Alicja w Krainie Kwasów
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Szortal i została tam pierwotnie zamieszczona.
Hal Jordan, najsłynniejsza ziemska Zielona Latarnia, już raz w swojej historii zszedł na złą drogę. Wówczas prawie doszło do końca świata – opowiadał o tym „kryzys” z 1994 roku, zatytułowany „The Zero Hour”. Teraz, po ponad ćwierćwieczu, widzimy, że z Halem znów dzieje się coś niedobrego. Oto „Green Lantern. Blackstars”, komiks lekko szalony i na pewno niecodzienny. Scenarzysta, Grant Morrison, jest w swoim żywiole – podobnie zresztą jak jego towarzysze rysownicy.
Nie możemy zacząć czytać „Green Lantern. Blackstars” bez znajomości dwóch poprzednich komiksów o przygodach Hala Jordana. W 2020 roku Egmont wydał „Galaktycznego stróża prawa” oraz „Dzień, w którym spadły gwiazdy”. Jest to dwutomowa kolekcja dwunastu odcinków serii „Green Lantern”, którą za oceanem wydawano dokładnie od stycznia do grudnia 2019 roku – za scenariusz wszystkich odcinków również odpowiadał Grant Morrison. Co się tam wyprawiało! Hal Jordan początkowo wykonywał zadanie zinfiltrowania tajemniczej, kosmicznej grupy terrorystów zwanej Blackstars – dowodzący nimi Kontroler Mu miał wielkie plany co do przerobienia całego wszechświata na swoją modłę. Poszło, jak to zwykle bywa, aż za dobrze – zagrożenie zawisło nad całym Multiwersum DC Comics. W czasoprzestrzeni powstała wielka wyrwa, przez którą do naszego świata zaczął przenikać wszechświat z antymaterii – „Antywersum”. Hal Jordan i jego towarzysze walczyli naprawdę rozpaczliwie – na nic to się zdało. Pod koniec drugiego tomu dowiedzieliśmy się, co jest tak naprawdę celem Blackstars i Kontrolera Mu, a nasz bohater skończył marnie.
