Ściągnąć mu tę maskę!
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Przed nami kolejna dawka przygód Spider-Mana z pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku. Komiksy z człowiekiem-pająkiem były wówczas nadal bardzo chętnie czytane, a trwający run J. Michaela Straczynskiego w „The Amazing Spider-Man” tylko powiększał popularność tego bohatera. Czy Spider-Man potrzebował kolejnego tytułu w tym czasie? Raczej nie. Ale wydawnictwo i tak mu go zafundowało.
A nie był to tytuł byle jaki, bo rozpoczęty w dość specyficznej inicjatywie wydawniczej, jaką było „Marvel Knights”. Marvel miał kłopoty w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych – załamanie rynku komiksowego, ogłoszenie bankructwa, exodus autorów. W 1999 roku Dom Pomysłów outsorcował cztery serie do wydawnictwa „Event Comics”, kierowanego przez dwóch twórców znanych z wcześniejszej pracy w Marvelu i DC – Jimmy’ego Palmiottiego i Joego Quesady. Utworzono w ten sposób imprint o nazwie „Marvel Knights”, którego zadaniem było publikowanie historii tylko lekko powiązanych z mainstreamową ciągłością Marvela, ale serwujących za to opowieści dojrzalsze, mroczniejsze, poważniejsze i bardziej realistyczne. „Daredevil”, „Inhumans”, „Black Panther” i „Punisher” mieli dostać potężnego kopa sprzedażowego. Tak też się stało – imprint „Marvel Knights” okazał się sukcesem (w Polsce mogliśmy przeczytać ostatnio trzy znakomite zbiorcze tomy właśnie „Punishera” Gartha Ennisa).

