niedziela, 13 listopada 2016

W sieci


Pynchona Teoria Chaosu

Thomas Pynchon, literacka postmodernistyczna enigma, w ostatnich latach pisze coraz więcej i częściej. Krótko po niewydanej jeszcze w Polsce, gargantuicznej Against the Day otrzymujemy Wadę Ukrytą i równie szybko, bo po czterech latach pojawia się kolejna powieść. W Sieci to jego ósma, na razie ostatnia (oby tylko na razie) książka. I znowu jest to erudycyjna wyprawa pynchonowskim rollercoasterem w wielowarstwowe literackie konstrukcje i intertekstualną rozgrywkę z czytelnikiem. Wyprawa wymagająca maksymalnego skupienia i czujności.

Maxine Tarnow to specjalistka od wykrywania oszustw finansowych, założycielka firmy „Znajdź i Zdemaskuj”. Otrzymuje zlecenie zbadania pewnej firmy z obszaru bezpieczeństwa komputerowego, która z nieznanych przyczyn transferuje ogromne ilości pieniędzy na Bliski Wschód (byłbym zapomniał, akcja umiejscowiona jest w Nowym Jorku, niedaleko World Trade Center i rozpoczyna się wiosną 2001 roku i kończy się mniej więcej rok później). Maxine angażuje się coraz bardziej w poplątaną historię, gdzie ilość postaci, powiązań między nimi i zależności fabularnych rośnie wykładniczo. 


Pojawia się rosyjska mafia, z własnymi gangsterami-raperami; genialny haker – fetyszysta stóp; uśpieni agenci Mossadu prowadzący szkółkę krav magi; fałszywy agent CIA – reprezentant chaosu wkradającego się co chwilę do życia Maxine; informatycy, twórcy sieciowego Świętego Graala, aplikacji Deep Archer służącej do penetracji ukrytej warstwy Internetu; lewicowa aktywistka, starsza pani aktywnie demaskująca nieprawidłowości i krytykująca administrację George’a W. Busha Jr. oraz jej mąż, starszy pan szmuglujący tajemnicze pakunki dla jeszcze bardziej tajemniczych zleceniodawców; dziwny współpracownik FBI, posiadający „węch ostateczny”; potrójne małżeństwo w klimatach sado-maso; prezes dot-comu, prawdziwy szwarccharakter zafascynowany historią tzw. Projektu Montauk, na poły fantastycznego odpowiednika teorii powiązanych ze Strefą 51; czy wreszcie cała masa bardziej lub mniej ironicznie przedstawionych postaci z środowiska firm informatycznych i finansowych. Wszystko to zanurzone w pysznym sosie, lekko pachnącym fantastyką bliskiego zasięgu, w geekowym klimacie do złudzenia przypominającym ten z książek Neala Stephensona czy Williama Gibsona i paranoicznej atmosferze znanej z poprzednich książek Pynchona. A tematyka oraz pewne tropy interpretacyjne, o których piszę dalej, pozwalają tą powieść stawiać również obok Osamy Tidhara, jako jej bardziej złożoną i wymagającą siostrę.


W Sieci to ponoć Pynchon najprostszy narracyjnie, co nie oznacza oczywiście, że jest prosty. Podobnie jak w Wadzie Ukrytej jest to niby czarny kryminał - początek powieści, sposób prowadzenia akcji i główna bohaterka na to wskazują. A to tylko znowu pynchonowskie manowce. W błędzie bowiem będzie ten, kto zacznie odczytywać książkę w ten sposób. Klasyczny kryminał to droga przez labirynt, na końcu którego mamy wyjście, jednoznaczne rozwiązanie zagadki. Wszystkie możliwe realizacje rzeczywistości, potencjalne rozwiązania i tropy, które funkcjonują równoprawnie przez większość czasu fabuły w końcu redukują się do jednego, właściwego scenariusza. Następuje kolaps fabularnej funkcji falowej a my spokojnie zamykamy książkę, nasyceni i zadowoleni z tego, że w końcu wiemy kto i dlaczego.


U Pynchona taka redukcja nie następuje. Wszechmożliwość zdarzeń pozostaje rozrośniętym kłączem do samego końca. Niby potrafimy odtworzyć historię, za którą goni Maxine Tarnow (która podobnie jak Edypa Maas z 49 Idzie pod młotek zmaga się z rzeczywistością, która przerasta jej możliwości percepcyjne), ale ciągle coś nam nie gra, ciągle pokazują się nam alternatywne scenariusze, które po chwili zastanowienia wydają się nam wcale nie gorsze.

Według mnie, sama dekonstrukcja fabularnego labiryntu i uparte dążenie do układania puzzli tak aby pasowały, jest bezcelowe (choć pasjonujące). Pynchon nie dostarcza dostatecznej ilości elementów układanki i robi to z premedytacją. W ten sposób zmusza nas do odczytu książki tak, jak odczytujemy rzeczywistość za oknem - nigdy nie bazując na informacji pełnej. Umieszcza nas bezpośrednio w całym, domyślnie kompletnym (nawet jeśli w samej głowie Pynchona kompletny nie jest) wszechświecie. Jest to rzeczywistość, której nie ogarniamy i która przytłacza nas swą złożonością i nadmiarem danych. Wszystkie te brakujące obszary fabularne powinniśmy sami zbudować, używając do tego naszego umysłu, doświadczeń życiowych, całej wyniesionej wiedzy - czyli racjonalnej części naszego mózgu. Ale nie jest tak prosto – są przecież emocje, przesądy, interpretacja rzeczywistości przefiltrowana przez osobiste chciejstwo, braki w wiedzy łatane tym, co usłyszymy w telewizji śniadaniowej i lekko wykrzywionym zwierciadle popkultury. Takie podejście rodzi teorie spiskowe – lejtmotyw całej twórczości Thomasa Pynchona.

Podobno ultimate conspiracy theory novel już istnieje. Jest to Wahadło Foucaulta Umberto Eco. I w sumie racja, ponieważ Eco bierze się za teorie spiskowe w dosłownym tego słowa znaczeniu. To one są jego literackim celem, głównym bohaterem książki i obiektem intelektualnej analizy. U Pynchona natomiast nie są one celem samym w sobie, są raczej środkiem, jakże trafnie dobranym, do osiągnięcia owego celu. Bo spiskowe teorie to nasz uspokajacz, bezbolesne placebo na rozjątrzoną ranę zadawaną nam przez świat, który musimy wciąż i wciąż interpretować, przy użyciu naszej własnej wewnętrznej narracji. Jest to narzędzie do tłumaczenia nieznanego - musimy jednak pamiętać o jego bezużyteczności, bowiem poczucie komfortu, które nam daje, jest fałszywe.

Bo to entropia i chaos definiują prawdziwy świat, nie porządek i schematy. A my wbrew zdrowemu rozsądkowi, ciągniemy do tego niedookreślonego obszaru, do tej domeny mrocznych sił, próbując ją okiełznać. U Pynchona to Internet (który jest kluczowym nie-ludzkim bohaterem książki) jest swego rodzaju paralelą rzeczywistego świata. Jako dziecko ARPAnetu, jednej ze scen zimnowojennych zmagań, ma dwie warstwy. Jedna jest zindeksowana, uporządkowana, ubrana w adresy www i opatrzona jasnymi zasadami. Druga, nazywana Ukrytą Siecią, do której mamy dostęp tylko za pomocą aplikacji Deep Archer, przywodzi od razu na myśl Metawers z "Zamieci" Stephensona. Jest to mroczne miejsce, gdzie równo trudno wejść jak i wyjść, gdzie odkrywamy tajemnice mrożące krew w żyłach, gdzie nigdy nie wiemy czy za awatarem, z którym rozmawiamy, stoi prawdziwy człowiek, czy…. no właśnie, co? Pynchon w swojej analogii nie ogranicza się tylko do prostego porównania. W książce świat realny i wirtualny, zapisany w Ukrytej Sieci mają bardzo rozmyte granice i pozostają w bardzo niejasnej zależności przyczynowo skutkowej. Są to pełnoprawni partnerzy, wzajemnie wpływający na siebie bez udziału ludzi – vide wydarzenia w Ukrytej Sieci tuż przed atakiem na WTC. A sam dualizm internetu (chaos-porządek, mrok-światło) Pynchon widzi również w świecie rzeczywistym, co pokazuje rozwiązanie wątku Nicholasa Windusta, homme fatale głównej bohaterki.

Phillip K. Dick głosił swego czasu tezę, że nasz Stanisław Lem to konglomerat pisarzy z bloku wschodniego. Nie mógł uwierzyć, że taka wiedza, erudycja i umiejętności są w ręku jednego człowieka. Wiemy, że się mylił. Gdy skończyłem W Sieci naszła mnie pewna myśl: może to Pynchon jest takim konglomeratem? Przeczytałem jego cztery powieści - te według opinii krytyków i czytelników prostsze, „z drugiego szeregu”. I stałem się fanbojem. Każda z nich to wprost olbrzymi ładunek wiedzy z dziedzin wszelakich, erudycja wylewa się wręcz na każdej stronie a ilość odniesień do popkultury oszałamia. I to wszystko w głowie (najwyraźniej) jednego człowieka, któremu na dodatek starcza jeszcze materiału na pierwszorzędny, postmodernistyczny czarny humor. Niezły drugi szereg, pierwszy mnie pewnie wysadzi z fotela.

Recenzja zamieszczona pierwotnie na Szortal

Tytuł: W Sieci
Tytuł Oryginalny: Bleeding Edge
Autor: Thomas Pynchon
Tłumaczenie: Tomasz Wyżyński
Wydawca: Albatros
Data wydania: maj 2015
Liczba stron: 528
ISBN: 9788378855927

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza