Panta rhei
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Loki. Zbyt dużo komiksów z tym (anty)herosem w Polsce nie wydano, prawda? Komiksowemu pierwowzorowi oczywiście bardzo daleko pod względem popularności do filmowej kreacji Toma Hiddlestona – hype na Boga Psot pojawił się tak właściwie dopiero w 2011 roku, po premierze „Thora”. W tym roku wyszła nawet krótka, limitowana seria „Loki” (vol. 2). My przesuwamy się o trzy lata w przód i zabieramy się za kolejną – przed nami „Loki. Agent Asgardu”.
Końcówka 2013 roku obfitowała w wiele wielkich wydarzeń w Marvelu. Grudniowy start kolejnej inicjatywy mającej na celu jakiś kolejny reboot/restart uniwersum (choć nie tak drastyczny, jak te w DC Comics z 1986 i 2011 roku), czyli „All-New Marvel NOW!”, wprowadził sporo zamieszania. Kolejna seria z podstępnym tricksterem zadebiutowała w lutym 2014 i liczyła siedemnaście odcinków – wszystkie znajdziemy w omawianym dziś wydaniu zbiorczym Egmontu. Pisze rozpędzający się dopiero wtedy Al Ewing, którego znamy w Polsce z późniejszych dokonań – niezłego „Znajdujemy ich, gdy są już martwi” i genialnego „Nieśmiertelnego Hulka”. Niemal wszystkie odcinki rysuje mniej znany, ale całkiem dobry Lee Garbett, a w dwóch epizodach zastępuje go Jorge Coelho.








