Batmania
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Klasyka „Batmana” z lat dziewięćdziesiątych to nie tylko wielkie epopeje jak „Knightfall” czy „Ziemia niczyja”. To również krótkie, kilkuodcinkowe opowieści niewpływające zbyt mocno na uniwersum DC Comics czy historię Mrocznego Rycerza. „Batman. Łowy” dostarcza dwóch tego rodzaju fabuł – powiązanych postacią pewnego antagonisty Batmana.
Gdy pisałem o „Gotyku” Granta Morrisona, wspomniałem o roku 1989, kiedy to w czerwcu do kin wszedł „Batman” Tima Burtona. Potem w listopadzie, inspirowana filmowym hitem i „Rokiem pierwszym” Franka Millera, wystartowała kolejna seria komiksowa – „Legends of the Dark Knight”. Plan był prosty. Pięcioodcinkowe, następujące po sobie historie z fabułami sięgającymi czasów początku kariery człowieka-nietoperza, pisane i rysowane były przez zmieniające się zespoły kreatywne. Nie trzeba było sztywno trzymać się historii postaci, można było za to eksperymentować. Pięcioodcinkowy format sprawdził się tylko w pierwszych dwudziestu odcinkach. 1-5 to „Szaman”, rzecz rozwijająca założenia wspomnianego „Roku pierwszego” i zawartą tam symbolikę nietoperza. 6-10 to właśnie „Gotyk” Morrisona, jedna z najlepszych rzeczy, jakie wyszły w serii. 11-15 to pierwsza połowa omawianego dziś albumu, do której za chwilę przejdziemy. I wreszcie 16-20 to znakomity, dobrze nam znany z czasów TM-Semic „Venom”, czyli preludium do „Knightfall”. A potem uznano, że pięć odcinków to zbyt sztywne założenie – czasem historia wypchana jest przez to narracyjną watą i za bardzo się ciągnie, więc zaczęły pojawiać się też fabuły krótsze, czasem nawet jednoodcinkowe.

