Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Egmont kazał nam długo czekać na ostatni, trzeci tom „Palcojada” – minęło aż piętnaście miesięcy. Tom drugi wodził ciągle za nos i dużo obiecywał, ale całą odpowiedzialność zrzucił na trzeci. Tajemnice wciąż czekają na odkrycie – wybierzmy się do Buckaroo w Oregonie jeszcze jeden, ostatni raz.
Oto małe miasteczko, w którym bez przerwy pada i wszyscy bardzo dobrze się znają. Niby miejsce jakich wiele – takie zadupie w amerykańskim stylu, jak Castle Rock, Twin Peaks czy Haddonfield. Skojarzenia są słuszne – w Buckaroo dzieje się prawdziwy horror, trup ściele się gęsto a my co chwila dostajemy cliffhangerem po twarzy. Nicholas Finch, mocno doświadczony przez życie agent FBI, przy pomocy Shannon Crane, miejscowej pani szeryf, próbuje dowiedzieć się, dlaczego z tej małej, niepozornej mieściny pochodzi aż szesnastu brutalnych, seryjnych morderców. Ostatnim jest były facet Shannon – tytułowy Palcojad, obgryzający swym ofiarom palce aż do kości. Dwadzieścia odcinków, składających się na dwa pierwsze tomy, mnożyło pytania bez odpowiedzi. Dlaczego akurat Buckaroo? Jak to w ogóle możliwe? Co stoi za tymi wszystkimi wydarzeniami? Eksperyment rządowy? Klątwa? Czarna magia? Sekta? Kosmici? A może wprost nieprawdopodobny przypadek?











