nawiedzają nocne zmory, uczucie zagrożenia i wrażenie niesamowitości przebijające przez powłokę szarej codzienności.
