Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
„Zaginiony stradivarius”, autorstwa Johna Meade’a Falknera, jest kolejną propozycją Wydawnictwa IX. Tę bardzo krótką powieść, wydaną w 1895 roku, porównuje się nieustannie z tekstami M. R. Jamesa – jednego z najbardziej znanych autorów opowiadań grozy z początków dwudziestego wieku. Chodzi przede wszystkim o dość często używany przez Jamesa motyw przeklętego przedmiotu, który trafia w ręce wykształconego, racjonalnego człowieka. Nawiedzony artefakt okazuje się kluczem do bram piekieł i impulsem obłędu – w przypadku powieści Falknera są to skrzypce.
„Zaginiony stradivarius” jest jednak starszy od pierwszego zbioru Jamesa dokładnie o dziewięć lat. Nie ma tu zatem mowy o inspiracji – może jedynie o pewnym nieuświadamianym pokrewieństwie myśli obydwu twórców. Narratorką w powieści jest pani Sophia Maltavers, która opowiada swojemu bratankowi tragiczne dzieje jego rodziców – Johna Maltaversa, studenta college’u Magdalen Hall w Oksfordzie, oraz Konstancji Temple, swojej przyjaciółki. John od zawsze kochał muzykę – wieczorami przesiadywał w studenckim lokum wraz ze swoim oddanym przyjacielem, Williamem Gaskellem i razem odgrywali, jak w transie, najpiękniejsze osiemnastowieczne utwory na skrzypce i pianino. Problem w tym, że za każdym razem, gdy docierali do gagliardy z „Aeropagity” Grazianiego zaczynało dziać się coś dziwnego – począwszy od tajemniczych dźwięków sugerujących dodatkową obecność w pokoju, poprzez uczucie obezwładniającej grozy, aż do manifestacji pewnej przerażającej zjawy. Sytuacja pogarsza się gwałtownie po odnalezieniu przez Johna pewnej tajemnej skrytki, w której schowany został przed laty oryginalny, bezcenny stradivarius. Skrzypce stają się obsesją Johna – Sophia, wspomniany przyjaciel oraz świeżo upieczona, kochająca żona obserwują jego stopniowe pogrążanie się w szaleństwie.
