Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 lutego 2026

Rysio snajper

Strzeżcie się życia

Rudolph „Rudy” Waltz, narrator dziesiątej powieści Kurta Vonneguta, czyli tytułowy „Rysio snajper”, jest oczywiście kolejną „ofiarą ciągu przypadków”. Jest to chyba najtragiczniejszy i najbardziej politowania godny bohater Vonneguta jak do tej pory, a przecież wszystko wskazywało na to, że Waltera F. Starbucka z „Recydywisty” już nikt nie pobije.

„Deadeye Dick” wyszedł w 1982 roku, trzy lata po „Recydywiście” i trzy lata przed „Galapagos”. „Do jeszcze nienarodzonych, do wszystkich niewinnych wiązek jednorodnej nicości: strzeżcie się życia. Zaraziłem się życiem. Zapadłem na życie” – tak zaczyna się ta powieść. Brzmi to z początku cokolwiek groteskowo i na pierwszy rzut oka bardzo metaforycznie, jednak pod koniec powieści przyznajemy rację Rudy’emu – w jego przypadku życie było ciężką, nieuleczalną chorobą. Gdy tylko w 1932 roku „otworzyła się jego dziurka”, przez którą wyszedł na świat, mierzyć musiał z szeregiem zdarzeń bez możliwości realnego na nie wpływu, aż do tego jednego, które zakończyło jego życie. Zakończyło nie w takim sensie, jaki przychodzi nam wszystkim do głowy – Rudy żył bowiem dalej, ale w epilogu swej egzystencji, kodzie rozciągniętej ponad miarę za definiujący wszystko punkt kulminacyjny.

niedziela, 18 stycznia 2026

Recydywista

Tylko spokój

Kurt Vonnegut w „Syrenach z Tytana” nazwał ludzi „ofiarami ciągu przypadków”. Znaczy pozbawionymi wolnej woli trybikami w wielkiej maszynie historii, czy nawet rzeczywistości. Wszystko „się po prostu zdarza” jak w „Rzeźni numer pięć”. Walter F. Starbuck, bohater „Recydywisty”, czyli dziewiątej powieści Vonneguta, jest chyba największą ofiarą specyficznej ontologii światów autora i choć nie potrafi jej się oprzeć, to przynajmniej wie, jak jej ulegać z godnością. Choć nauka ta nie przyszła mu z łatwością. 

„Jailbird” z 1979 roku opatrzony jest naprawdę długim prologiem, w którym Kurt Vonnegut przytacza pewien epizod z 1945 roku, który zainspirował go po latach do napisania tej powieści. Ojciec i wuj Vonneguta przedstawili mu wtedy Powersa Hapgooda, przywódcę Amerykańskiej Partii Socjalistycznej i wielkiego działacza związkowego. Hapgood ukształtował postać Starbucka, syna polskiego szofera i litewskiej kucharki pracujących w rezydencji niejakiego Alexandra McCone’a, potomka wielkich amerykańskich fabrykantów i kapitalistów. McCone traktował Waltera jak syna, łożył na jego wychowanie, a nawet wysłał go na Harvard. Walter opowiada w niechronologiczny sposób swoje bardzo trudne życie, kreując się na kompletnego fajtłapę i nieudacznika. W czasach Roosevelta pracuje w Departamencie Obrony, wykonując jakiś mało znaczące obowiązki, nieumyślnie denuncjuje swego kolegę w czasach szalejącego maccartyzmu, żeni się z wyzwolenicą z obozu koncentracyjnego, aby potem zostać kozłem ofiarnym afery Watergate jako kompletnie przez nikogo nie szanowany „doradca prezydenta do spraw młodzieży” i na koniec wpaść w szpony globalnej korporacji.

wtorek, 13 stycznia 2026

W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania

Londyn poza mapą

Zakończyliśmy już podróże po uniwersum Bas-Lag Chiny Miéville’a (no dobrze, wrócimy dziś jeszcze na chwilę, ale już po raz ostatni). Angielski pisarz-buntownik-socjalista-fantasta napisał jeszcze wiele innych znakomitych rzeczy. Zanim zabierzemy się za jego kolejne powieści warto przeczytać krótsze formy. Oto „W poszukiwaniu Jake’a i inne opowiadania”.

W zbiorze tym znajdziemy czternaście opowiadań. Dziewięć wydanych w najróżniejszych magazynach i antologiach w latach 1998-2004 (w Polsce ukazywały się głównie w „Nowej Fantastyce”), cztery teksty napisane specjalnie do tej edycji oraz zamykającą zbiór niesamowitą nowelkę, minipowieść wydaną w 2002 roku samodzielnie. 

W omawianym dziś zbiorze nie zabrakło niczego, z czym kojarzy nam się China Miéville – jest mroczna fantastyka, a nawet groza idąca w stronę weird fiction, a gdzieś tam w tle – z różnym natężeniem – manifest przekonań społeczno-politycznych autora. Niektóre opowiadania są mocno impresyjne – niemal pozbawione fabuły, ale za to bardzo oddziałowujące na wyobraźnię i swego rodzaju czytelniczą wrażliwość. Tytułowe „W poszukiwaniu Jake’a” albo „Fundamenty” to jest właśnie niemal poetyckie weird fiction – bardziej wewnętrzne monologi cierpiących bohaterów. Metafikcyjne „Doniesienia o pewnych wypadkach w Londynie” przypominają archiwa Zampano z „Domu z liści” – samoświadome (!) ulice pojawiają się w różnych miejscach (i czasach) Londynu, będąc jednak zagrożeniem a nie atrakcją (jak chociażby w „Doom Patrolu” Granta Morrisona). Jedna z tych ulic pojawia się potem w „LonNieDyn” – młodzieżowej powieści fantasy Miéville’a, którą może kiedyś przeczytam.

czwartek, 4 grudnia 2025

Slapstick

Nigdy więcej samotności!

Trzy lata po „Śniadaniu mistrzów” ukazała się chyba najbardziej groteskowa i śmiejąca się w twarz krytykom powieść Kurta Vonneguta„Slapstick, albo nigdy więcej samotności”. Jest to też, jak pisze w prologu sam autor, „książka najbliższa autobiografii jaką kiedykolwiek napisał”. 

Wspomniany prolog, w którym to właśnie Kurt Vonnegut jest narratorem, jest niezwykle istotny dla odbioru powieści. Autor pisze, że w wyniku I Wojny Światowej został oderwany całkowicie od swego rodzimego dorobku kulturowego – podczas międzywojnia nikt w USA nie chciał być „Niemcem”. Rodzina Vonnegutów została wykorzeniona z niemieckiej tradycji, którą rugowano niemiłosiernie. Jego rodzice stali się „wymiennymi częściami w amerykańskiej machinie”. Jednocześnie gwałtowny rozwój społeczeństwa i technologii pierwszych dwóch powojennych dekad w mniemaniu Vonneguta spowodował atomizację społeczeństwa i epidemię samotności. Koniec z wielopokoleniowymi rodzinami, więziami, wartościami i tradycją. Żyjemy w coraz szczelniej odseparowanych bańkach, każdy sobie rzepkę skrobie.

czwartek, 6 listopada 2025

Żelazna rada

Bez hamulców


China Mieville nigdy nie krył się ze swoimi skrajnie lewicowymi poglądami. Nigdy jednak nie dał im świadectwa tak dobitnie jak w „Żelaznej radzie”, trzeciej i ostatniej powieści z uniwersum Bas-Lag. Nowe Crobuzon trzęsie się w posadach – wyzyskiwana przez ludzi władzy warstwa robotnicza buntuje się przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Najdziwniejsza literacka metropolia epoki „New Weird” będzie miejscem zdarzeń niesłychanych.

Powieść „The Iron Council” wydana została w 2004 roku, czyli w apogeum wspomnianej epoki. Fabuła prowadzona jest dwutorowo, z dodatkowym, biegnącym dwadzieścia lat wcześniej torem numer trzy. Nowe Crobuzon, największe miasto-państwo Bas-Lag toczy wojnę z imperium Tesh. Nikt nie wie dlaczego, ani dokładnie od kiedy – ważne jest, że wojna napędza przemysł i jednocześnie wzmaga i tak już wielkie represje władz wobec własnych obywateli. Cutter, członek Plenum, czyli nielegalnej frakcji stawiającej opór władzy, rusza na poszukiwania na poły już legendarnego Judasza Lowa, swego byłego kochanka i dawnego pracownika kompanii kolejowej Nowego Crobuzon. Dwadzieścia lat wcześniej zwiadowca i tropiciel Judasz Low, przygotowywał grunt pod wysiedlenia i pacyfikację plemion stojących na drodze wielkiej żelaznej kolei. Cutter ma nadzieję dowiedzieć się, czy prawdziwa jest legenda Żelaznej Rady, gigantycznego składu kolejowego, który przejęty przez zbuntowanych robotników przemierza od dwóch dekad odległe lądy. Trzecim wątkiem są perypetie Oriego, młodego mężczyzny zafascynowanego proletariackim powstaniem, którego wybuch w Nowym Crobuzon wydaje się być tylko kwestią czasu. Życiowe drogi trzech bohaterów muszą się kiedyś oczywiście przeciąć.

czwartek, 23 października 2025

Śniadanie mistrzów

Po co człowiek żyje?

„Śniadanie mistrzów” to zdecydowanie najbardziej zwariowana i groteskowa powieść Kurta Vonneguta jak do tej pory. Znamy już ten sposób na literaturę – mnóstwo zwięzłych, kilkuakapitowych anegdot oddzielonych trzykropkami i ułożonymi w niezbyt chronologicznej kolejności. W omawianej dziś siódmej już powieści Vonneguta z chronologią problemu nie ma. Ba, doszło mnóstwo żartobliwych rysunków autorstwa samego pisarza.

Fabuła nie ma większego znaczenia. Można za samym autorem napisać, że „jest to opowieść o spotkaniu dwóch samotnych, chudych, dość starych ludzi na szybko umierającej planecie”. Jednym z nich jest Dwayne Hoover, bogaty sprzedawca samochodów z Midland City (fikcyjnego miasta gdzieś w Michigan) w przededniu utraty zmysłów. Żona popełniła ostatnio samobójstwo, syn jest gejem i jako „Kicia” gra na fortepianie w szemranych knajpach, a on sam zaczyna doznawać poważnych zakłóceń w odbiorze rzeczywistości. Drugim bohaterem jest Kilgore Trout, autor ponad dwustu powieści science fiction (i jeszcze większej ilości opowiadań), o którym nikt na świecie nie słyszał, bo Trout pisze wszystko tylko w jednym egzemplarzu i wysyła do niszowych wydawnictw bez adresu zwrotnego. Trout rusza przez Amerykę na Festiwal Sztuki w Midland City i tym samym zapoczątkowuje absurdalny ciąg zdarzeń, kierujący go na kurs kolizyjny z Dwayne’em Hooverem. A sam Kurt Vonnegut już siedzi w swej wymyślonej knajpie, gdzie pod koniec powieści dojdzie do wydarzeń niesłuchanych.

czwartek, 11 września 2025

Rzeźnia numer pięć

Zdarza się

„Rzeźnia numer pięć” jest chyba najbardziej znaną powieścią Kurta Vonneguta. Jest też jedną z najlepszych. Bombardowanie Drezna w lutym 1945 roku wyryło trwały ślad w pamięci młodego, dwudziestodwuletniego jeńca wojennego – gdy ćwierć wieku później był już uznanym pisarzem, postanowił przepracować starą traumę przez opisanie tamtych doświadczeń. Ale nie było to jego jedynym celem, zagadnienia poruszane w „Rzeźni numer pięć” są nieco szersze.

„Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę” – jak mówi pierwsze zdanie powieści. Vonnegut pisze o swoich doświadczeniach wojennych, ale w bardzo specyficzny sposób – pojawia się jako pierwszoosobowy narrator tylko w pierwszym i ostatnim rozdziale powieści, a we wszystkich pomiędzy opisuje perypetie niejakiego Billy’ego Pilgrima, fajtłapowatego chłopaka ze Stanów Zjednoczonych. Billy, w wyniku obowiązkowego poboru wojskowego, trafił do Luksemburga w czasach niemieckiej kontrofensywy w Ardenach, został schwytany na tyłach wroga przez nazistowskich żołnierzy, wylądował w obozie jenieckim dla Sowietów, aby w końcu chować się przed alianckim bombardowaniem Drezna w tytułowej, nie działającej już od kilku lat rzeźni z numerem 5 nad drzwiami. Vonnegut wszystko to przeżył osobiście, ale przeniesienie swoich własnych doświadczeń na fikcyjną postać pozwoliło mu wpleść do fabuły istotny wątek fantastyczny i filozoficzny.

czwartek, 7 sierpnia 2025

Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater

Perły przed wieprze

Piąta powieść Kurta Vonneguta miała pecha. Wydano ją w bezpośrednim „sąsiedztwie” dwóch powieści niemal genialnych – wcześniejszej „Kociej kołyski” i późniejszej „Rzeźni numer 5”. „Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater” tkwi w swego rodzaju dołku ocieniona dwoma gigantami – ale i tak jest rzeczą wartą każdej minuty spędzonej na lekturze.

Nie znajdziemy w tej powieści klarownej fabuły – raczej szereg scen, anegdot, dygresji i przezabawnych punchline’ów. Oto mamy przed sobą niejakiego Eliota Rosewatera, dziedzica gigantycznej rodzinnej fortuny, której początki sięgają czasów Wojny Secesyjnej. Korporacja Rosewatera wypracowuje zyski, które potem transferowane są do Fundacji Rosewatera, aby uniknąć płacenia podatków. Ojciec Eliota, konserwatywny senator, rwie sobie włosy z głowy – jego potomek, świeżo upieczony prezes Fundacji, zamiast iść w ślady rodziciela i dalej pomnażać majątek, postanowił go rozdawać wszystkim potrzebującym. Na dodatek jest pijakiem i prawdopodobnie wariatem. Nierozsądne i nieuzasadnione z punktu widzenia senatora wojaże syna kończą się w miasteczku Rosewater (!), gdzie Eliot zakłada nowe biuro Fundacji i pomaga finansowo wszystkim, którzy tylko zgłoszą się do niego w potrzebie. „Tu Fundacja Rosewatera! Czym możemy służyć?”

niedziela, 13 lipca 2025

Kocia kołyska

Prawdziwe kłamstwa

„W tej książce nie ma ani słowa prawdy” – niezły początek. Niby truizm, wszak to beletrystyka. Ale czemu Kurt Vonnegut to podkreśla? Dlaczego ta konstatacja ma tu znaczenie? Oto „Kocia kołyska”, czwarta i jedna z najlepszych powieści Vonneguta.

Narratorem jest nawrócony „bokononista”, czyli wyznawca egzotycznej, fikcyjnej oczywiście, religii opartej na naukach niejakiego Bokonona, a w przeszłości autor książki „Dzień, w którym nastąpił koniec świata”, czyli relacji o tym „gdzie przebywali wybitni Amerykanie w dniu zrzucenia bomby na Hiroszimę”. Sam uważa siebie za odpowiednika biblijnego Jonasza, bo zawsze jest w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie – jakby sterowany przez dzieje i wyznaczony do spisania historii wydarzeń na wyspie San Lorenzo. Narrator pragnie zgłębić dzieje Felixa Hoenikkera, genialnego naukowca, jednego z głównych twórców bomby atomowej. Hoenikker był jednym z tych uczonych, którzy rozwijali naukę dla samej nauki, bez zbytniego zaangażowania w cele, jakim ich odkrycia mogą posłużyć. Wynalazł na przykład „Lód-9”, substancję mogącą błyskawicznie „zamrozić” (a właściwie po prostu zamienić w ciało stałe) dowolnie wielkie zasoby wody – polizanie Lodu-9 zamienia człowieka w betonowy posąg w kilka sekund.

niedziela, 15 czerwca 2025

Matka Noc

Wyszczerbione koła zębate

A oto ciąg dalszy moich wycieczek w czytelniczą przeszłość sprzed założenia bloga. Wracam do Kurta Vonneguta po raz trzeci i ponownie dochodzę do wniosku, że była to znakomita decyzja. Zanim pojawiła się genialna „Rzeźnia numer 5” zapadła „Matka Noc” – mroczna siła istniejąca w umysłach wszystkich ludzi uniemożliwiająca im jasne i klarowne myślenie. 

Wydaje mi się, że Vonneguta owa ciemność się nie imała. Oto trzecia powieść i trzecie zdecydowanie klarowne i jasne wyłożenie myśli przewodniej. W „Pianoli” mieliśmy słynny cytat: „Krok wstecz po obraniu złego kierunku jest krokiem we właściwą stronę” a w „Syrenach z Tytana” czytaliśmy, że Malachiasz Constant był „ofiarą ciągu przypadków, jak każdy”. W „Mother Night”, już w samej przedmowie Kurt Vonnegut Jr. napisał: „Jest to jedyny z moich utworów, którego morał znam. Nie uważam, że to jakiś wspaniały morał, po prostu przypadkiem go znam. Jesteśmy tym, kogo udajemy i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy”. Ten cytat znajdziemy praktycznie w każdej recenzji i analizie omawianej dziś powieści – autor bardzo tak mocno ukierunkowuje jej odbiór, że wręcz nie da się tego cytatu pominąć.

czwartek, 24 kwietnia 2025

Syreny z Tytana

Ofiary ciągu przypadków


Druga powieść Kurta Vonneguta ukazała się dopiero siedem lat po pierwszej. Moglibyśmy już w „Pianoli” doszukiwać się cech science fiction, ale tak naprawdę dopiero „Syreny z Tytana” możemy zaszeregować do tej konwencji literackiej. Choć i tak elementy fantastycznonaukowe nie są tu najważniejsze – są pretekstowe i umowne. Znaczy – są tylko narzędziami. Jesteśmy tak daleko od hard s-f jak to tylko możliwe – co w przypadku fantastycznych powieści Kurta Vonneguta jest oczywiście normą.

Pewien bogaty, żonaty i szukający w życiu „czegoś więcej” człowiek, Winston Niles Rumfoord z Nowej Anglii, poleciał ze swoim psem w kosmos. Próbował tam odnaleźć szeroko pojętą „prawdę o świecie” – co zresztą cała ludzkość robi od tysięcy lat. Znalazł więcej niż się spodziewał – tajemnicze, niezrozumiałe zjawisko o nazwie „infndybuła chronosyklastyczna”, zawierające wszystkie możliwe subiektywnie wyrażane prawdy o wszechświecie. Rumfoord i jego pies zostali zamienieni w falę prawdopodobieństwa rozciągającą się od naszego Słońca aż do Betelgezy (nie wiadomo czemu akurat tak) – istnieją w każdym możliwym miejscu i czasie, znają przeszłość i przyszłość. Gdy falę przecina jakieś ciało niebieskie następuje na nim swego rodzaju kolaps funkcji falowej i dochodzi do materializacji naszych niewydarzonych astronautów. Przy czym – co znamienne – na Tytanie, jednym z księżyców Saturna, Rumfoord i jego pies występują w fizycznej postaci na stałe.

niedziela, 30 marca 2025

Pianola

 

Głos wołającego na pustyni


„Pianola” jest pierwszą powieścią Kurta Vonneguta. Napisał ją zaraz po wojnie, kiedy to dopiero zbliżał się do trzydziestki. Nie jest to jego najlepsza książka – ba, najpewniej jedna ze słabszych. Ale to właśnie ona okazuje się teraz, po siedemdziesięciu latach, wyjątkowo aktualna. No i jest pierwsza – od czego innego mielibyśmy zaczynać?


Wybuchła III Wojna Światowa. Amerykanie wszelkich klas intelektualnych i majątkowych ruszyli na front. W pracy siłą rzeczy musiały ich zastąpić maszyny, jakże bardzo udatnie wspierające przemysł (głównie zbrojeniowy). Gdy dzielni Amerykanie po zwycięskiej wojnie wrócili do kraju i chcieli iść do pracy, okazało się, że już nikt ich tam nie potrzebuje. Maszyny świetnie sobie radzą, są zdecydowanie wydajniejsze, tańsze w utrzymaniu i popełniające mniej błędów. Inżynierowie, naukowcy, projektanci i wszelkiej maści kadra zarządzająca są na szczycie – opływając w luksusy, sławę, uznanie i szacunek, rządzą de facto całym krajem. 

czwartek, 27 marca 2025

Zodiac

Thriller ekologiczny


Mało ostatnio Neala Stephensona w Polsce. Tuż przed pandemią MAG wznowił najważniejsze powieści autora w jednolitej graficznie, czarnej oprawie i wydał nowość „Wzlot i upadek D.O.D.O.”. I od tej pory nic nowego do naszego kraju nie trafiło. A przecież swego czasu (jakieś piętnaście lat temu) Neal Stephenson miał w Polsce swoje złote lata.

Wydawać by się mogło, że hype na Stephensona rozpoczął się od „Zamieci” i „Diamentowego wieku” w charakterystycznej, żółtej edycji wydawnictwa ISA. No, w zasadzie tak było. Warto jednak czytanie Stephensona rozpocząć od małej, niepozornej książeczki wydanej jeszcze wcześniej przez „Zysk i Spółkę”. W 2001 roku pojawił się w Polsce „Zodiac”, druga powieść Neala Stephensona (pierwsza, „The Big U” nigdy do nas nie trafiła). Na okładce jakiś dziwny koleś z megafonem stojący w zielonym pontonie pływającym w ściekach. Ponton ów to tytułowy „Zodiac”, koleś ma na imię Sangamon Taylor i jest narratorem powieści, a „ścieki” to tak naprawdę skrajnie zaśmiecone wody Bostonu, Massachusetts, USA.

niedziela, 9 marca 2025

Blizna

Na kres świata


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Literacka konwencja „New Weird”, która wręcz eksplodowała przed ćwierćwieczem, ma – jak już kiedyś wspominałem – kilku flagowych przedstawicieli. Jednym z najważniejszych jest, rzecz jasna, China Mieville. Dziś czytamy jego „Bliznę”, drugą powieść ze świata Bas-Lag – uniwersum nadmiaru, nieokiełznanego potencjału i fantazji. Popłyniemy na Wezbrane Morze, daleko od stałego lądu. Ba, ostatecznie popłyniemy do samej krawędzi rzeczywistości.

Gigantyczne Nowe Crobuzon, literackie miasto-moloch, powstałe wraz z kilkoma innymi (patrz chociażby Ambergris) w czasach New Weird, było miejscem akcji znakomitego „Dworca Perdido”. Zagrożenie ze strony przerażających istot przypominających gigantyczne ćmy zostało zażegnane, ale reperkusje tych wydarzeń nadal trwają. Szczególnie mocno doświadczyła ich główna bohaterka „Blizny”, Bellis Coldwine. Jest to kobieta w średnim wieku, przyjaciółka Isaaca Dan der Grimnebulina z „Dworca Perdido”, lingwistka znająca jako jedna z niewielu język „wysokiego kettai”. Bellis, zmuszona do ucieczki z Nowego Crobuzon, dołącza do załogi „Terpsychorii”. Jest to wielki statek więzienny, wyładowanego po brzegi skazanymi na zsyłkę „prze-tworzonymi”. Zmierza on do zamorskiej kolonii Nova Esperium (taki trochę odpowiednik Australii w świecie Bas-Lag). „Terpsychoria” zostaje niestety uprowadzona przez „Armadę”, gargantuiczne miasto na wodzie, zbudowane z setek statków, łodzi i okrętów połączonych ze sobą w jeden „miejski” organizm.

niedziela, 5 listopada 2023

Dworzec Perdido

Moc kryzysu


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Dworzec Perdido” uważany jest za powieść założycielską „The New Weird”, rzecz definiującą pewne ramy nurtu i jedną z jego najlepszych książek. Jest to druga powieść Chiny Mieville’a (pierwszą jest „King Rat” – czysty gatunkowo przypadek urban fantasy), pisarza uznawanego za jednego z ojców „nowej, dziwnej” fantastyki, która pojawiła się na samym początku dwudziestego pierwszego wieku. Tej książki pominąć w naszym cyklu nie można – zacznijmy zatem.

U VanderMeera było Ambergris, u Mieville’a jest Nowe Crobuzon – kolejne gigantyczne, literackie miasto-monstrum, położone u zbiegu dwóch olbrzymich rzek, Smoły i Egzemy, łączących się w jeszcze większą Wielką Smołę. Podróżujący do miasta tajemniczy narrator pisze tak: „To nie prąd rzeki popycha nas w stronę miasta, raczej wciąga nas ku sobie jego masa”. Nowe Crobuzon poprzecinane jest gęsto nieużywanymi już torami, wypełnione dymiącymi fabrykami, stalowymi wieżowcami i surrealistycznymi katedrami. Architektoniczne kuriozum, potwór tętniący życiem, wylęgarnia wszelakiej przemocy, kultów, chorób i koszmarów. Steampunkowy, wiktoriański Londyn w krzywym zwierciadle, zamieszkały przez najróżniejsze, dziwaczne rasy – zwykłych ludzi, khepri (samce są wielkimi, pozbawionymi inteligencji skarabeuszami, a inteligentne samice wyglądają jak ludzkie kobiety z jedną jakże istotną różnicą – zamiast głowy mają… no właśnie skarabeusza), kształtujących wodę vodyanoi, brutalnych ludzi-kaktusów, latających pustynnych nomadów zwanych garudami (tak, skojarzenie z hinduistycznym bóstwem jest zasadne) i wiele innych rozumnych gatunków.

poniedziałek, 20 stycznia 2020

Paszcza wieloryba

Droga bez powrotu

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Omawiana dzisiaj powieść Philipa K. Dicka jest naszym kronikarskim obowiązkiem. Jest to jeden z jego najsłabszych utworów, którego pominięcie w trakcie „studiów nad Dickiem” nie będzie żadną stratą. „Paszcza wieloryba” – powieść o najbardziej skomplikowanej historii publikacji wśród wszystkich dzieł jej autora i najmniejszym znaczeniu w jego karierze jak do tej pory.

W grudniu 1964 roku, w miesięczniku „Fantastic”, ukazuje się nowelka Philipa K. Dicka, zatytułowana „The Unteleported Man”. Don Wollheim, ze słynnego i nie raz już przeze mnie przywoływanego „Ace Books”, zamawia u Dicka rozszerzenie nowelki do krótkiej powieści. Gdy w maju 1965 roku autor dostarcza niemal drugie tyle materiału, Wollheim odrzuca dodatkowy tekst – w jego opinii jest przekombinowany, słaby, nie związany logicznie z fabułą nowelki i doklejony na siłę. Dick jest dotknięty do żywego – narkotykowe „tripy” głównego bohatera, które zdominowały dopisaną część są według niego absolutnie kluczowe. „Ace Books” jest jednak nieugięte i w 1966 roku publikuje pierwotną wersję „The Unteleported Man”, jako połówkę swojego tradycyjnego dubletu. Dopiero w 1983 roku, krótko po śmierci Dicka, powieść wychodzi jeszcze raz, tym razem nakładem „Berkley Books” – w końcu w rozszerzonej wersji. Powieść zostaje wydana w Polsce tylko raz – w 1999 roku „Zysk i S-ka” wydaje ją na bazie oryginalnego, krótkiego tekstu z „Ace Books”. Oto „Paszcza wieloryba”.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Tytańscy gracze

„Osacza nas zewsząd wug!”

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Philip K. Dick, w roku publikacji „Człowieka z wysokiego zamku”, napisał tylko dwie powieści, które wydane zostały odpowiednio po dwóch i dziesięciu latach. Za to zaraz po wydaniu wspomnianego wyżej arcydzieła rozpoczęły się dwadzieścia cztery miesiące niesamowitego twórczego urodzaju i wręcz nadprodukcji treści. Powstało wówczas jedenaście powieści, jedne lepsze, inne gorsze – wszystkie jednak warte uwagi. Dziś czytamy „Tytańskich graczy”.

Powieść ta została napisana w ekspresowym tempie, w maju 1963 roku. Wydawnictwo Ace Books wydało ją już w grudniu, tym razem pojedynczo, bez drugiej powieści w pakiecie. Mimo wielu wydań anglojęzycznych, „Tytańscy gracze” wyszli w Polsce tylko raz – w 2000 roku, nakładem „Zyska i Spółki”. Geneza powieści nie jest dokładnie znana, większość badaczy twórczości Dicka milczy na ten temat, w tym również Lawrence Sutin, autor najsłynniejszej biografii pisarza. Ogólnie rzecz biorąc, mamy do czynienia z krótką, dynamiczną powieścią science fiction z elementami kryminału, poruszającą znowu zagadnienie złudzenia rzeczywistości – ale tym razem jest to fałsz „subiektywny”, wynikający z odmienności istot (a co za tym idzie – percepcji) interpretujących ową rzeczywistość. Więc powinniśmy mówić nie tyle o „fałszu”, co o różnych „wewnętrznych” manifestacjach tego samego, „zewnętrznego”, niepodważalnie prawdziwego świata. Co nam mówi fabuła?

niedziela, 23 grudnia 2018

Letnia noc

Koniec dzieciństwa

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Letnia noc” Dana Simmonsa pojawiła się ponownie w Polsce. Powieść ta, wydana pięć lat po jednym z największych hitów Stephena Kinga, jest nieustannie z nim zestawiana – grupa dwunastolatków walczy z nadnaturalnym złem w idyllicznie naszkicowanym amerykańskim miasteczku. Dan Simmons stwierdził w wywiadzie, że przeczytał „To!” dopiero w latach dziewięćdziesiątych, podobnie zresztą uczynił Stephen King z „Letnią nocą”. Porównywali potem wzajemnie fabuły obydwu powieści, szukając z zapałem punktów wspólnych i różnic.

Obie książki wyrosły zatem na jakimś wspólnym gruncie doświadczeń autorów, jakby nie było – rówieśników. Pisarze musieli czuć te same strachy w dzieciństwie, oglądali podobne filmy, czytali podobne książki i przywołali w swych powieściach ten sam rodzaj nostalgii za minionym czasem. Akcja „Letniej nocy” dzieje się w wakacje roku 1960, w niespełna dwutysięcznym miasteczku Elm Haven w Illinois. Stoi tu stary, masywny i sprawiający wrażenie skąpanego w sepii budynek Old School Central. Uczniów zastajemy podczas ostatniej lekcji roku szkolnego, która jest jednocześnie ostatnią lekcją w tej szkole w ogóle – jesienią pójdą do nowej, a stara zostanie zabita deskami. Za chwilę rozpoczną się upragnione wakacje – główny bohater, prawie dwunastoletni Dale Stewart, wraz z młodszym bratem i zgraną paczką przyjaciół marzą tylko o tym, aby wsiąść na rowery i ruszyć ku przygodzie. Niestety, jeden z uczniów znika w tajemniczych okolicznościach, po zejściu do mrocznych piwnic tego ponad osiemdziesięcioletniego budynku. Chłopaki mają już plan na lato – odnaleźć kolegę i odkryć sekrety złowrogiej budowli. Będą śledzić podejrzanych nauczycieli i woźnego, popilnują rodziny zaginionego kumpla i pogrzebią w historii szkoły oraz samego miasteczka. Zaczyna się przygoda.

środa, 28 lutego 2018

Ostatnie dni Nowego Paryża

Inwazja sztuki

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

China Mieville lubi surrealizm. W każdej jego dotychczasowej książce możemy znaleźć jego elementy. Istoty ze skarabeuszami zamiast głów, ludzie-kaktusy, byty żyjące między wymiarami, dwa miasta koegzystujące z sobą w tym samym kawałku fizycznej przestrzeni, kosze na śmieci znające sztuki walki, czy absurdalne tory kolejowe. Jego ostatnia powieść, a właściwie krótka nowela, to już praktycznie pean na cześć surrealizmu. Marzenia André Bretona, twórcy dwóch Manifestów Surrealizmu sprzed dziewięćdziesięciu lat, spełniają się u Mieville’a w sposób przekraczający nasze najśmielsze wyobrażenia. Strefa Strugackich i Skoliodoi Dukaja zamiatają podłogę kapeluszami przed piekłem Nowego Paryża.

Wiecie co to manif? Od razu zaznaczam, że nie jest to męska wersja manify – chociaż, biorąc pod uwagę bardzo wyraziste poglądy społeczne i polityczne autora, mogłoby się tak kojarzyć. Otóż manif to zmaterializowana idea, ożywione dzieło sztuki surrealistycznej, owoc wspólnej jaźni artystów. Jest to byt powstały najpierw w ich umysłach, potem przelany na papier, płótno lub glinę, a następnie ożywiony. Jakim cudem? W 1941 roku w Paryżu ma miejsce tajemnicza S-plozja, po której w stolicy Francji zaroiło się od istot i rzeczy przyprawiających o obłęd. Z wieży Eiffla została tylko górna część, wisząca w niewytłumaczalny sposób nad miastem, a Łuk Triumfalny zamienił się w gigantyczny pisuar. Po ulicach biegają drewniane wilki-stoły, jeżdżą ludzie-rowery, przechadza się słoń o rozmiarach magazynu. Możemy natknąć się na gigantyczną kobietę, powstałą z otoczaków, rosiczkę polującą na przelatujące samoloty, dziecięcą głowę wielkości budynku lub płonącą żyrafę. A najbardziej przerażające manify, powstałe w wyniku pewnej surrealistycznej gry, w którą zabawiali się Breton i jego przyjaciele, to przeczące wszelkim prawom zdrowego rozsądku Wyrafinowane Trupy.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Stacja centralna

U progu wielkiej zmiany

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.

Trzecia powieść Tidhara, która ukazała się na polskim rynku, jest wizją świata stojącego w rozkroku między tym, co analogowe i dobrze nam znane, a tym, co może zostać sprowadzone przez galopujący postęp technologiczny. Autor wskazuje jednocześnie na to, że wszelkie granice pomiędzy tym, co nowe i stare, tym, co naturalne i sztuczne oraz tym, co fizyczne i wirtualne, zwyczajnie zanikają. A symbolem nieuniknionych zmian jest Stacja Centralna, sięgający nieba kosmoport, wyrastający na granicy żydowskiego Tel-Awiwu i arabskiej Jaffy.

Ludzkość skolonizowała cały układ słoneczny. Powstały międzynarodowe korporacje kosmiczne zajmujące się wydobywaniem surowców na innych planetach. Odnaleziono prymitywne życie na Marsie, które okazało się zdolne do specyficznej symbiozy z ludzkim organizmem. Upowszechniono zaawansowaną inżynierię genetyczną, która z miejsca wytworzyła swoją nielegalną szarą strefę. Powstała Konwersacja, czyli drugi, równoległy świat wirtualnej rzeczywistości, do którego, dzięki modyfikacjom mózgu, wchodzimy bezpośrednio własnym umysłem, niczym do Tlenu Geoffa Rymana. Na porządku dziennym są wszelkie transformacje ciała, polegające na łączeniu go z mechanicznymi częściami. Wśród ludzi żyją cyborgi, roboty i najbardziej tajemnicze byty w powieści, czyli całkowicie cyfrowi Inni.