Kto tu jest człowiekiem?
Gdy słyszymy o Frankensteinie i jego monstrum, naszym pierwszym skojarzeniem jest postać wykreowana przez Borisa Karloffa w filmie Frankenstein z 1931 roku (choć, według mnie, najbliżsi wizji autorki powieści byli twórcy serialu Penny Dreadful). Wielki humanoid o wysokim czole, z śrubkami wkręconymi w szyję, poruszający się w mechaniczny sposób. Popkultura zmodyfikowała źródłową historię i postać niezliczoną ilość razy. Warto zatem sięgnąć do oryginalnej historii, spisanej przez Mary Shelley - jest to w moim odczuciu ewenement w historii literatury. Jest okazja, w lutym wydawnictwo Vesper wznawia Frankensteina w twardej oprawie.
Mary Wollstonecraft Godwin, szesnastoletnia wyrodna córka swoich rodziców, postępowych jak na swoje czasy, światłych ludzi, ucieka ze swojego bogatego domu w imię romantycznej miłości. Jej wybrankiem jest Percy Shelley, angielski poeta, który dla Mary zostawia swoją ciężarną żonę. Europejskie wojaże, małżeństwo, wzloty i upadki to swego rodzaju realizacja mitu epoki o ponadczasowym, burzliwym uczuciu. Mary (już) Shelley w wieku dziewiętnastu lat spędza lato w okolicach Genewy wraz z mężem i jego przyjaciółmi. Wtedy, podczas dziwnego, mrocznego lata, pełnego anomalii pogodowych, przy wieczornych opowieściach z dreszczykiem, w głowie Mary rodzi się pomysł na historię. Historię, która okaże się nieśmiertelna, przekazywana z pokolenia na pokolenie i będąca zaczynem nowego gatunku literackiego – horroru.