Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Case. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Richard Case. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 października 2025

Ghost Rider. Świt synów nocy

Piekielny pop

Polscy fani komiksów Marvela z początku lat dziewięćdziesiątych mają obecnie w czym wybierać. Drugi zbiorczy tom „Ghost Ridera” od Muchy będzie bez wątpienia jednym z wyborów najczęstszych. Nie dość, że bohater jest po prostu kozacki i wręcz uosabiający tamte czasy, to dodatkowo mamy znakomite uzupełnienie strasznie pociętych i niepełnych wydań z czasów TM-Semic. „Gdy przelana zostaje niewinna krew, rodzi się Duch Zemsty, a w miejsce Danny’ego Ketcha pojawia się…”

„Ghost Rider!” W marcu 1990 roku wystartowała nowa, trzecia już seria z tym bohaterem. Howard Mackie (scenariusz) i Javier Saltares (rysunek) powołali go ponownie do życia, ale w odmienionej postaci. W widmowego motocyklistę zaczął wcielać się młody, dwudziestoletni Danny Ketch, a jego poprzednik, słynny Johnny Blaze, stał się bohaterem gościnnym. Kilka pierwszych odcinków tej serii poznaliśmy już ponad trzydzieści lat temu – w „Mega Marvel” numer 2.

Nowy Ghost Rider jest herosem na miarę lat dziewięćdziesiątych. Ma piekielny motocykl z płonącymi nieustannie kołami, magiczny łańcuch dzielący się i ponownie łączący na zawołanie, no i przede wszystkim „pokutne spojrzenie”, którym zadaje swoim ofiarom ten sam ból, który oni zadawali swoim – tylko, że spotęgowany kilkukrotnie. Mamy ostatnią dekadę dwudziestego wieku, Ghost Rider musi być prawdziwym badassem – takie czasy, takie potrzeby. Pierwszy zbiorczy tom od Muchy zawierał dwadzieścia początkowych odcinków serii. Howard Mackie zmodyfikował nieco samą naturę Ghost Ridera, zaczął wyjaśniać jego powiązania z demonem Zarathosem i zasady działania jego piekielnej mocy. Wspomniany Johnny Blaze, oryginalny Ghost Rider z lat siedemdziesiątych, długowłosy kaskader i awanturnik z wykałaczką w ustach i okularach przeciwsłonecznych na nosie, równie często pojedynkował się ze swoim następcą, co wchodził z nim w sojusze. Poprzedni album zakończył się wielką wojną z Mephisto, „Zodiakalnym Mordercą” oraz zapowiedzią powrotu skrajnie niebezpiecznego przeciwnika – Deathwatcha.

niedziela, 12 lipca 2020

Doom Patrol. Tom 3

Nie daj się tyranii przewidywalności!

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Najdziwniejsi z wszystkich bohaterów Detective Comics powracają. Trzeci, zbiorczy tom „Doom Patrol” zawiera trzynaście ostatnich odcinków runu słynnego Granta Morrisona a także pewien zabawny numer specjalny, o którym wspomnę z dalszej części recenzji. Szalony Szkot nadal potwierdza, że jego przydomek nie jest przypadkowy i choć może tym razem już tak bardzo nie zaskakuje to nadal trzyma najwyższy poziom.

Grupa superbohaterów, których moce są źródłem ich cierpienia i niechcianym brzemieniem, nadal broni świata widzącego w nich potwory i walczy o ocalenie rzeczywistości dziwniejszej niż oni sami. Oto Szalona Jane, w głowie, której walczy ze sobą kilkadziesiąt osobowości; Cliff Steele, alias Robotman, czyli ludzki mózg zamknięty w metalowym ciele; Dorothy Spinner, nastolatka materializująca swoje najgłębsze strachy; Rebis, czyli konglomerat kobiety, mężczyzny i tak zwanego Ducha Negatywnego, oraz ich mentor, szalony naukowiec Niles Caulder. Wyobraźcie sobie, że pod koniec drugiego tomu, ta dziwaczna ferajna stawić musiała czoło niejakiemu Mrocznemu Panu Evansowi i jego Inwazji Snu Erotycznego na rzeczywistość. Na sam koniec, gdy już wszystko wydawało się wracać do normy, z pewnego surrealistycznego obrazu wydostało się Nowe Bractwo Dada, z absurdalnym Panem Nikim na czele – kolesiem, wyrwanym z szalonego snu Pabla Picassa i którego widać tylko kątem oka. Pan Nikt chce zostać nowym prezydentem Stanów Zjednoczonych – w objazdową kampanię udaje się „magicznym” autobusem, napędzanym legendarnym Rowerem Hofmanna (którego sama obecność powoduje u świadków halucynacje jak po LSD), a w osiągnięciu celu pomagają mu takie indywidua jak Rękawiczka Miłości, Alias Rozmyty, Agent „!” oraz Numer Zero.

niedziela, 26 stycznia 2020

Doom Patrol. Tom 2

Dziwowiska część druga

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Doom Patrol” z czasów Granta Morrisona sprowadzono wreszcie do Polski. Pierwszy tom opowieści o bohaterach „najdziwniejszych z dziwnych” okazał się komiksem z najwyższej półki, zarówno pod względem rysunku jak i scenariusza. Tom drugi to po prostu dalszy ciąg – lektura obowiązkowa dla osób zachwyconych pierwszym.

Bohaterowie komiksu to tacy „X-Meni” w krzywym zwierciadle (obie grupy wymyślono w tym samym czasie – na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku). Dowódcą i założycielem grupy jest (choć nie łysy, lecz mocno owłosiony) Niles Caulder – trochę szalony naukowiec jeżdżący na wózku inwalidzkim i używający „hiperczapki, łączącej jego świadomość z każdym możliwym punktem w znanym wszechświecie”. Mają swoją zaawansowaną technicznie siedzibę i wielkie sale treningowe. Podobnie jak mutanci Marvela są społecznymi wyrzutkami – powody są jednak różne. Krótko mówiąc, podopieczni Cauldera są ekstremalnie dziwni. W skład drużyny wchodzą między innymi: ludzki mózg z depresją zawiadujący mechanicznym ciałem – Robotman; trzy istoty w jednym, czyli kobieta, mężczyzna i „duch negatywny” – Rebis; dziewczyna z kilkudziesięcioma osobowościami – Szalona Jane; nastolatka z twarzą szympansa, która urealnia swoje lęki – Dorothy Spinner; oraz kilkoro innych nie mniej pokręconych indywiduów. Wydawać by się mogło, że w pierwszym tomie grupa walczyła już z najbardziej szalonymi i groteskowymi zagrożeniami jakie mogły przyjść Morrisonowi do głowy – Nożycoludzie, Bractwo Dada, fikcyjne miasto Orqwith przenikające do rzeczywistości, Kult Nienapisanej Księgi, Dekreator czy Piąty Jeździec Apokalipsy. No to zajrzyjcie do tomu drugiego.

sobota, 28 września 2019

Doom Patrol. Tom 1

Najdziwniejsi z dziwnych

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Dziś przyjrzymy się grupie superbohaterów, do których idealnie pasuje określenie z tytułu recenzji. Pierwszy z trzech zapowiedzianych tomów „Doom Patrol” zawiera historie, które zaczynamy czytać z konsternacją i niedowierzaniem, a kończymy z zapartym tchem i wypiekami na twarzy. Autor scenariusza, Grant Morrison, zrobił tą serią dla komiksu superbohaterskiego to, co André Breton dla sztuki w 1924 roku. Dokładnie tak.

Autor „Azylu Arkham” wniósł nową jakość do serii, której początki sięgają 1963 roku. W osiemdziesiątym numerze komiksu–antologii o nazwie „My Greatest Adventure” pojawiła się grupa ekscentrycznych bohaterów, wzorowana nieco na marvelowskiej Fantastycznej Czwórce. Ich przygody tak spodobały się czytelnikom, że sześć numerów później seria została przemianowana po prostu na „Doom Patrol” – od nazwy drużyny. Herosi–dziwacy kończą swój żywot (dosłownie – nigdy wcześniej twórcy Detective Comics nie zabili wszystkich bohaterów przy okazji zakończenia serii) pięć lat po swoim debiucie. Ale, gdy w latach osiemdziesiątych przez uniwersum DC przetoczył się „Kryzys na nieskończonych ziemiach”, pojawiła się szansa na reaktywację komiksu.