Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dan Abnett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dan Abnett. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 października 2023

Anihilacja

Nowe status quo


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Wielkie crossovery Marvela, z miejscem akcji rozciągniętym na całe parseki i zatrzęsieniem bohaterów pojawiających się ni stąd, ni zowąd w najmniej oczekiwanych momentach, nie zawsze są komiksami z najwyższej półki. Ale są lubiane właśnie z powodu wielkiej skali i fabularnego rozmachu – a niektóre, jak omawiana dziś „Anihilacja”, zmieniają „kosmos Marvela” w sposób istotny.

niedziela, 11 września 2022

Imperatyw Thanosa

Nawet śmierć może umrzeć


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Imperatyw Thanosa” jest kolejnym grubym tomiszczem zbierającym komiksy „kosmosu Marvela” pierwszej dekady obecnego wieku. Otrzymujemy następny wielki rozdział międzygalaktycznej „telenoweli” – warto przed lekturą rozeznać się mniej więcej co wydarzyło się wcześniej. A działo się dużo.

Od razu podpowiadamy co i jak czytać w drodze do „Imperatywu Thanosa”. Po kolei: „X-Men. Mordercza geneza”, „X-Men. Powstanie i upadek Imperium Shi’ar”, „Strażnicy Galaktyki. Tom 1”, „Wojna królów. Preludium”, „Wojna królów”, „Strażnicy Galaktyki. Tom 2”, „Domena królów” – sporo tego, ale mamy gwarancję, że nic nam nie umknie i wiedzieć będziemy wszystko, co powinniśmy. Ba, w sumie możemy cofnąć się aż do „Anihilacji”, co nam szkodzi? A dla tych co nie chcą lub nie mogą, mamy krótkie przypomnienie.

niedziela, 5 czerwca 2022

Aquaman. Antologia

Raz na wodzie, raz pod wodą


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„DC Deluxe”, ekskluzywny cykl Egmontu, z założenia miał składać się z najważniejszych i najbardziej znanych komiksów DC w całej historii tego wydawnictwa. Omawiany dziś album spełnia te założenia tylko w odniesieniu do jednej postaci – jest komiksową „biografią” jednego z najpopularniejszych bohaterów wydawnictwa. Dziś poznamy bliżej Aquamana – pół-człowieka, pół-Atlantę. Kolesia, „który potrafi gadać z rybami”.

„Aquaman. Antologia” nie jest zestawem najlepszych komiksów DC Comics, nawet gdy ograniczymy wybór tylko do tych, w których pojawił się Aquaman. Jest za to zbiorem komiksów najważniejszych, jeśli chodzi o genezę i superbohaterską karierę tego bohatera na przestrzeni lat. Aquamana wymyśliło dwóch twórców na samym początku lat czterdziestych, kiedy to Superman i Batman zdobywali coraz większą popularność. Mort Weisinger i Paul Norris powołali do życia Johnny’ego Quicka (superszybkiego zawadiakę, którego nie powinniśmy mylić z Flashem mimo ewidentnego podobieństwa), Green Arrowa oraz Aquamana. Cała trójka pojawiła się po raz pierwszy w listopadzie 1941 roku w siedemdziesiątym trzecim numerze popularnej wtedy antologii „More Fun Comics”.

niedziela, 4 lipca 2021

Domena królów

Okres przejściowy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Dziś znowu lecimy w kosmos uniwersum Marvela. Oto kolejny zbiorczy album od wydawnictwa Egmont sygnowany logo „Marvel Classic”. Poznamy w nim finał długiej opowieści zapoczątkowanej w komiksie „X-Men. Mordercza geneza” – to w nim pojawił się Wulkan, trzeci brat braci Summers i z miejsca stał się jednym z najgroźniejszych przeciwników z jakimi przyszło mierzyć się mutantom. To on był głównym inicjatorem „Wojny królów”, wielkiego starcia dwóch potężnych, kosmicznych imperiów – Kree i Shi’ar.

Co warto wiedzieć siadając do lektury „Domeny królów”? Wojna się właśnie skończyła. Nowi władcy imperium Kree, nadludzcy Inhumans, przy pomocy zbuntowanych przeciwko Wulkanowi oddziałów Shi’ar i grupy kosmicznych piratów, znanych jako Starjammers, rzucili przeciwników na kolana. Wulkan zginął w walce z Black Boltem – przywódcą Inhumans, który chciał zakończyć wojnę poprzez detonację „bomby terrigenowej”, mającej wynieść wszystkie (prawie wszystkie) galaktyczne rasy na wspólny, wysoki poziom rozwoju i zakończyć wszelkie konflikty. Nie do końca się to udało – Shi’ar zostało co prawda pokonane, ale wybuch bomby „rozdarł tkaninę czasoprzestrzeni”, a wiadomo przecież, że nic dobrego z takich rozdarć jeszcze nie wylazło. Nowym władcą Shi’ar został Gladiator, szef imperialnej straży, a w Kree rządzi Meduza, wdowa po Black Bolcie. Spokój jest tylko pozorny – imperia liżą rany, coś przerażającego spogląda z wyrwy w czasoprzestrzeni, starożytne Bractwo Raptorów zaczyna realizować swój „Wielki Cel” a na domiar złego do życia powrócił Adam Magus, niebywale potężna, zła i bezlitosna istota o nieokiełznanej rządzy władzy.

wtorek, 23 lutego 2021

Strażnicy galaktyki. Tom 2

Kosmos jak plac zabaw


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Egmont regularnie funduje nam wycieczki w kosmos uniwersum Marvela. Na kolejną wybierzemy się ze „Strażnikami galaktyki” – drugi tom zaczyna się dokładnie tam, gdzie zakończył się pierwszy. Warto go sobie zatem odświeżyć, podobnie jak wydaną całkiem niedawno „Wojnę królów”. „Kosmos Marvela” to odwieczna telenowela – nie da się dołączyć w dowolnym momencie bez uprzedniego przygotowania.

„Anihilacja”, wielki event Marvela z 2006 i 2007 roku, dobiegł końca. Wszechświat ocalono, ale w „tkaninie czasoprzestrzeni” powstały dziury, w których, jak to zwykle bywa, czają się wielgachne, niemal boskie, potwory. „Strażnicy galaktyki” to drużyna, której zadaniem jest zapobieganie wszelkim zagrożeniom płynącym z tych zwyrodniałych, odkształconych miejsc. Peter „Star-Lord” Quill, Warlock, Drax, Rocket Raccoon, Groot, Gamora, Mantis oraz Phyla-Vell zwana „Quasarem” – oto obrońcy rzeczywistości. Nie mają doświadczenia, nie znają zasad ratowania wszechświata, czasem trochę narozrabiają, ale są pełni zapału i próbują uchronić kosmos przed rozpadem. Ich bazą jest Knowhere, czyli ucięta głowa Celestianina z zamontowanym teleportem – czyli idealne rozwiązanie logistyczne dla grupy, która powinna szybko zjawić się tam, gdzie powstaje zagrożenie.

niedziela, 13 września 2020

Wojna królów

Wiernie służę Cesarzowi!

Nadeszło kolejne wielkie wydarzenie w świecie Marvela. Kosmos nie jest spokojny – ledwo minęła Anihilacja, odparto inwazję Skrullów, a już zaczyna się następna kosmiczna awantura. Międzygwiezdna przestrzeń rozbłyśnie fajerwerkami niezliczonych wybuchów – tak jak to w „kosmosie Marvela” bywało od niepamiętnych czasów i będzie po kres tego wydawnictwa.

Na początku 2020 roku Egmont wydał „Wojnę królów. Preludium”. Kończący ją przewodnik – przypominacz zamknięty zostaje następującym zdaniem: „Inhumans i Kree ponownie się sprzymierzyli, Skrulle uciekają, a Imperium Shi’ar rozszerza strefę wpływów. Konflikt wszystkich ras pozostaje tylko kwestią czasu. Wkrótce rozpocznie się wojna królów” – w tle widać potężnego Black Bolta, wodza Inhumans władającego głosem zdolnym przesuwać góry, który dopiero co zasiadł na tronie Kree i najwyraźniej zastanawia się jak wynieść ten naród ponad inne. Starym fanom Marvela nie trzeba nic więcej dodawać – oni już wiedzą o co chodzi. 

Osoby słabo orientujące się tym uniwersum będą raczej mocno narzekać – nie powinny czytać tego komiksu, zanim nie nadrobią braków. „X-Men. Mordercza geneza”, „Powstanie i upadek Imperium Shi’ar” oraz wspomniane „Preludium” wydaje się być wystarczającą podstawą, choć nie zaszkodzi też zajrzeć do pierwszego tomu „Strażników galaktyki” Dana Abnetta, który też już został u nas wydany. Tym niestety charakteryzują się największe eventy w świecie Marvela – nikt tu nie ma czasu na wielkie ekspozycje i wyjaśnianie kto jest kim i co chodzi. Założenie jest takie, że wiesz co było przedtem, a jeśli nie – to masz przecież szansę się dowiedzieć. Spróbujmy zatem dosłownie w kilku zdaniach.

niedziela, 31 maja 2020

Wojna królów. Preludium

Słowem wstępu

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Czytanie „Wojny królów. Preludium”, bez znajomości choćby podstawowych informacji o tym, co działo się przedtem, może być dość wymagającym przedsięwzięciem. Nie dlatego, że fabuła jest złożona – przeciwnie, jest prosta jak drut. Problemem może okazać się natłok bohaterów, miejsc, relacji między postaciami i licznych nawiązań do przeszłych zdarzeń. Zapowiedzi „Wojny królów” były już w omawianych niedawno w „Strażnikach galaktyki”, lecz aby w pełni cieszyć się fabułą „Preludium” i całego nadchodzącego eventu, powinniśmy znać przynajmniej dwa komiksy.

Pierwszym jest „X-Men. Mordercza geneza” Eda Brubakera, nawiązujący do jednego z najważniejszych wydarzeń w dziejach mutantów. Okazuje się, że historia walki pierwszej drużyny Charlesa Xaviera z „Żyjącą wyspą Krakoa” została zafałszowana. Aż do tej pory obowiązywała wersja z pierwszych numerów „Giant Size X-Men” z 1975 roku – Cyclops zabiera na Wyspę nowych rekrutów, czyli tak zwaną „drugą drużynę” i razem ratują pierwszą. Brubaker, po ponad trzydziestu latach, mówi, że było inaczej, a Profesor X jest kłamcą. Jako pierwsi próbę ratunku podjęli, wysłani przez zdesperowanego Xaviera, młodzi, niedoświadczeni mutanci dowodzeni przez Gabriela „Wulkana” – trzeciego, najmłodszego z braci Summers. Rzuceni na zbyt głęboką wodę, polegli – udało się przeżyć tylko Wulkanowi i Darwinowi (mutantowi o niesłychanych zdolnościach adaptacyjnych), którzy zahibernowani lądują na orbicie okołoziemskiej.

czwartek, 27 lutego 2020

Strażnicy galaktyki. Tom 1

Najpierw strzelaj, potem strzelaj!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Wesoła ekipa kosmicznych awanturników, znana z filmowego uniwersum Marvela i będąca jego nieusuwalnym już elementem, doczekała się w zeszłym roku komiksowej premiery w Polsce. Czytelnicy, którzy kojarzą bohaterów tylko z kina, mogą być trochę zaskoczeni – to trochę inna grupa, niż mogliby się spodziewać. Ale po kolei.

Historia brygady superbohaterów o nazwie „Strażnicy galaktyki” sięga lat sześćdziesiątych. Stan Lee i Arnold Drake zmodyfikowali nieco pierwotny pomysł Roya Thomasa – przenieśli wymyśloną przez niego nową drużynę w kosmos i kazali jej bronić całej galaktyki. W styczniu 1969 roku, w osiemnastym numerze „Marvel Super-Heroes”, pojawiła się ekipa walcząca z kosmicznymi najeźdźcami, podróżująca w czasie i przestrzeni oraz ładująca się nieodmiennie w najgorsze tarapaty. Występowała potem w najróżniejszych komiksach Marvela, aby w końcu otrzymać własny tytuł z nazwą grupy na okładce. Seria „Guardians of the Galaxy” wychodziła od czerwca 1990 do lipca 1995 roku i liczyła sześćdziesiąt dwa odcinki. Pisał i rysował Jim Valentino – jego „Strażnicy galaktyki” byli mocno pulpowi i tacy trochę „startrekowi”. W skład grupy weszli tacy kolesie jak Major Vance Astro (zwany „Majorem Zwycięstwo”), Starhawk, Kapitan Charlie-27 i niebieskoskóry Yondu Udonta z czerwonym irokezem na głowie. Tak, dobrze się domyślacie – to ten Yondu, który ciągle bił się z filmowymi „Strażnikami”.