Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rebis. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 kwietnia 2026

Kraina Chichów

Zabawa w Boga


„Kraina Chichów” jest całkiem niezłą powieścią w konwencji realizmu magicznego. Niezłą – zdecydowanie nie podzielam zdania apologetów jej rzekomej genialności i przynależności do literatury grozy. Czyta się to fajnie, choć koncept do przewidzenia w połowie powieści, finał nagły i pospieszny, nie wybrzmiewający w pełni.

Thomas Abbey jest trzydziestojednoletnim nauczycielem języka angielskiego w szkole dla bogatej młodzieży. Całe życie spędza w cieniu swego wiecznie nieobecnego ojca, wielkiego aktora Stephena Abbeya. Gdy w dzieciństwie brakowało mu kontaktu z tatą, znalazł sobie substytut – poczytnego pisarza książek dla dzieci, niejakiego Marshalla France’a. Do tej pory może godzinami rozprawiać o literaturze swego literackiego idola i drży na myśl o znalezieniu jakiegoś unikatowego, starego wydania którejś z powieści France’a. A poza tym kolekcjonuje dziwaczne maski i żyje z dnia na dzień, od jednej nudnej lekcji do drugiej.

niedziela, 30 maja 2021

Transmigracja Timothy'ego Archera

Uwięzieni w słowach

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

I w ten oto sposób dotarliśmy do ostatniej powieści Philipa K. Dicka. „Transmigration of Timothy Archer” stanowi trzecią część tryptyku, zwanego „trylogią Valis”, choć tak właściwie nie ma z poprzednimi częściami zbyt wiele wspólnego. To już druga powieść w naszym cyklu, w której nie znajdziemy żadnego elementu fantastycznego – autor niestety nie doczekał dnia jej publikacji. Jest to dzieło dobrze podsumowujące nie tylko końcowy okres jego życia, ale chyba przede wszystkim całą twórczość.

Gdy w 1965 roku Philip K. Dick poznał Jamesa Alberta Pike’a nie przypuszczał, jak bardzo ten wysoko postawiony hierarcha Kościoła Episkopalnego Kalifornii wpłynie na okres twórczości, w którym Dick intensywnie poszukiwał Boga. Dick i Pike prowadzili swego czasu długie i zawiłe dysputy filozoficzne, z których autor „Ubika” wyciągnął „solidny materiał teologiczny”, o czym wspominał chociażby w kontekście genezy „Labiryntu śmierci”. Sam Pike pojawił się również w powieści „Wbrew wskazówkom zegara” jako Anarcha Peak, religijny przywódca powstały z grobu. Biskup Pike oskarżany był o herezję – desegregacja rasowa w kościołach, udział w marszu z Selmy do Montgomery u boku Martina Luthera Kinga, wyświęcanie kobiet, podważanie dogmatu Trójcy Świętej i okultyzm (Dick brał udział z seansach spirytystycznych, na których Pike chciał porozumieć się z duchem własnego syna) nie zyskały poparcia i zrozumienia ani na szczytach kościelnej piramidy ani u wiernych. Oliwy do ognia dolał sam Dick, który poznał Pike’a z Maren Hackett, macochą swojej własnej żony, Nancy. Maren Hackett szybko została osobistą „sekretarką” Pike’a, a ten uwikłany w romans żył z nią do czasu jej samobójstwa w 1967 roku. „Szczytem ekstrawagancji” i ostatnim wybrykiem biskupa była jego wyprawa do Izraela latem 1969 roku, kiedy to zabłądził na pustyni i umarł wraz z towarzyszącą mu żoną pod rozpalonym słońcem.

niedziela, 25 kwietnia 2021

Boża inwazja

„Sen bowiem jest istnością też…”

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Boża inwazja” jest drugą częścią nieformalnej „trylogii Valis”. Fabularnie z „Valisem” nie łączy jej jednak nic, poza jedną wzmianką o „starym filmie sprzed lat”, który opowiada o sztucznym satelicie wysyłającym hologram udający rzeczywistość. To nie fabuła, lecz idea łączy obie powieści – podlegające nieustannej ewolucji poglądy Philipa K. Dicka na kwestie Boga, zbawienia i natury rzeczywistości.

W 1979 roku Dick napisał opowiadanie „W okowach powierza, w pajęczynie eteru”. Jego głównymi bohaterami była dwójka ziemskich kolonistów, mężczyzna i kobieta, mieszkający w osobnych schronach na dalekiej asteroidzie. Niejaki Leo McVane próbuje choćby na chwilę zapomnieć o trudnych warunkach bytowych – ucieka w muzykę i fantazje o wykonującej ją pieśniarce. Rybus Rommey ma gorzej – umiera na stwardnienie rozsiane i nie potrafi uciec od rzeczywistości. Ta zbyt mocno o sobie przypomina. Opowiadanie posłużyło za fabularną bazę początku powieści „Valis Regained”, która miała być sequelem „Valisa”. Ekspresowo napisana w marcu 1980 roku, sprzedana została wydawnictwu „Simon and Schuster” – wyszła pod zmienionym tytułem (to już chyba stało się wtedy normą u Dicka) w 1981 roku, jako „The Divine Invasion”. W Polsce wydano ją tylko dwa razy – w 1996 roku w serii „Kameleon” Zyska i S-ki oraz w 2011 roku nakładem Rebisu.

niedziela, 28 marca 2021

Valis

Imperium wcale się nie rozpadło

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Valis” jest pierwszą z trzech ostatnich powieści Philipa K. Dicka – razem z „Bożą inwazją” i „Transmigracją Timothy’ego Archera” stanowi nieformalną trylogię, w której autor zawarł podsumowanie swoich literackich poszukiwań Boga, transcendencji i prawdy o otaczającej go rzeczywistości. Jest to znów powieść autobiograficzna i to w jeszcze większym stopniu niż „Wyznania łgarza” czy „Przez ciemne zwierciadło”. Philip K. Dick jest tu jawnie narratorem i głównym bohaterem – na dodatek występuje w dwóch osobach.

Pierwsza połowa 1974 roku była jednym z najbardziej znaczących okresów w życiu autora. Wedle jego relacji doznał wtedy bardzo intensywnych doświadczeń mistycznych, nazwanych potem „doświadczeniami 2-3-74” (cyfry 2 i 3 oznaczają luty i marzec). A zaczęło się niewinnie – od usunięcia zębów mądrości. Pani, która dostarczyła Dickowi leki przeciwbólowe, miała naszyjnik w kształcie ichtys, czyli symbolu pierwszych chrześcijan. Autor doznał wtedy rzekomo pierwszego oświecenia, czyli „anamnezy” – przywrócenia utraconej, zapomnianej dawno wiedzy, która była udziałem wszystkich żyjących ludzi (nadal czekających na swoją anamnezę). Dick utrzymywał, że na obraz współczesnej mu Kalifornii nakłada się wizja z czasów apostolskich, czyli drugiej połowy pierwszego wieku naszej ery i że to jest świat prawdziwy, a nasz jest tylko ułudą. W kolejnych tygodniach przyszły kolejne wizje, czyli szereg nieokreślonych refleksów świetlnych nawiedzających go nocami (wykorzystał je potem podczas tworzenia „kombinezonów zakłócających” w pisanej cały czas powieści „Przez ciemne zwierciadło”) oraz chyba najsłynniejsze doświadczenie, czyli porażenie różowym promieniem bijącym z pewnego glinianego naczynia stojącego w domu. To po tym wydarzeniu Dick doszedł do wniosku, że ktoś lub coś próbuje nawiązać z nim kontakt i przekazać pewną tajemną wiedzę na temat natury rzeczywistości.

niedziela, 28 lutego 2021

Przez ciemne zwierciadło

Lęk i odraza w Kaliforni

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Philip K. Dick zażywał narkotyki. Z tym faktem raczej nikt nie polemizuje, to rodzaje i wielkości dawek psychoaktywnych substancji są kwestią sporną. Najgorzej było na samym początku lat siedemdziesiątych, które uznawane są za najmroczniejszy okres w życiu autora – ciągłe balansowanie na krawędzi przepaści i eksperymenty z meskaliną, amfetaminą i LSD. Dziś przejdziemy „Przez ciemne zwierciadło”, aby stoczyć się na samo dno – tak oto Philip K. Dick podsumował wspomniany etap swojego życia. W sumie nie tylko – to były życia wielu mu podobnych, ówczesnych buntowników wobec rzeczywistości. A ta, jak to zwykle bywa, potraktowała ich bezlitośnie.

Po 1970 roku Dick nie pisał już zbyt wiele – po rozstaniu z czwartą żoną popadł w koszmarną depresję, jeszcze większe uzależnienie od narkotyków i zaczął zapełniać swoje puste domostwo coraz większą liczą gości. Byli to w większości przypadków obcy mu młodzi ludzie, niekiedy groźni dla otoczenia i niego samego – choć przebywanie z samym Dickiem również do najbezpieczniejszych nie należało. To wtedy właśnie Dick odkrył, że miłość stoi u podstaw rzeczywistości („Płyńcie łzy moje, rzekł policjant”) i zamiast trzaskać powieści jak na linii produkcyjnej, zaczął je mocno „dopracowywać”. Szkic powieści „A Scanner Darkly” i jej pierwsza wersja powstała co prawda błyskawicznie (między lutym a kwietniem 1973 roku), ale ostateczny kształt przyjęła dopiero w 1975. Dick znowu chciał „do mainstreamu” – ale, jak zwykle, „poważni wydawcy” od razu twierdzili, że „Dick ergo science fiction ergo chłam”. Do widzenia zatem. Powieść została w końcu wydana w 1977 roku przez „Doubleday”, a Dick pod wpływem wydawcy dodał tam elementy fantastyczne, jak chociażby charakterystyczne „kombinezony zakłócające”. W Polsce „Przez ciemne zwierciadło” wyszło dwa razy za sprawą Rebisu – w 1996 i 2012 roku.

niedziela, 24 stycznia 2021

Deus Irae

Las oblany słonecznym blaskiem

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Deus Irae” jest drugą, po „Inwazji z Ganimedesa”, powieścią, którą Philip K. Dick napisał w duecie z innym twórcą. Powstawała korespondencyjnie, przez dwanaście długich lat – w trakcie jej pisania ostateczna wizja mocno ewoluowała, choć jej podstawowa idea pozostała niezmieniona. Philip K. Dick i Roger Zelazny szukali Boga. Im bliżej było ku końcowi pisania, tym intensywniejsze były ich starania.

Dick napisał konspekt powieści w 1964 roku, zaraz po ukończeniu „Doktora Bluthgelda”. Przesłał go potem do Teda White’a, jednego z zaprzyjaźnionych pisarzy science fiction i zaproponował mu wspólną pracę nad książką. White nawet nie zaczął pisać – z bliżej nieokreślonych powodów odmówił, ale pokazał manuskrypt innemu, młodemu twórcy – Rogerowi Zelaznemu, który dopiero brał potężny rozbieg do „Kronik Amberu” i pozostałych swoich dzieł. Dick potrzebował pomocy, bo jak sam przyznawał, miał zbyt małą wiedzę o chrześcijaństwie i jego dogmatach, aby sprostać temu zadaniu. Zelazny ochoczo wziął się do roboty – panowie pisali powieść przez długie lata, robiąc sobie niekontrolowane przerwy, wynikające między innymi z prac nad własnymi powieściami (Zelazny tematy religijne rozwinął na przykład w pisanym równolegle „Panu Światła”).

niedziela, 27 grudnia 2020

Wyznania łgarza

Dick jak Dickens

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Wyznania łgarza” to jedyna powieść głównonurtowa autorstwa Philipa K. Dicka, wydana za jego życia i jedyna wspominana w jego słynnej „Egzegezie”, czyli wielkim podsumowaniu własnej twórczości i autorskiej filozofii. Powieść, odrzucana konsekwentnie przez wydawców, wychodzi drukiem dopiero po „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” – stąd takie jej miejsce w moim cyklu. Jedziemy do Hrabstwa Marin w Kalifornii, na prowincję niedaleko San Francisco. Lata pięćdziesiąte dobiegają końca.

Philip K. Dick u progu swej drogi twórczej marzył o karierze pisarza literatury obyczajowej. Science fiction miało być tylko sposobem na łatwy zarobek. W latach pięćdziesiątych napisał dziesiątki opowiadań, osiem coraz lepszych powieści s-f (kolejną dekadę otworzył genialnym „Człowiekiem z wysokiego zamku”) i osiem książek z fabułą pozbawioną jakiegokolwiek pierwiastka fantastycznego. Tylko te pierwsze doczekały się publikacji – science fiction wychodziło głównie w Ace Books, pulpowym wydawnictwie używającym marnego papieru i wyłącznie miękkich okładek. Powieści niefantastyczne lądowały w szufladzie. Wszystkie „poważne wydawnictwa” odsyłały Dicka z kwitkiem – nie podejrzewał, że będzie aż tak trudno. Wśród tych wszystkich odrzuconych maszynopisów, był jeden zatytułowany „Connfessions of a Crap Artist – Jack Isidore (of Seville Calif.). A Chronicle of Verified Scientific Fact 1945-1959)”. Tytuł podejrzany, bo sugerujący jakiegoś anonimowego autora – agent Dicka wysyłał zresztą skrypt do wydawców bez jakiejkolwiek wzmianki o tym, że autorem jest właśnie Dick. Mało kto się nabrał – beta-czytacze odpisywali, że rozpoznali styl autora już po kilkunastu stronach.

niedziela, 29 listopada 2020

Płyńcie łzy moje, rzekł policjant

Kochać to nie znaczy zawsze to samo


Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Dziś czytamy powieść o najbardziej zwariowanym tytule wśród wszystkich, jakie wymyślił Philip K. Dick. „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant” to rzecz napisana na samym początku lat siedemdziesiątych, jeszcze przed „objawieniami” prowadzącymi do powstania „trylogii Valis” – książka lekko szalona, z fabułą wyrywającą się swemu twórcy w niekontrolowany sposób, trochę męcząca, ale niezwykle istotna. Zapominamy na chwilę o kosmitach, materialnych bogach i podróżach na inne planety. Dziś znowu atakuje nas sama rzeczywistość.

Pierwsza wersja powieści „Flow my Tears. The Policeman Said” była gotowa już w sierpniu 1970 roku. Niesamowite tempo i natchnienie jakie towarzyszyło Dickowi podczas jej pisania, było wynikiem eksperymentów z meskaliną, które rozpoczął w maju tego roku. O ile amfa, leki na receptę, leki bez recepty i inne podejrzane środki psychoaktywne przynosiły ostatecznie napady lęków, wyczerpanie psychiczne i paranoję, tak meskalina wyzwoliła u autora „uczucie wszechogarniającej miłości i skłonności do niepohamowanego płaczu”. Dick wspominał po latach, że podczas pisania tej powieści, po raz pierwszy miał ochotę przestać zadawać ciągle te same pytania o naturę rzeczywistości, na które i tak nie mógł znaleźć zadowalających odpowiedzi. Teraz przyszedł czas, żeby się przełamać i w końcu ich samodzielnie udzielić!

niedziela, 25 października 2020

Możemy cię zbudować

Chorzy na życie

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Dziś cofamy się w czasie. Zostawiamy na chwilę idee, które kotłowały się w głowie Philipa K. Dicka u progu lat siedemdziesiątych i czytamy powieść napisaną w roku 1962. Mniej więcej wtedy, gdy powstawała „Simulakra” i „Marsjański poślizg w czasie”. „Możemy cię zbudować” nie należy do najlepszych i najważniejszych powieści Dicka, a na publikację czekała aż dziesięć lat – stąd jej takie, a nie inne, miejsce w naszym cyklu.

Pierwotny tytuł powieści brzmiał „The First in our Family”. Autor pisał ją z myślą o kolejnej próbie przebicia się do głównego nurtu, marginalizując wątki science fiction na rzecz dramatu psychologicznego. Kolejni wydawcy odrzucali jednak maszynopis powieści, co doprowadziło do tego, że wyszła dopiero w 1970 roku – w odcinkach w magazynie „Amazing Stories” jako „A. Lincoln, Simulacrum”. Redaktor naczelny magazynu napisał nawet dodatkowy, ostatni rozdział, ponieważ uznał, że powieść urywa się nagle i bez sensu – Dick zaakceptował poprawki mieląc w ustach przekleństwa. Dlatego też, gdy w końcu, w 1972 roku, wydawnictwo DAW Books wypuściło ją pod tytułem „We Can Build You” – Dick bez zastanowienia usunął niepotrzebny jego zdaniem i przede wszystkim nie jego fragment. Przyczyny problemów z publikacją powieści nie są dokładnie znane – dla Dicka były kolejnym potwierdzeniem faktu, że nie jest mu pisana kariera w mainstreamie. W Polsce „Możemy cię zbudować” wydane zostało dwa razy – w 1996 i 2020 roku za sprawą Rebisu.

niedziela, 27 września 2020

Nasi przyjaciele z Frolixa 8

Dick w starym stylu

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

„Nasi przyjaciele z Frolixa 8” to kolejna powieść Philipa K. Dicka z akcją osadzoną w dystopijnym Państwie gnębiącym swoich obywateli. Motyw ten nie jest tu jednak punktem wyjścia do rozważań o istocie Boga i człowieczeństwa jak w „Druciarzu galaktyki” (choć oczywiście zagadnienia te w powieści znajdziemy), lecz stanowi tło dla bardziej „standardowej” odmiany science fiction. Omawiana dzisiaj książka jest mniej intelektualna, filozoficzna, mistyczna i może trochę słabsza niż ostatnie – to rzecz bardziej „przyziemna”, nastawiona na akcję i… odrobinę komedii.

„Our Friends From Frolix 8” to Dick w starym stylu, powieść powstała przede wszystkim dla pieniędzy, a nie idei. Dick napisał ją specjalnie dla Ace Books – wydawnictwa kluczowego w początkowym etapie jego kariery, a z którym było mu potem lekko nie po drodze. Książkę wydano w połowie 1970 roku - pojawiła się dokładnie w tym samym czasie co „Labirynt śmierci” w edycji Doubleday. Razem otworzyły w karierze autora nieco uboższe ilościowo (ale nie jakościowo) lata siedemdziesiąte. Po dwudziestu trzech latach trafiła do Polski – w 1993 roku ukazała się nakładem wydawnictwa Alfa w serii „Biblioteka fantastyki”. W zeszłym roku, w zupełnie nowym tłumaczeniu, wyszła po raz drugi – dołączyła do „Dzieł zebranych Philipa K. Dicka” Rebisu.

niedziela, 23 sierpnia 2020

Druciarz galaktyki

Faust musi przegrać

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Dziś powieść, którą sam Philip K. Dick deprecjonował, a czas spędzony nad jej pisaniem wspominał jako twórczą mękę. Wydana w czasie dominacji takich gigantów jak „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?” i „Ubik”, była zazwyczaj takim trochę zapomnianym krewniakiem, który jest często pomijany w zaproszeniach na rodzinne imprezy. Przed nami „Druciarz galaktyki”.

„The Galactic Pot-Healer” napisany został na przełomie 1967 i 1968 roku, jako rozwinięcie pomysłów z dickowej powieści dla dzieci – „Nick and the Glimmung”. Wydana w 1969 roku przez Berkley Books, była według relacji autora tą, przy której wyczerpał się artystycznie i umarł jako pisarz. Próbował później znaleźć w niej jakieś pozytywy, ale mimo najszczerszych chęci nie umiał. Widoczne w niej „ślady psychozy” tłumaczył tym, że dopadła go frustracja z powodu nieudanych poszukiwań Boga w świecie. Faktycznie, to jest kolejna powieść, gdzie nie mamy do czynienia z Bogiem, lecz bogiem – albo po prostu potężną istotą z boskimi pretensjami, która chce wyjść za wszelką cenę poza swoje ograniczenia. „Galaktyczny druciarz” zawitał do Polski w roku 1996 za sprawą Rebisu. Sześć lat później wydawnictwo przełożyło powieść na nowo i wydało jako „Druciarza galaktyki” – trzecie, jak na razie ostatnie, wydanie ukazało się dosłownie miesiąc temu w rebisowych „Dziełach zebranych Philipa K. Dicka”.

niedziela, 26 lipca 2020

Labirynt śmierci

W poszukiwaniu rzeczywistości obiektywnej

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”. Zawiera też spojlery, więc przeznaczony jest raczej dla osób, które powieść czytały.

Gdy czytamy kolejne powieści Philipa K. Dicka w bardzo krótkim czasie, trudno oprzeć się wrażeniu, że porusza on w nich bardzo podobne zagadnienia – dopracowuje je i poszerza, ale tak naprawdę pisze o tym samym. Zresztą, opór taki jest zupełnie niepotrzebny – tak po prostu jest. „Labirynt śmierci” to kolejne „Oko na niebie” i „Ubik” – powieść podobna, choć ideowo ukierunkowana nie na ontologiczne rozważania o zastanej rzeczywistości, lecz na epistemologię. Jak możemy ową rzeczywistość poznać?

Pierwotny tytuł powieści napisanej w 1968 brzmiał „The Hour of the T.E.N.C.H.” – po kilku perturbacjach zmieniony został na „A Maze of Death”. Książka wydana została w roku 1970 przez wydawnictwo Doubleday i szybko uznana za jedną z najmroczniejszych powieści Philipa K. Dicka. Do Polski trafiła dokładnie takim samym sposobem jak „Do Androids Dream of Electric Sheep?” – „Labirynt śmierci” ukazał się w tak zwanym „trzecim obiegu” w 1986 roku. W 1990 roku, za sprawą oficyny „Alfa”, wyszła pierwsza oficjalna edycja powieści w tłumaczeniu Arkadiusza Nakoniecznika. Wersja ta posłużyła jeszcze potem dwa razy „Rebisowi” – w 1997 i 2017 roku. „Labirynt śmierci” jest jedną z pozycji absolutnie obowiązkowych podczas „studiów nad Dickiem” – warto go przeczytać po wspomnianym „Ubiku”, gdyż mamy wówczas do czynienia w bardzo ciekawymi analogiami.

niedziela, 28 czerwca 2020

Ubik

Myślę, ale czy jestem?

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

„Ubik” Philipa K. Dicka uznawany jest powszechnie za arcydzieło. Czytany, cytowany, analizowany na lewo i prawo, umieszczany na listach najważniejszych powieści science fiction w historii, nazywany „horrorem egzystencjalnym” i zawsze doceniany – nawet przez tak wymagających krytyków gatunku jak nasz Stanisław Lem. W końcu przyszła pora na tę powieść także u nas. Uwaga! - są spojlery.

„Ubik” wyrósł na ideach, które już wcześniej autor mocno sygnalizował w większości swoich książek. Fabularnie wywodzi się z długiego opowiadania opublikowanego w magazynie „Worlds of Tomorrow” w czerwcu 1964 roku – „What Dead Man Say?” (w Polsce znanego jako „Co mówią umarli?” ze zbioru „Raport mniejszości”). Tam właśnie powstał matriksowy koncept „półżycia”, czyli istnienia w rzeczywistości projektowanej przez własny umysł podtrzymywany przy życiu w specjalnie do tego przygotowanych instytucjach – „moratoriach”. „Półżywi”, czyli ludzie cudem wydarci śmierci z rąk, ale niezdolni już do normalnego funkcjonowania, mogą być co jakiś czas przywoływani z niebytu przez swoich bliskich i prowadzić z nimi rozmowy – takie rozwiązanie ma niestety tę wadę, że z czasem coraz trudniej nawiązać kontakt z półżywym i trzeba dać mu zwyczajnie odejść. Opowiadanie to skupiało się mniej na filozofii i metafizyce, a bardziej na pewnych społecznych wątkach w twórczości Dicka – na gerontokracji (jak w „Czasie Wesołej Pat”) i inwigilacji przez aparat rządzący. 

niedziela, 24 maja 2020

Blade Runner. Czy androidy marzą o elektrycznych owcach?

Wszyscy jesteśmy androidami

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Gdybyśmy mieli wytypować najlepszy rok w karierze Philipa K. Dicka, najmocniejszym kandydatem byłby chyba 1966. Dick już nie produkował tekstów w tak szaleńczym tempie jak wcześniej – oprócz opowiadań napisał w tym roku „tylko” dwie powieści. Dwie, ale za to jakie! Wydane zostały odpowiednio w 1968 i 1969 roku. Zajmijmy się pierwszą z nich i zadajmy sobie jedno z najczęściej przewijających się pytań w popkulturze – „Czy androidy marzą o elektrycznych owcach”?

W sierpniu 1964 roku w magazynie „Worlds of Tomorrow” ukazało się opowiadanie „Little Black Box”, które autor zamierzał potem włączyć do fabuły „Inwazji z Ganimedesa”. „Inwazję…” omawialiśmy całkiem niedawno – to tam właśnie użyto „empatycznego labiryntu” do odparcia inwazji „gańczyków” na naszą planetę. Mała czarna skrzynka ze wspomnianego opowiadania działała podobnie – empatia była tu jednym z największych przymiotów ludzkiego gatunku i czymś dla niego charakterystycznym. Prorok Wilbur Mercer ze swoim dziwnym narzędziem nie trafił ostatecznie do „Inwazji…”, ale idea stojąca za jego postacią stała się podstawową w powieści o pewnym łowcy androidów. „Do Androids Dream of Electric Sheep?” wyszła nakładem wydawnictwa Doubleday w marcu 1968 i przez kolejne czternaście lat wydawana była dokładnie pod takim tytułem. Wiemy, co stało się w roku 1982 – w czerwcu, ledwie trzy miesiące po śmierci Philipa K. Dicka, na ekrany kin weszła najgłośniejsza i cały czas najpopularniejsza ekranizacja jego twórczości. 

niedziela, 26 kwietnia 2020

Wbrew wskazówkom zegara

Umieranie wstecz

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

W odróżnieniu od omawianych ostatnio wesołych i żartobliwych powieści („Cudowna broń”, „Inwazja z Ganimedesa”), kolejna książka Philipa K. Dicka jest bardzo mroczna i ponura. „Wbrew wskazówkom zegara” to kolejny poważny krok ku „doświadczeniu 2-3-74” – objawieniom, których następstwem była „trylogia Valis” oraz poważnym pytaniom o naturę wszechrzeczy, Boga i Absolutu. Bo jak wiemy już z „Trzech stygmatów Palmera Eldritcha” Bóg Absolutem być nie musi.

W sierpniu 1966 roku, w miesięczniku „Amazing Stories”, ukazuje się szalone opowiadanie Philipa K. Dicka, zatytułowane „Your Appointment Will Be Yesterday”. Coś niedobrego stało się z czasem – zaczyna on biec do tyłu, w wyniku czego martwi budzą się w grobach i młodnieją, tak jak cała ziemska populacja. Tak zwana „faza Hobarta” powoduje, że wszyscy dorośli ludzie przeistaczają się z czasem w małe dzieci i – uwaga! – kończą istnienie w macicach wolontariuszek. Redukują się potem do zarodków, które ostatecznie „zespalają się” z ciałami nosicielek. Specjalne służby państwowe wymazują regularnie cały dorobek naukowy ludzkości, uczeni tracą wiedzę, cała cywilizacja pogrąża się w regresie. Opowiadanie to, które w Polsce możemy znaleźć w zbiorze „Elektryczna mrówka” wydawnictwa Rebis (gdzie nosi tytuł „Umówimy pana na wczoraj”), zostało potem, wzorem całej masy innych krótkich tekstów, przerobione przez Dicka na powieść. „The Counter-Clock Word” wychodzi w 1967 roku nakładem „Berkley Books”.

niedziela, 22 marca 2020

Inwazja z Ganimedesa

Przygodowa powieść science fiction – zrób to sam!

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

„Inwazja z Ganimedesa” jest jedną z dwóch powieści Philipa K. Dicka, które powstały w kooperacji z innym twórcą. Jest to też kolejna książka pisana na szybko, dla pieniędzy a nie idei, zawierająca więcej szalonych pomysłów i zwrotów akcji niż jakakolwiek inna. Tak jakby autorzy używali czegoś w rodzaju zwariowanego generatora fabuł science fiction i nie mogli przestać. Po prawdzie tak właśnie było.

Dom Philipa K. Dicka w East Oakland był na początku lat sześćdziesiątych miejscem częstych spotkań towarzyskich zaprzyjaźnionych twórców science fiction. Jednym z nich był Ray Nelson, pisarz, który nigdy szczególnie nie wybił się w swoim gatunku i kojarzony jest głównie z krótkiego opowiadania „Eight O'Clock in the Morning”. Ten króciutki tekst, traktujący – a jakże – o inwazji kosmitów, przerobiony został po latach na komiks zatytułowany „Nada”, który z kolei zainspirował Johna Carpentera do nakręcenia „Oni żyją!”. Omawiana dzisiaj pozycja początkowo nie miała być wcale powieścią o najeźdźcach z kosmosu, lecz zza oceanu – Dick z zapałem roztaczał przed swoimi gośćmi wizje ewentualnej kontynuacji „Człowieka z wysokiego zamku”. Przyjaciele wrzucali swoje pomysły do wspólnego kotła, co prowadziło potem do niezliczonych mutacji i przeobrażeń pierwotnych koncepcji. Sequel jednego z arcydzieł Dicka nigdy nie powstał, ale z tej swego rodzaju burzy mózgów powstał szkielet zwariowanej powieści o ataku Ganimedejczyków („gańczyków”) na Ziemię.

niedziela, 23 lutego 2020

Cudowna broń

Pif - Paf! Zium!

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

Kolejna powieść Philipa K. Dicka to znowu wytwór niesamowicie wydajnej, literackiej taśmy produkcyjnej, którą autor niezmordowanie obsługiwał w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. „Cudowna broń” pisana była głównie w celach zarobkowych, o czym Dick zawsze mówił otwarcie. I wbrew pozorom nie jest to wcale powieść z dolnej półki – mimo wyraźnych mankamentów stylu czy narracji.

W 1963 roku agent Philipa K. Dicka napisał do niego list, w którym oznajmił, że wydawnictwo „Pyramid Books” chce zlecić mu napisanie powieści pod tytułem „The Zap Gun”. Tematyka w sumie dowolna, ale ma być coś o laserach, blasterach i wybuchach. Nawet tytuł był już z góry narzucony. Dick nie odmówił – nie bez znaczenia była naprawdę atrakcyjna oferta finansowa. Powieść została napisana w niesamowitym tempie na początku 1964 roku, równolegle z „Prawdą półostateczną”. Zanim jednak została wydana w „Pyramid Books” opublikowano ją w odcinkach w miesięczniku „Worlds of Tomorrow” jako „Project Plowshare”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Operacja Lemiesz”. Dlaczego „lemiesz”? Ponieważ, podobnie jak w „Księdze Izajasza”, przekuwamy w niej „miecze na lemiesze”. A konkretnie wielce zaawansowane, wymyślne (i nie działające) egzemplarze broni masowej zagłady, na infantylne, odpustowe zabawki – ot, chociażby na ceramiczną sowę, w której można przechowywać cygara lub ołówki.

niedziela, 15 grudnia 2019

Teraz czekaj na zeszły rok

„Bycie” jest kalejdoskopem


Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

W omawianej ostatnio „Innej Ziemi” dowiedzieliśmy się, że nasz świat (a właściwie wszechświat) jest tylko jednym z wielu. Dziś dalsze lekcje na ten temat – wykładowcą będzie Philip K. Dick, który w kolejnej swojej powieści czeka na zeszły rok.

„Now Wait for Last Year” jest jedną z książek napisanych w okresie wielkiego urodzaju pierwszej połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. W powieści tej, wydanej w maju 1966 roku nakładem wydawnictwa „Doubleday”, Philip K. Dick pisał o swoich obawach związanych z faktem coraz większego zaangażowania militarnego Stanów Zjednoczonych w Wietnamie oraz coraz powszechniejszego dostępu do narkotyków. Timothy Leary i jego pomysł na „poszerzenie świadomości” to tylko jedna strona medalu – jest jeszcze horror uzależnienia, który według Dicka (nie stroniącego przecież od używek) był bagatelizowany i nie mówiło się o nim wystarczająco głośno. Przede wszystkim jednak „A teraz zaczekaj na zeszły rok” jest znowu poszukiwaniem prawdy o rzeczywistości, w której żyjemy – tym razem Dick zastanawia się nad percepcją czasu i ludzkimi definicjami przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.

niedziela, 20 października 2019

Trzy stygmaty Palmera Eldritcha

Koszmarna teofania

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

„Trzy stygmaty Palmera Eldritcha” zaliczane są do najbardziej złożonych, skomplikowanych i zarazem najlepszych powieści Philipa K. Dicka. Jest to też jeden z jego wyjątkowo osobistych utworów, w którym próbował mierzyć się z własnymi, głęboko skrywanymi lękami. Dick wspominał, że ta książka po napisaniu przerażała go tak bardzo, że nie potrafił do niej wrócić, aby wykonać autorską korektę. Dziś spotkamy się z istotą, którą niektórzy mogą nazwać Bogiem. A inni Szatanem.

Zaczniemy jednak od pewnego opowiadania, które wyszło drukiem w czasopiśmie „Amazing” w 1963 roku. „In the Days of Perky Pat” (w Polsce opowiadanie to ukazało się pięciokrotnie i za każdym razem miało inny tytuł – ostatnio był to „Czas wesołej Pat” z „Raportu mniejszości”) opowiada o resztkach ludzkości, które, zamiast próbować odbudować Ziemię po wojnie nuklearnej, bawią się lalkami w stylu Barbie, wspominając w ten sposób „utracone życie” i realizując swoje eskapistyczne potrzeby. Dick wykorzysta ten wątek fabularny w nieco zmienionej formie w przyszłości, właśnie w „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” – ocaleli z zagłady będą tutaj kolonistami na Marsie a ich eskapizm pełnił będzie nieco inną funkcję.

wtorek, 1 października 2019

Czas Wesołej Pat

…kogo obchodzą jakieś durne lalki?




Artykuł należy do serii "Nie długość się liczy" #12

Connie może mieć stację benzynową, lotnisko dla odrzutowców, kolorowy telewizor i francuską restaurację, gdzie podają ślimaki takie jak te, które jedliśmy zaraz po ślubie.



Ziemia zniszczona została podczas wielkiej wojny nuklearnej. W specjalnie przygotowanych do życia bunkrach (zwanych „fartjamami”), przysypanych żużlem i pyłem, egzystują „farciarze” (ludzie, którzy mieli szczęście przeżyć zagładę) zgrupowani w małe społeczności. Podczas gdy dzieci próbują polować na powierzchni i jakoś organizować sobie przyszłość, dorośli zdają się być całkowicie oderwani od rzeczywistości i uwięzieni w przeszłości.