W stepie szerokim
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
Jean-Yves Ferri i Didier Conrad zaczęli kontynuować dzieło Rene Goscinnego i Alberto Uderzo w 2013 roku. Ich „Asteriks” trzyma się konsekwentnie dwóch zasad: nowy komiks co dwa lata i akcja osadzona na przemian w okolicach wioski Galów lub w dalekim świecie.
W 2019 roku czytaliśmy „Córkę Wercyngetoryksa”, czwarty komiks ich autorstwa – trzymaliśmy się dość blisko okolic wioski. W tym roku zatem pora na daleką wyprawę – tym razem do miejsca, gdzie nasi bohaterowie jeszcze nie byli. Panoramiks, Obeliks i Asteriks (a nawet Idefiks!) ruszają do Sarmacji, gdzieś tam w te bezkresne, pokryte śniegiem i smagane wiatrem, stepy wschodniej Europy. Wezwał ich stary przyjaciel druida szaman Akiedystrava. Doznał on wizji rzymskich legionów depczących sarmackie i scytyjskie ziemie w poszukiwaniu legendarnego Gryfa – mitycznej istoty, którą Juliusz Cezar upatrzył sobie jako kolejną zdobycz. I tak właśnie się dzieje – rzymskie oddziały schwytały barbarzyńską wojowniczkę podczas potyczek na granicach „cywilizowanego” i „dzikiego” świata i zagłębiają się coraz bardziej w niezmierzone, przyprawiające swym ogromem o zawrót głowy, ziemie Wschodu. Nasi galijscy awanturnicy, przy asyście sarmackich wojowniczek (tak, według autorów komiksu, w Sarmacji to mężczyźni „zajmują się domem” a kobiety noszą spodnie) idą ich tropem, próbując uwolnić dzielną „amazonkę” i pokrzyżować niecne plany wysłanników Cezara. No i jest oczywiście kupa śmiechu.

