Leo Forever
Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.
Science fiction w wykonaniu Leo, czyli Luiza Eduardo de Oliveiry, można lubić bezkrytycznie (bo przecież fajne) albo wytykać mu (ciągle te same) wady, choć ostatecznie i tak czytać z zainteresowaniem. Ja dotychczas zawsze robiłem to drugie – mimo iż dobrze wiedziałem, na co się piszę, siadając do lektury kolejnego tomu. Dziś już tak narzekać nie będę – choć nie dlatego, że Leo cokolwiek zmienił w swoim sposobie na komiks.
Nic nie zmienił. Kolejna (nie ostatnia) wyprawa do „Światów Aldebarana” jest krótsza niż zwykle – bo tylko dwuodcinkowa. Krótsza również pod względem dystansu – „Neptun”, którego obydwa odcinki wydano w 2022 roku, zabiera nas nie do odległej galaktyki, lecz „tylko” na krańce naszego Układu Słonecznego. To właśnie tam nieopodal Neptuna pojawił się gigantyczny, naprawdę oszałamiający rozmiarami, obcy statek kosmiczny. Nie można nawiązać z nim żadnego kontaktu – podobnie jak z wysłanym przez niego jakiś czas wcześniej małym latającym spodkiem, który dotarł w okolice orbity okołoziemskiej. Mamy rok 2203 – ludzkość świadoma jest obecności obcych ras w kosmosie, sama zresztą skolonizowała odległe planety. Teraz wszystko wskazuje na to, że jakaś inna, bliżej niezidentyfikowana cywilizacja obrała sobie za cel naszą planetę. Statek-olbrzym powoli zbliża się do Ziemi.








