sobota, 10 listopada 2018

Oko na niebie

Świat jako miraż albo ludzie jak bogowie

Artykuł został opublikowany pierwotnie na portalu Esensja w cyklu „Na rubieżach rzeczywistości”.

„Oko na niebie” jest, jak to w słynnych „Bożych Inwazjach” napisał Lawrence Sutin, pierwszą powieścią Philipa K. Dicka, w której powątpiewa on w prawdziwość rzeczywistości. To pierwocina takich utworów jak (między innymi) „Trzy stygmaty Palmera Eldritcha”, „Labirynt śmierci” czy wreszcie „Ubik” – tekstów o wiele głębszych i bardziej dopracowanych. Od czegoś trzeba było jednak zacząć – Philip K. Dick już na początku wypalił z wielkiej armaty.

W bewatronie, wielkim akceleratorze protonów w Belmont, dochodzi do tragicznej w skutkach awarii. Ośmioro turystów spada z widokowej platformy wprost na dno akceleratora, gdzie na szczęście zostaje im szybko udzielona pomoc. Główny bohater powieści, Jack Hamilton, pracownik pobliskiej fabryki broni i jego żona budzą się w szpitalu. Szybko dochodzą do siebie – zbyt szybko. Oboje doświadczają dziwnego uczucia, że od momentu przebudzenia coś jest nie tak, coś się zmieniło w otaczającej ich rzeczywistości. Przypomina ona bardziej dekorację teatralną, niż prawdziwy świat i jak zauważa żona Jacka, Marsha: „Od czasu gdy odzyskałam przytomność, to coś zawsze wydaje się być tuż za mną. Mam przeczucie. Gdybym odwróciła się, zobaczyłabym, nie wiem co. Coś ukrywającego się. Coś okropnego”. Po powrocie bohaterów do domu błyskawicznie objawia się im groteskowość świata, w którym się znaleźli – dodatkowo ich życia podejrzanie mocno zostały w jednej chwili powiązane z życiami pozostałych sześciu uczestników wypadku. Jack Hamilton dociera do przerażającej prawdy: cała ósemka bohaterów nadal leży na dnie bewatronu, a to, czego doświadczają, jest rzeczywistością wytworzoną przez umysł jednego z nich. Jakimś niezrozumiałym sposobem wszyscy żyją w tej samej, narzuconej przez jedną osobę iluzji, wszyscy zasiedlają ten jeden wspólny, wyimaginowany kosmos, w którym subiektywnie odczuwane godziny i dni są tylko ułamkami sekund w rzeczywistym świecie. W świecie, gdzie nadal wyje syrena alarmowa, zaś ekipa ratunkowa dopiero poderwała się z miejsc.


Pozwolimy sobie teraz na małą dygresję. Marek Oramus w przedmowie ostatniego wydania Rebisu wspomniał, że taki bewatron istniał naprawdę – tyle, że w Berkeley, a nie w Belmont. Był to element wielkiego laboratorium naukowego, znajdującego się na terenie Uniwersytetu Berkeley, na którym uczył się sam Philip K. Dick. Nazwa miasta wywodzi się od George’a Berkeleya, anglikańskiego biskupa i filozofa, żyjącego w pierwszej połowie osiemnastego wieku. Berkeley twierdził, że świat materialny nie istnieje jako byt obiektywny a wszystko czego doświadczamy jest tylko całokształtem wrażeń zmysłowych doznającego podmiotu (człowieka). „Istnieć, znaczy być postrzeganym” – czyli drzewo upadające w puszczy nie wydaje żadnego dźwięku jeśli w pobliżu nie ma człowieka, który by ów dźwięk mógł odebrać. Ba, takie drzewo nie istnieje – chyba, że je właśnie zaobserwujemy. Wszystko jest subiektywnymi projekcjami ludzkich umysłów, nie ma nic obiektywnie istniejącego. Paradoks faktu, że elementy świata interpretowane są tak samo przez różnych ludzi oraz to, że istnieją w taki sam sposób (powracają z niebytu) ilekroć ponownie zwrócimy na nie uwagę, tłumaczył istnieniem jednej nadrzędnej jaźni, która dokonując stałej „obserwacji” świata podtrzymuje jego istnienie. Nietrudno się domyślić o jaką jaźń chodzi – Bóg śni nasz świat, a my jesteśmy elementami jego snu.

Bohaterowie – a właściwie ich umysły – zostają uwięzieni w świecie, który wymarzył sobie jeden z nich. Jest to świat, gdzie funkcjonuje coś w rodzaju fundamentalistycznej religii islamskiej (początkowo miała to być religia chrześcijańska, ale wydawcy wymusili zmianę na Dicku, aby nie drażnić konserwatywnych czytelników) chwalącej imię (Tetragranmatona), którego nie wolno wymawiać. Jest to urzeczywistniony świat okrutnego Starotestamentowego Boga, gdzie to Ptolemeusz miał rację a nie Kopernik, gdzie modlitwa uruchamia silniki samochodowe, cuda są na porządku dziennym, a wynagrodzeniem za pracę są „punkty” prowadzące do zbawienia. Dopóki człowiek-bóg żyje w swoim wyimaginowanym świecie, reszta jest skazana na współuczestnictwo w jego wizji. Aby się uwolnić, trzeba zabić Boga.

Philip K. Dick prowadzi bohaterów przez kolejne wymarzone uniwersa, z których każde jest potworniejsze niż poprzednie. W każdym z nich jeden z bohaterów jest absolutnym władcą swego świata – takiego ufundowanego na swoim chciejstwie, narcyzmie, problemach psychicznych, fobiach, uprzedzeniach i egoizmie. Powstają kosmosy-pułapki, wynaturzone, potworne, groteskowe i karykaturalne – takie właśnie rzeczy tkwią w ludzkich głowach. Takimi właśnie „bogami” staliby się ludzie, gdyby posiedli demiurgiczne moce. W świecie religijnego fundamentalisty, czarnoskórzy powłóczą nogami i mówią „massa, massa, biały pan” a feministki są grube i owłosione. W świecie zidiociałej dewotki, nadinterpretowującej tezy Freuda o sublimacji popędu seksualnego, ludzie nie mają narządów rozrodczych a wszystkie niewygodne i przeszkadzające jej elementy świata jak owady, klaksony, ujadające psy czy wręcz cała Rosja (!) zostają wymazane z rzeczywistości. Nieważne, że tak skonstruowany świat chwieje się w posadach z braku logiki. A to nie najstraszniejsze projekcje, jakie możemy odwiedzić. Wszystkie one są kreacjami ludzi o boskich mocach, kalekimi tworami złych demiurgów, podłych i zachłystujących się władzą.


 Philip K. Dick rozwijał założenia „Oka na niebie” w kolejnych powieściach – ukoronowaniem tejże drogi twórczej stał się „Ubik”, jedna z najlepszych powieści autora i całego gatunku science fiction. Trzeba jednak wiedzieć, że Dick nigdy nie pisał swych powieści z zamiarem stworzenia jednolitej i konsekwentnej teorii filozoficznej. To były raczej niezsynchronizowane, lecz zaskakująco zbieżne ideowo i rozwijane przez całą karierę pisarską koncepty myślowe. On sam nie uważał się za filozofującego pisarza, lecz za beletryzującego filozofa, który chce poprzez literaturę wyrazić swoją recepcję rzeczywistości. Dick zadaje w „Oku na niebie” całą masę pytań bez oferowania jakichkolwiek odpowiedzi. Podobnie jak wielcy filozofowie, na ramionach których Dick zawsze stawiał swoje fabularne budowle. W przypadku tej powieści Berkeley to jeden z przykładów – przychodzi po prostu na myśl w pierwszej kolejności. Jest przecież jeszcze Immanuel Kant z niepoznawalną „rzeczą samą w sobie”, który polemizował z Berkeleyem; jest gnoza, która stanowi nieodłączny element twórczości Dicka; są też pojęcia wszechświata prywatnego (idios kosmos) oraz publicznego, współdzielonego (koinos kosmos), o których mówił Heraklit i o których wspomina Dick w swoim eseju „Schizophrenia and The Book of Changes”. A miłośnicy prozy Adama Wiśniewskiego-Snerga oraz Stanisława Lema również znajdą tu całe pokłady podobnych idei – przywołajmy chociażby rozważania o „śnie Jego uwagi” z „Jednolitej teorii czasoprzestrzeni”, strach „postaci z Jego snu, aby go nie obudzić” z „Robota”, paranaukowy wykład pana Lisitano o subiektywności naszego postrzegania z „Nagiego Celu”, czy koszmar króla Rozporyka z „Cyberiady” i przygody Ijona Tichego z „Kongresu Futurologicznego”.

„Oko na niebie” jest formalnie, językowo i literacko bardzo proste. Tu nie ma fajerwerków stylu, poetyckiego języka i efektownych dialogów. Za to głębia filozoficzna, jaka kryje się pod fabularną powierzchnią jest imponująca – choć oczywiście na prawdziwie oszałamiające wizje przyjdzie nam poczekać do kolejnych jego powieści. W „Oku na niebie” wyczuwamy też nutę pewnego optymizmu i nadziei w starciu z wszechświatem – nawet w obliczu niejednoznacznego zakończenia. W „Trzech stygmatach Palmera Eldritcha” i „Ubiku” już tak optymistycznie nie jest. Sny literackiego boga są coraz bardziej niepokojące.

Tytuł: Oko na niebie
Tytuł oryginalny: Eye in the Sky
Autor: Philip K. Dick
Tłumaczenie: Katarzyna Mioduszewicz
Wydawca: Rebis
Data wydania: marzec 2015
Rok wydania oryginału: 1957
Liczba stron: 296
ISBN: 9788378185772

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza