Coś się kroi
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Jedna z najlepszych serii „Marvel Fresh” zaczyna powoli dobiegać końca. Czwarty, przedostatni zbiorczy tom „Nieśmiertelnego Hulka”, dostarcza nam jak zwykle wielu emocji i świetnej lektury. Al Ewing i Joe Bennett, choć zaczęli i tak z wysokiego c, nadal podnoszą stawkę. Przed nami kolejne dziesięć odcinków superbohaterskiego komiksu grozy – czyli dość rzadkiej odmiany tego medium.
Przed lekturą czwartego tomu „Nieśmiertelnego Hulka” przypomnijcie sobie przynajmniej drugą połowę tomu trzeciego. Warto, bo to jest jedna całość – czwarty tom rozpoczyna się w środku historii. Pierwsze trzy odcinki w zasadzie kończą przeszłe wydarzenia. Trwa bitwa Hulka i jego towarzyszy z potworami „kaiju” przywołanymi przez korporację Roxxon. Minotaur Dario Agger stojący na czele Roxxonu (tak, brzmi to kuriozalnie, ale wcale takie nie jest) sięga po broń w jego mniemaniu ostateczną. Wielki, futrzasty olbrzym-kosmita z zamierzchłej przeszłości wydawnictwa Marvel przybywa, aby przejąć władzę nad ludzkością. Xemnu, bo tak nazywa się ten lekko idiotyczny i kampowy potwór, potrafi przejąć władzę nad ludzkimi umysłami – widzieliśmy go ostatnio w „Zjawiskowej She-Hulk” Johna Byrne’a, gdzie również próbował mieszać swym ofiarom w głowach. Al Ewing czyni z tej infantylnej zazwyczaj postaci, monstrum z prawdziwego horroru i wystawia Hulka na wielką próbę.
