Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Głośno ostatnio o Harley Quinn. Większość konsumentów popkultury utożsamia ją oczywiście z Margot Robbie w kucykach z pofarbowanymi końcówkami, mocnym makijażem i w stroju wreszcie innym niż ten fatalny kostium arlekina. W sumie nic dziwnego, że ją tak widzimy – Wolverine to przecież Hugh Jackman. O Harley czytamy też w komiksach – pojawiła się ostatnio chociażby w takich historiach jak „Batman. Biały rycerz”, „Batman. Mroczny książę z bajki”, czy wreszcie „Szalona miłość i inne opowieści”.
Ten ostatni to dzieło jej „ojców”, Paula Diniego i Bruce’a Timma, autorów znakomitej kreskówki sprzed niemal trzydziestu lat – „Batman. The Animated Series”. To tu Harley Quinn pojawiła się po raz pierwszy i wyemigrowała z filmu animowanego do komiksów. Gra ona także główną rolę w najnowszym komiksie spod szyldu „DC Black Label” od Egmontu. „Harleen”, ze scenariuszem i rysunkami chorwackiego twórcy, Stjepana Šejića, to historia opowiedziana z bardzo subiektywnego punktu widzenia. Narratorką tak naprawdę nie jest Harley Quinn – jeszcze nie przybrała tego pseudonimu i nie wskoczyła w kostium pajaca. Harleen Quinzel to trzydziestokilkuletnia, atrakcyjna pani psycholog, pracująca w Centrum Badawczym Psychologii Kryminalnej w Gotham. Harleen ma teorię – długotrwałe przebywanie w środowisku pełnym przemocy skutkuje fizycznym uszkodzeniem części mózgu odpowiedzialnych za empatię. Na przykład żołnierze na froncie pozbywają się empatii, aby po prostu przeżyć – zapadają na „autoimmunologiczną chorobę umysłu”. Fundacja Bruce’a Wayne’a funduje grant dla młodej i ambitnej pani doktor – może prowadzić swe badania poprzez pracę w Azylu Arkham. Na pewno znajdzie tam mnóstwo materiału.
