Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jim Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jim Lee. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2026

Legendy X-Men. Whilce Portacio

Cool over logic


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

W grudniu 2023 roku Mucha wydała album „Legendy X-Men. Jim Lee”, zbierający pierwsze jedenaście odcinków „X-Men” – serii komiksowej, która w 1991 i 1992 roku zawojowała amerykański rynek komiksowy i pobiła wszelkie rekordy popularności. A teraz, po ponad dwóch latach, dostajemy „Legendy X-Men. Whilce Portacio”, czyli zbiór równolegle wydawanych zeszytów „The Uncanny X-Men” – najdłuższej i najważniejszej serii z mutantami w historii. Genialny pomysł, świetne uzupełnienie i nostalgiczny powrót do czasów TM-Semic.

Uporządkujmy najpierw fakty. W styczniu 1991 roku zakończył się „Plan X-Terminacji” – pierwszy wielki event ilustrowany przez Jima Lee. Popularność „The Uncanny X-Men” zaczęła rosnąć coraz szybciej, nakłady serii również. Dokładnie w tym samym czasie, po stu odcinkach i ośmiu latach seria „The New Mutants” zmieniła nazwę na „X-Force” – jej pierwszy zeszyt sprzedał się najlepiej w historii, detronizując „Spider-Mana” Todda McFarlane'a. Cable, dowódca X-Force, czyli tajemniczy przybysz z przyszłości, stał się symbolem rozpoczynających się właśnie lat dziewięćdziesiątych – pełnych fikuśnych kostiumów z tysiącami kieszeni i pasków, wielkich mięśni i jeszcze większych giwer i karabinów. Również grupa „X-Factor” przestała istnieć w dotychczasowym składzie. Mały synek Jean Grey i Cyclopsa zostaje zabrany w przyszłość, Profesor X zostaje sparaliżowany, a załamani członkowie X-Factor wracają do Instytutu Xaviera, gdzie jest tłoczno jak nigdy dotąd.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Batman. Hush

Przepisywanie Batmana


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Batman. Hush” był jedną z najgłośniejszych historii z Człowiekiem-Nietoperzem początku dwudziestego pierwszego wieku. „Hush” to pseudonim przeciwnika Batmana – jednego z najniebezpieczniejszych, z jakimi ten kiedykolwiek się zetknął. Jak zwykle okazuje się, że siła fizyczna jest niczym w porównaniu do siły umysłu.

Dwunastoodcinkowy „Hush” powstawał w tajemnicy przed prasą w 2002 roku. Jeph Loeb kilkanaście miesięcy wcześniej zakończył prace nad „Mrocznym zwycięstwem”, a Jim Lee na dobre zadomowił się w DC Comics po tym, jak w 1998 roku sprzedał temu wydawnictwu swoje własne – Wildstorm. Opowieść „Hush” ukazała się ostatecznie w serii „Batman” między grudniem 2002 a listopadem 2003 roku i okazała się wielkim sukcesem sprzedażowym. Co słychać u Batmana? Próbuje uwolnić dziesięcioletniego chłopca z rąk Killer Croca, który zażądał za niego dziesięciu milionów dolarów okupu. Dziwna sprawa – Killer Croc to dzika bestia i nigdy nie popełniał tego rodzaju przestępstw. Pieniądze przeznaczone na okup kradnie Catwoman, a Batman prawie traci życie podczas misji ratunkowej. I od tego momentu robi się jeszcze dziwniej…

niedziela, 7 grudnia 2025

All Star Batman i Robin Cudowny Chłopiec

Jestem cholernym Batmanem!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

To, że Batman jest psychopatą, uzależnionym od swej wieloletniej traumy, sugerowało już wielu twórców na przestrzeni lat. Jedną z najbardziej radykalnych realizacji tej teorii zaprezentowali Frank Miller i Jim Lee w 2005 roku. Człowiek Nietoperz w wersji „All Star” został znienawidzony przez fanów, którzy woleliby widzieć go raczej za murami Azylu Arkham niż na ulicach Gotham. Zobaczmy, o co poszło.

Rok 2005 był dla DC Comics okresem szczególnym. Na jego koniec zapowiedziano „Nieskończony kryzys”, czyli wielki powrót multiwersum. Ziemia Jedyna, scalona z wielu jej wariantów w 1985 roku podczas „Kryzysu na nieskończonych ziemiach”, miała być znowu powielona. Wydawnictwo szukało możliwości rozwoju i swobody w tworzeniu „elseworldów”, czyli alternatywnych historii niezobowiązanych do trzymania się wspólnego kontinuum. Dodatkowo w kinach lada chwila miał pojawić się „Batman Begins” Christophera Nolana, a kolejny rok przynieść miał „Superman Returns” Bryana Singera. Lepszego momentu na zwiększenie sprzedaży być nie mogło. Nowe projekty wydawnicze aż prosiły się o realizację.

niedziela, 30 listopada 2025

Punisher. Dziennik wojenny

Epickie uzupełnienie


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

„Punishera” z lat dziewięćdziesiątych nigdy za dużo. Mimo wszystkich wad tamtej epoki był to sprzedażowy hit nie tylko za oceanem, ale i w Polsce – TM-Semic trafiło w dziesiątkę, jeśli chodzi o wybór komiksu na start swej działalności. Wydawnictwo Egmont wydało właśnie potężny tom pod tytułem „Punisher. Dziennik wojenny” zbierający pierwsze dziewiętnaście odcinków drugiej, równoległej serii z przygodami Pogromcy tamtego okresu.

Serią pierwszą, starszą o mniej więcej rok, był po prostu „Punisher”. Historie autorstwa Mike’a Barona (scenariusz) i Whilce’a Portacio (rysunek), opowiadające o ciężkiej przeprawie Franka Castle’a z Wilsonem Fiskiem, możemy przeczytać w „Punisher. Epic Collection. Kingpin rządzi” – to od tych właśnie zeszytów zaczęło TM-Semic w 1990 roku. Seria była tak popularna, że na propozycję rozpoczęcia drugiej, złożonej przez Carla Pottsa, szefostwo Marvela zgodziło się od razu. Jesienią 1988 roku, kiedy „Punisher” dotarł do trzynastego odcinka, wystartowała seria „Punisher. War Journal”, której trzy pierwsze odcinki napisał i narysował właśnie Carl Potts. Tusz kładł początkujący wtedy i mało znany w branży Jim Lee. Był jednak jako inker tak charakterystyczny, że od odcinka czwartego to on został stałym rysownikiem serii – miał tylko małą przerwę w zeszytach 14-16.

niedziela, 20 października 2024

Legendy X-Men. Jim Lee

Złota (a właściwie niebieska) era


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Mucha wydała „Legendy X-Men. Jim Lee” już w grudniu 2023 roku, ale wypada je omówić dopiero teraz, po ostatnich „Punktach zwrotnych” Egmontu. To w nich, podczas „Planu X-Terminacji”, Jim Lee został na pewien czas etatowym rysownikiem „The Uncanny X-Men” i przyczynił się do wzrostu popularności tejże serii. Jednak to, co zrobił niemal rok później, w październiku 1991 roku, przeszło najśmielsze oczekiwania – wydawnictwa, rynku i czytelników.

Crossover „X-Tinction Agenda” zakończył się w styczniu 1991 roku. Podczas ośmiu miesięcy mających miejsce między tymi wydarzeniami a fabułą omawianego dziś albumu działo się tak wiele, że materiału starczyłoby na kolejny, potężny tom. Najlepszym źródłem informacji po polsku o tym okresie są komiksy „X-Men” z czasów TM-Semic – odcinki od 6/94 do 12/94. W styczniu 1995 roku słynne wydawnictwo ruszyło właśnie z materiałem z dzisiejszych „Legend X-Men”. Zanim jednak się tym zajmiemy, warto w skrócie przybliżyć owe miesiące – są to historie nie tylko ciekawe, ale i istotne fabularnie.

niedziela, 30 czerwca 2024

X-Men. Punkty zwrotne. Plan X-Terminacji

Mutanci wchodzą w lata dziewięćdziesiąte


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Nieco ponad trzydzieści lat temu nakładem TM-Semic wyszedł „X-Men” 4/94 z krzykliwym napisem „Nowa generacja mutantów Jima Lee!” na okładce. Marvel Arek wiedział, jak zachęcić polskich czytelników do komiksów z mutantami – Jim Lee był wszak dla „The Uncanny X-Men” takim grafikiem jak Todd McFarlane dla „The Amazing Spider-Man”. Czyli twórcą niezwykle charakterystycznym i windującym sprzedaż na poziomy niespotykane.

„X-Tinction Agenda” – wybrane fragmenty tego właśnie ważnego wydarzenia w świecie mutantów z przełomu lat 1990 i 1991 stanowiły zawartość wspomnianego „X-Men” 4/94 i potem 5/94. W „Punktach zwrotnych” od Egmontu przyszedł właśnie czas na tę opowieść – tym razem w wersji pełnej i wzbogaconej o swego rodzaju preludium mające miejsce jeszcze przed „Inferno”, czyli ostatnio wydanymi w Polsce „Punktami zwrotnymi”. Musimy cofnąć się na chwilę do października i listopada 1988 roku, czyli do „The Uncanny X-Men” 235-238. Chris Claremont, etatowy scenarzysta przygód mutantów tamtych czasów, oraz Rick Leonardi i Marc Silvestri, główni rysownicy serii, przedstawili wówczas czteroodcinkową historię, w której po raz pierwszy pojawił się wątek Genoshy, wyspy jakże często pojawiającej się później we wszystkich X-tytułach aż do dnia dzisiejszego. W „erze post TM-Semic” najlepiej kojarzymy ją z pierwszego tomu „Nowych X-Men” Granta Morrisona – z hekatomby urządzonej tamtejszej społeczności przez mordercze Sentinele.

niedziela, 20 sierpnia 2023

Multiwersum. Część druga

Pusta jest jego ręka!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

DC Comics uwielbia "kryzysy" - wydarzenia zmieniające status quo uniwersum w sposób istotny. Tydzień temu zająłem się takim właśnie komiksem (choć nie „kryzysowym” w tytule) – oto dalszy ciąg analizy „Multiwersum” z epoki „The New 52”!

Po co w ogóle powstało „Multiwersum” Granta Morrisona? A no w celu poszerzenia, przypomnienia i usystematyzowania teorii prapoczątków multiwersum DC Comics, zamieszczonej w „Ostatnim kryzysie”; wytłumaczenia czytelnikom czym jest owo multiwersum i jak się zmieniło po „Flashponcie” oraz przekazania (znów, tak samo jak w „Ostatnim kryzysie”) pewnego zestawu przemyśleń Szalonego Szkota dotyczących przemysłu komiksowego i samego DC Comics. Teoria powstania multiwersum, opisana w „Ostatnim kryzysie”, została rozszerzona o bardzo fajne założenie. Fikcja komiksowa w jednym świecie, może być rzeczywistością świata drugiego. Tak już przecież było u samego zarania – w 1961 roku DC wydało 123 numer „Flasha” zatytułowany „Flash of Two Worlds!”. Tam właśnie Barry Allen, Flash Srebrnej Ery, czytał „Flash Comics” gdzie głównym bohaterem był Jay Garrick, Flash Ery Złotej. I spotkali się potem inicjując coś, co po latach nazywamy właśnie „Multiwersum”. Grant Morrison twierdzi, że wszystkie wszechświaty multiwersum istnieją w tej samej przestrzeni, ale mają inną „wibrację tonalną”, przez co mogą istnieć niezależnie. Flash, który od zawsze był katalizatorem największych zmian fabularnych w wydawnictwie (patrz: „Flashpoint”) poprzez swe nadludzkie umiejętności umiał się dostosowywać do tychże wibracji, a co za tym idzie przekraczać granice światów. Wibrują one niczym u Pitagorasa, w jego „harmonii sfer”. Gdy w pierwszym odcinku „The Multiversity” herosi zastanawiają się, gdzie szukać innych światów, dochodzą do wniosku, że zapewne „w wyższych wymiarach i rzadkich geometriach lub w harmonii sfer, gdzie nieskończone światy i głosy śpiewają niezrównane rapsodie”. Multiwersum to Pieśń, a komiksy stanowią wrota za pomocą, których można zobaczyć inne rzeczywistości.

niedziela, 6 sierpnia 2023

Multiwersum. Część pierwsza

Pusta jest jego ręka!


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Komiksy związane z fabułami wykraczającymi poza główne uniwersum DC Comics, czyli meandrujące gdzieś po jego multiwersum (najlepiej jeszcze ze słowem „kryzys” w tytule), są zawsze wielkimi wydarzeniami. Dziś zajmiemy się takim właśnie komiksem (choć nie „kryzysowym”) – oto dzieło Granta Morrisona z epoki „The New 52” pod tytułem… „Multiwersum”!

Kiedyś, w radosnych latach poprzedzających Mroczną Erę Komiksu, to dopiero było Multiwersum… Rosło w nieokiełznany sposób, pączkowało, gdzie popadnie. Zrobił się taki bałagan, że musiał przyjść Marv Wolfman, „morderca wszechświatów” jak nazwał go Grant Morrison w „Animal Manie”, i wyciąć w pień wszystko co nadmiarowe, niepotrzebne i (już) niepopularne. Był rok 1986 – „Kryzys na nieskończonych Ziemiach” pozostawił przy życiu jeden komiksowy wszechświat, nazwany „Nową Ziemią”, złożoną z pięciu najważniejszych, „przedkryzysowych” wszechświatów. Multiwersum przestało istnieć. Mimo to, znowu zaczęły powstawać nieścisłości – w 1994 roku, crossover „The Zero Hour. Crisis in Time!” miał za zadanie „wygładzić” pewne niespójności czasowe i „poprawić” obowiązujące od 1986 roku nowe biografie superbohaterów. Ale wewnętrzne ciśnienie pchające „Nową Ziemię” ku kolejnemu rozmnożeniu rosło. Objawiało się ono między innymi w postaci pojawiających się co chwila opowieści nazywanych „elseworldami”. Były to historie, w których przenosiliśmy się na przykład o czterdzieści lat wprzód i sprawdzaliśmy co porabia Superman, czy też Batman – patrz „Kingdom Come” Marka Waida z 1996 roku. „Elseworldy” były zawsze poza kontinuum, zawsze jako pewna ciekawostka i zabawa w „co by było, gdyby…” i nigdy nie wpływały na główne uniwersum DC Comics. Do czasu…

niedziela, 5 stycznia 2020

Jim Lee - X-Men

Chaos kontrolowany

Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Na początku października wydawnictwo Egmont znowu zaproponowało swoim czytelnikom powrót do lat dziewięćdziesiątych. Ukazało się zbiorcze wydanie większości odcinków oryginalnego „The Uncanny X-Men” z okresu, gdy za rysunki odpowiadał Jim Lee. Fani „TM-Semic” dobrze znają tego pana – było to jedno z najbardziej rozpoznawalnych nazwisk okresu ówczesnej zeszytowej superbohaterszczyzny w Polsce.

Tempo wydawania serii „The Uncanny X-Men” w roku 1989 było oszałamiające. Trafiały się takie miesiące, w których wychodziły aż trzy odcinki. Nic dziwnego, że główny rysownik serii, Marc Silvestri, po prostu nie wyrabiał. We wrześniu wspomnianego roku do ekipy dołączył młody, żądny sukcesów twórca – Jim Lee. Było to dla niego spełnienie marzeń – wszak mutanci byli od zawsze jego ulubionymi bohaterami komiksów Marvela. Takimi trochę nierozumianymi outsiderami tego uniwersum, z którymi Lee – przybysz z Korei Południowej – nieco się utożsamiał.