Strzeżcie się życia
Rudolph „Rudy” Waltz, narrator dziesiątej powieści Kurta Vonneguta, czyli tytułowy „Rysio snajper”, jest oczywiście kolejną „ofiarą ciągu przypadków”. Jest to chyba najtragiczniejszy i najbardziej politowania godny bohater Vonneguta jak do tej pory, a przecież wszystko wskazywało na to, że Waltera F. Starbucka z „Recydywisty” już nikt nie pobije.
„Deadeye Dick” wyszedł w 1982 roku, trzy lata po „Recydywiście” i trzy lata przed „Galapagos”. „Do jeszcze nienarodzonych, do wszystkich niewinnych wiązek jednorodnej nicości: strzeżcie się życia. Zaraziłem się życiem. Zapadłem na życie” – tak zaczyna się ta powieść. Brzmi to z początku cokolwiek groteskowo i na pierwszy rzut oka bardzo metaforycznie, jednak pod koniec powieści przyznajemy rację Rudy’emu – w jego przypadku życie było ciężką, nieuleczalną chorobą. Gdy tylko w 1932 roku „otworzyła się jego dziurka”, przez którą wyszedł na świat, mierzyć musiał z szeregiem zdarzeń bez możliwości realnego na nie wpływu, aż do tego jednego, które zakończyło jego życie. Zakończyło nie w takim sensie, jaki przychodzi nam wszystkim do głowy – Rudy żył bowiem dalej, ale w epilogu swej egzystencji, kodzie rozciągniętej ponad miarę za definiujący wszystko punkt kulminacyjny.
Rodzice Rudolpha należeli do klasy wyższej Midland City (tak, znajdujemy się w mieście znanym ze starszego o dziesięć lat „Śniadania mistrzów” ale w czasach nieco wcześniejszych). Ojciec, niespełniony malarz i artysta, odrzucający schedę swych bogatych rodziców farmaceutów, dawny znajomy pewnego austriackiego malarza znanego jako Adolf Hitler, trwał w egzystencji pełnej nietrafionych decyzji podejmowanych zawsze w dobrej wierze. Jedną z nich był zakup kolekcji starej broni palnej, którą Rudy często czyścił i uczył się z niej strzelać. Traf chciał, że w wieku dwunastu lat, pewnego dnia zupełnie przypadkowo zastrzelił ciężarną kobietę z sąsiedztwa – to wydarzenie było symbolicznym końcem jego życia. Wszystko, co nastąpiło potem, było już tylko smutnym przypisem do niego.
Od chwili niefortunnego wypadku na rodzinę Waltzów zaczynają spadać apokaliptyczne nieszczęścia – umowny koniec życia Rudolpha stał się również końcem życia jego rodziców a także brata. Od tej pory znani są już tylko jako podwójny morderca i jego rodzina – Rudy rozpaczliwie próbuje odmienić swój los poprzez pisanie sztuk teatralnych czy umartwianie się poprzez rezygnację z wszelkich poszukiwań miłości i okazji do uprawniania seksu, ale nie prowadzi to choćby w najmniejszym stopniu do odkupienia czy jakiejkolwiek egzystencjalnej ulgi. Ba, nad jego Midland City, mieście Dwayne’a Hoovera i jego żony Celii (bohaterowie „Śniadania mistrzów” bardzo ochoczo pojawiają się w fabule „Rysia Snajpera”), zdało się zawisnąć swego rodzaju fatum – przypadkowo (!?) wybucha w nim „bomba neutronowa” zabijając sto tysięcy mieszkańców całego okręgu. Cudzysłów zamierzony – bomba produkcji Kurta Vonneguta zabija dziesiątki tysięcy ludzi, ale wszystko inne (domy, samochody, infrastruktura) pozostawia całkowicie nietknięte. Wygląda to tak, jakby w światach autora miał cierpieć tylko człowiek a reszta świata idzie dalej obojętna, nietknięta. Pięćdziesięcioletni narrator powieści, pogodzony z dawno już zakończonym życiem, stawia mu tylko jeden zarzut – „zbyt łatwo można w nim popełniać najkoszmarniejsze błędy”. Niektóre błędy stawiają nieodwołalną cezurę między „historią” a „epilogiem” – po niektórych wydarzeniach, można funkcjonować już tylko w formie chodzącego trupa, czekającego aż biologia uwolni go od odgrywania smutnej roli w owym epilogu.
Rudy pokutuje cały czas – jego życie po przykrym wypadku z bronią jest niekończącym się czyśćcem, z którego nie ma drogi wyjścia. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest to, że Rudy jest całkowicie niewinny – w światach Vonneguta pociski niesie siła przypadku, celowość nie istnieje. Wszystko, co przydarza się Waltzom jest losowe, bo tak funkcjonuje świat. „Rysio snajper” jest chyba najbardziej cyniczną powieścią autora jak do tej pory – ludzie są przegrani już w momencie, gdy otwiera się ich dziurka i zaczynają oglądać przez nią rzeczywistość. Bezsilność jest wpisana w nasze DNA, wszak wszystko co nam się przytrafia to tylko ciąg niepowstrzymanych zdarzeń. Vonnegut przyrównuje ludzi do komórek jakiegoś wielkiego żyjącego organizmu (możemy nazywać go Ziemią), które umierają i rodzą się masowo w każdej minucie i z jakichś powodów roją sobie, że cokolwiek znaczą i mają na cokolwiek wpływ. Bardzo dobrze odzwierciedla to fabuła „Deadeye Dick” – narracja Rudy’ego to nieustanny potok faktów, nadmiarowych informacji, przypadkowych ciągów zdarzeń pozornie tylko ze sobą powiązanych. Klangor i klekot rzeczywistości, jazzowy „scat”, czyli nonsensowne ciągi sylab i dźwięków jakie często towarzyszą Rudy’emu przy codziennych czynnościach.
Vonnegut porusza oczywiście też inne tematy – jawnie krytykuje powszechne prawo do posiadania broni, ten na wskroś amerykański przywilej będący często przyczyną wielkich tragedii. Jesteśmy głupimi zwierzętami, nie powinniśmy mieć w domu pistoletów. A broń nuklearna, która na początku lat osiemdziesiątych weszła na stałe do reaganowskiej retoryki i przesuwała wskazówkę zegara zagłady w kierunku dwunastki? Zagłada Midland City to literacki głos sprzeciwu – mało znaczący oczywiście, ale jakiś. „Rysio snajper” to krótka powieść „późnego i dojrzałego” Vonneguta – szczytowym osiągnięciem tego okresu będzie „Galapagos”, którym zajmiemy się już następnym razem.
Tytuł: Rysio Snajper
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Tytuł oryginału: Deadeye Dick
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Wydawca oryginału: Delacorte Press
Rok wydania: 2020
Rok wydania oryginału: 1982
Liczba stron: 312
Wydanie: II
ISBN: 9788381168670



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz