Jak ryby wyjęte z wody
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Mucha Comics lubi X-Menów i chętnie sięga po stare komiksy z lat osiemdziesiątych. Chris Claremont władał w tym czasie mutantami niepodzielnie – w połowie dekady prowadził równolegle dwie serie („The Uncanny X-Men”, „The New Mutants”), a kolejne, zaplanowane dla innych scenarzystów, już czekały w kolejce („X-Factor”). Dziś mutanci stawią czoło Lokiemu, któremu najwyraźniej uprzykrzanie życia własnemu bratu i ojcu nie wystarczało.
„X-Men. Asgardian Wars” jest czteroodcinkową opowieścią wydaną pierwotnie późną jesienią 1985 roku. Od wydarzeń z wydanej rok temu przez Muchę „Sagi Miotu” w komiksowym świecie minęły już trzy lata. W międzyczasie zadebiutowali „Nowi Mutanci”, druga seria Claremonta, rysowana przez niesamowitego Billa Sienkiewicza, a John Byrne wziął się za tworzenie przygód grupy kanadyjskich mutantów znanych jako „Alpha Flight” – ich współczesną wersję poznaliśmy w wydanym niedawno „Nieśmiertelnym Hulku”. Jesteśmy zatem w okresie bardzo dynamicznego rozwoju świata mutantów Marvela – w jubileuszowym, dwusetnym numerze „The Uncanny X-Men” doszło do „Sądu nad Magneto” („X-Men” 5/93 TM-Semic), a już za chwilę miała zadebiutować nowa seria („X-Factor”) i miało dojść do słynnej „Masakry Mutantów”. Pomysłów było tyle, że brakowało na nie miejsca w comiesięcznym grafiku wydawniczym – trzeba było wydawać odcinki specjalne.


