piątek, 18 listopada 2016

Nie ma wędrowca

Nieobecność

Toruńskie wydawnictwo C&T wydało właśnie kolejny tom Biblioteki Grozy, swej sztandarowej kolekcji. Pozycja jest wyjątkowa z kilku powodów. Nie jest to książka należąca do klasyki sprzed kilkudziesięciu lat, co do tej pory było cechą charakterystyczną serii. Nie jest to, w żadnym wypadku horror, gatunek na który wskazują niektóre internetowe opinie i recenzje. Nie jest to też typowe weird fiction, choć do tej odmiany literatury ta mini-powieść ma najbliżej. Czym jest zatem Nie ma wędrowca i dlaczego bardzo żałuję, że nie mogę nigdzie znaleźć Powrotu, czyli debiutanckiego zbioru opowiadań Wojciecha Guni?

Bezimienny narrator, wieczny nomada bez życiowej kotwicy, w nieuzasadnionej z pozoru ucieczce od cywilizacji, odwiedza odludne, zapomniane przez czas miejsca. Jest to jego sposób na odcięcie się od natłoku zdarzeń, nadmiaru słów, tętniącej magmy obrazów i dźwięków, od wszystkich tych czynników, z którymi on – jako człowiek – musi, chcąc nie chcąc, wejść w interakcję. Trafia w końcu do wsi na końcu świata, witającej go pomnikiem upamiętniającym masową egzekucję z bliżej nieokreślonej wojny, budynkiem starego tartaku z ogłoszeniem o pracę w roli nocnego stróża i nadchodzącym mrokiem srogiej zimy. Naznaczona nocną samotnością praca na odludziu, którą nie bez podejrzliwego niedowierzania ze strony pracodawcy, narrator w końcu otrzymuje, rozbudza w nim początkowo niewytłumaczalną fascynację jednym ze swoich poprzedników. Zmarłym przed dwoma laty Roszczukiem, o którym pracownicy tartaku wiedzieli tylko tyle, że skrywa jakąś niewypowiedzianą i straszną tajemnicę, sygnalizowaną ciągle łzami i milczeniem.


Mamy w książce zimową scenerię niedaleko lasu z samotnym człowiekiem w opuszczonym tartaku. Niby horrorowa klisza. Efemeryczne postaci dzieci, bawiących się nieopodal tartaku, o mało wiarygodnej pozycji ontycznej, które już na pierwszy rzut oka przypominają znany motyw z horrorów o sierocińcach. Znowu niby klisza. Tajemnicze dźwięki i szepty, które nocami nawiedzają narratora. Klisza. Demony przeszłości kładące się cieniem na teraźniejszość. Także klisza. Jednak te wszystkie elementy, które wymieniłem, nie zostały umieszczone w książce w celu straszenia czytelnika. Nie są kliszami, bo nie z horrorem mamy do czynienia. Horror to gatunek, gdzie w zwykły i w pełni akceptowalny poznawczo świat, wnikają niewytłumaczalne, nadnaturalne zjawiska, budzące grozę, z którymi bohaterowie walczą o powrót do normalności. Bo to sam świat wykreowany przez Wojciecha Gunię jest już wypaczony, nienormalny, skrywający swą aberrację przed ludźmi. Dochodzenie do objawienia, łyknięcie czerwonej matrixowej pigułki i następujący po tym szok spowodowany ujrzeniem prawdy o świecie, jest charakterystyczny dla gatunku weird fiction, dla koszmarów Lovecrafta, Schulza, Bierce’a czy Chambersa. Jednak zaszeregowanie Nie ma wędrowca do tego gatunku i zamknięcie tematu, byłoby zbyt wielkim uproszczeniem.


Inność świata Guni nie polega na inności bytu. Nie ukrywają się nigdzie Wielcy Przedwieczni, nie ma Króla w Żółci ani ludzkich karakonów. Wojciech Gunia jest raczej jak Thomas Ligotti i jego filozofia totalnego pesymizmu, absurdu ludzkiego „ja” i samoświadomości. Nie ma wędrowca to znakomity, przeszywający siłą wyrazu traktat filozoficzny. Elementy weird są tu subtelne, wynaturzające podstawy założeń konstytuujących wnętrze człowieka a nie jego zewnętrzny świat. „Kim jestem?” – okazuje się najbardziej tragicznym pytaniem, jakie można sobie zadać. Kim jest człowiek, fizyczny konglomerat tkanek, oddziaływujący cały czas z otoczeniem, które oznacza go etykietką „człowieka”? Ten byt, rozpaczliwie dążący do nadawania sensu własnej egzystencji, uzasadniający tę nadaną etykietkę, walczący cały czas o wypełnianie otaczającego świata swą obecnością w obawie, że brak obecności sprowadzi na niego cierpienie i zgryzotę. A przecież, według Guni, świat istniał długo przed nami, nieustanne trwanie planet, gwiazd, konstelacji i kosmosu są rząd rzędów ponad ludzkimi tragediami, masowymi mordami i złem, którego doświadczamy. Ludzie są tylko sumą wrażeń i wyobrażeń, rzeźbą ulepioną z pamięci o przeszłych zdarzeniach, kombinacją reakcji na bodźce napływające z zewnętrznego świata. Powinniśmy wziąć pod uwagę to, że może nas tak naprawdę nie być. Że akceptacja tego faktu i nasza izolacja od wspomnień, nieobecność, wyparcie, odrzucenie własnego „ja” poprzez odosobnienie w jakimś metaforycznym tartaku to jedyna droga do pogodzenia się z naturą świata. Że może warto pójść drogą Ascrobiusa z opowiadania Cień jego wzniesie się do wyższego domu Thomasa Ligottiego. Że może są bodźce i ich rejestracja, ale nie ma rejestratora. Że istnieje ścieżka, że jest wędrówka, ale nie ma wędrowca. To jest dopiero weird…

I nie jest to tylko sfabularyzowana wersja Spisku przeciwko ludzkiej rasie, którego elementów trudno nie odnaleźć w książce. Autor patrzy jeszcze szerzej, wręcz dyskutuje z Ligottim, konfrontując nieskończony pesymizm Amerykanina z poglądami, które wykłada narratorowi ksiądz Woźniak, spotkany przez niego podczas prowadzonych poszukiwań prawdy o dozorcy Roszczuku. Postać duchownego, jakże innego od stereotypowego księdza, ślepo trzymającego się kościelnej doktryny. Jego wykład-rozmowa z narratorem o teodycei, jawnie wyzywająca pesymistów-nihilistów na pojedynek, to najmocniejszy rozdział w książce. Jest to filozofia mocno osadzona w rzeczywistości, lokująca zło w człowieku a nie poza nim, tłumacząca chrystusowe przesłanie o nadstawianiu drugiego policzka jako pierwszy krok do zrozumienia fenomenu wiary. Po prostu majstersztyk. I to właśnie ten filozoficzny dyskurs wynosi powieść Wojciecha Guni ponad przeciętność, to ona stanowi jej największą wartość.

Autor pisze bardzo plastycznie, sugestywnie, w sposób niezwykle mocno działający na wyobraźnię. Ostatni rozdział czyta się po prostu jednym tchem, mając przed oczami mrok lodowatej nocy, czując zapach palonych trocin, odczuwając potworny mróz i żar buchający z pieca podtrzymującego ciepło w tartaku. Książka aż się prosi o ekranizację. Jednocześnie sam układ powieści jest bardzo prosty, bez formalnych eksperymentów i fajerwerków, konkret za konkretem, w pełni domknięta szkatułka. Wojciechu, pisz więcej, pomimo tlącej się gdzieś tam trzewiach obawy, że jest treść, jest czytanie, ale nie ma czytającego…

Recenzja zamieszczona pierwotnie na Szortal

Tytuł: Nie ma wędrowca
Autor: Wojciech Gunia
Wydawca: C&T
Seria: Biblioteka Grozy
Data wydania: wrzesień 2016
Liczba Stron: 192
ISBN: 9788374703383

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz