Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2024-05. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2024-05. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 maja 2024

Mity Cthulhu według Lovecrafta

Obrazy grozy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Dwa dni temu pisałem o pierwszy tomie „Biblioteki grozy” wydawnictwa C&T. Lovecraft – wiadomo. Klasyczna literatura grozy jest pojęciem o wiele obszerniejszym, niż mogłoby się wydawać, lecz jeśli mamy zaczynać jej poznawanie to koniecznie od żelaznych klasyków. Wśród osób niesiedzących głęboko w temacie najbardziej rozpoznawane są dwa nazwiska – Edgar Allan Poe i Howard Philips Lovecraft. Dziś poznamy kolejną popkulturową interpretację dzieł tego drugiego – graficzną.

Zbiór „Mity Cthulhu według Lovecrafta” ukazał się w 2018 roku. Same komiksy wchodzące w jego skład są jednak dużo starsze – wychodziły w odcinkach już na początku lat osiemdziesiątych w czasopiśmie, które ostatecznie zbankrutowało. Trafiły do szuflady i po ponad trzech dekadach ponownie ujrzały światło dzienne. Jose Villarubia pisze w przedmowie, że oto przed nami „trzy najlepsze historie Howarda Philipsa Lovecrafta, mistrza kosmicznej grozy”. Trudno się z tym zgodzić, choć to trzecie faktycznie mogłoby powalczyć o podium. Są to raczej opowiadania istotne ze względu na ustanawiane przezeń kamienie milowe w twórczości Lovecrafta. Z przedmowy dowiadujemy się też co nieco o samym autorze, bardzo doświadczonym hiszpańskim grafiku Estebanie Maroto, specjalizującym się w komiksie mającym na celu wyrzucenie czytelnika ze strefy komfortu i wzbudzenie niepokoju. W przypadku Lovecrafta podjął się zadania trudnego nad wyraz, ale podołał.

wtorek, 28 maja 2024

Zew Cthulhu

Na początku był Lovecraft


Artykuł należy do cyklu XX lat Biblioteki grozy wydawnictwa C&T”. Odcinek pierwszy.

Dokładnie dwadzieścia lat temu, wiosną 2004 roku, małe toruńskie wydawnictwo wydało grozę klasyczną najbardziej z możliwych. „Zew Cthulhu” Howarda Philipsa Lovecrafta otworzył prawdziwie już kultowy i na stałe zapisany w historii polskiego fandomu cykl wydawniczy – „Bibliotekę grozy” wydawnictwa C&T. Minęły dwie dekady, ukazało się pięćdziesiąt sześć (uwzględniając zapowiedzianego na koniec czerwca „Okultystę Johna Silence’a”) tytułów. Przeczytałem mniej więcej połowę, napisałem tylko o kilku – czas to zmienić. A jubileusz cyklu jest ku temu dodatkową okazją.

Mieszkam w Toruniu i kilka lat temu miałem okazję poznać właściciela wydawnictwa osobiście. Współpracowałem z nim nawet przy „Znakach niesamowitych” Stefana Grabińskiego, gdzie znalazła się moja przedmowa do zbioru. Paweł Marszałek to pasjonat, stara szkoła redaktorska, miłośnik i znawca klasycznej literatury grozy – wydaje dokładnie takie książki, jakie sam chciałby przeczytać. „Biblioteka grozy C&T” od zawsze była przedsięwzięciem nieobliczonym na wielkie zyski, lecz wynikającym z pasji – dwadzieścia lat istnienia potwierdza, że pasję ową podziela wielu (w tym ja!) odbiorców. Jak to się zaczęło? Na początku był Lovecraft!

niedziela, 26 maja 2024

Straszny papież

Otchłanie papieskiej alkowy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Alejandro Jodorowsky pisał zazwyczaj komiksową fantastykę – kontrowersyjną i często obrazoburczą, ale nigdy niepodważającą oficjalnej wersji zapisów historycznych. Fantastyka to fantastyka, można poszaleć. Ale w latach 2004-2010 wyszła czteroczęściowa „Borgia”, po której przyszła pora na „El Pape Terrible”. I tu wielka swoboda twórcza Chilijczyka wymknęła się nieco spod kontroli.

„Watykan. 18 sierpnia 1503 roku. Ojciec Święty Aleksander VI umiera w wyniku tajemniczej choroby” – tak zaczyna się czteroodcinkowy „Straszny papież” Alejandro Jodorowsky’ego, wydany właśnie przez Scream Comics w albumie zbiorczym. Historia następcy delikatnie mówiąc kontrowersyjnego Aleksandra VI na Tronie Piotrowym rozpoczęła się, zanim wyszedł ostatni odcinek „Borgii”. „Straszny papież” pisany był równolegle z „Final Incal” – Jodorowsky zaprosił wówczas do współpracy kolejnego świetnego grafika, Włocha Théo Caneschiego. Razem opowiedzieli historię pontyfikatu Giuliano Della Rovere – papieża, który umocnił i odbudował Państwo Kościelne po moralnej i finansowej degrengoladzie zapewnionej przez jego poprzednika, Rodrigo Borgię. Ale myli się ten, kto przypuszcza, że będzie to historia przedstawiająca papieża Juliusza II w dobrym świetle albo chociażby zgodnie z oficjalną wersją historyczną. To jest Alejandro Jodorowsky, czego się spodziewaliście?

czwartek, 23 maja 2024

Zamek zwierzęcy. Tom 3. Noc sprawiedliwych

Wiosna, wiosna wkoło, zabłysły kły


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Prawie dwa lata czekaliśmy na kolejny tom „Zamku zwierzęcego” Delepa i Dorisona. Na szczęście jest to komiks, na który warto czekać i którego lektura spełnia wszystkie oczekiwania z nawiązką. Skończyła się już koszmarna i wyczerpująca zima. Czy wraz z nadchodzącą wiosną sytuacja zniewolonych zwierzaków ulegnie poprawie?

Omawiany dziś album, zatytułowany „Noc sprawiedliwych”, jest trzecim, przedostatnim odcinkiem całej opowieści. Co wiemy do tej pory? W opuszczonym przez ludzi zamku żyją zwierzęta – takie gadające i lekko zantropomorfizowane. Potężny byk Silvio i jego banda psów-ochroniarzy terroryzują resztę rezydentów – niczym w „Folwarku zwierzęcym” Orwella wykształciła się tu straszliwa dyktatura siły i przemocy. W pierwszym tomie pewien wędrowny szczur o imieniu Azelar dał nieco nadziei głodującym, marznącym i zmuszonym do katorżniczej pracy zwierzakom. Zwłaszcza pewnej kotce zwanej Miss Bengalore, która stała się nieformalną przywódczynią ruchu oporu. Ruchu raczej niecodziennego, bo opartego na walce całkowicie rezygnującej z przemocy. Nie można wygrać z gigantycznym bykiem w bezpośrednim, fizycznym starciu – trzeba znaleźć inne, bezkrwawe i co ważne legalne w obliczu obowiązującego (niesprawiedliwego) prawa, metody.

niedziela, 19 maja 2024

Borgia

Jedenaście lat Sodomy


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.


Większość komiksów Alejandro Jodorowsky’ego to całkowita fikcja i niczym nieskrępowana, rozbuchana fantastyka. Tym razem jednak zajmiemy się jednym z jego komiksów historycznych albo może „historycznych” – fabuła czteroczęściowej serii „Borgia” oparta jest bowiem na faktycznych postaciach i wydarzeniach, ale potraktowanych z dość dużą dezynwolturą.

czwartek, 16 maja 2024

Coś zabija dzieciaki. Tom 6

Plateau


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Erica Slaughter nadal poluje na potwory czające się w mroku i karmiące się ludzkim (a właściwie dziecięcym) strachem. Formuła cały czas ta sama, tematyka również, grafika oczywiście także. Znamy to – coś, co sprawdza się od zawsze, zazwyczaj (choć nie zawsze) sprawdzać się będzie w przyszłości. W przypadku omawianej dziś serii ta reguła działa bez błędu.

Trzy pierwsze tomy „Coś zabija dzieciaki” stanowiły zamkniętą całość – tak, jak było to pierwotnie planowane. Tom czwarty cofnął nas w przeszłość, do czasów, kiedy dwunastoletnia Erica zamieszkała w Domu Slaughterów i rozpoczęła swą edukację – rezydenci Domu, czyli jedna z tajnych komórek Zakonu Świętego Jerzego, dostrzegli w niej wielki potencjał. A potem w tomie piątym poznaliśmy dalsze losy naszej dorosłej i doświadczonej już bohaterki. Jest renegatką, która złamała chyba wszystkie możliwe reguły Zakonu i teraz musi uważać nie tylko na potwory, ale przede wszystkim na ścigającą ją zabójczynię. W Udręce, małym prowincjonalnym miasteczku w Nowym Meksyku, znów dochodzi do masakry bogu ducha winnej rodziny, a jedyną ocalałą osobą jest mała, straumatyzowana dziewczynka. Erica postanawia jej pomóc.

niedziela, 12 maja 2024

Niewidzialni. Tom 4

Oto koniec znanego nam świata


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Nieistniejący już imprint DC Comics o nazwie „Vertigo” miał kilka flagowych tytułów, takich swego rodzaju wizytówek lat dziewięćdziesiątych amerykańskiego komiksu. Jedną z nich są bez wątpienia „Niewidzialni”, których ostatni, czwarty tom zbiorczy wyszedł w marcu nakładem Egmontu. Każdy, kto uważa, że pierwsze trzy były trudne w odbiorze, musi przygotować się na jeszcze większe wyzwanie. Teraz Grant Morrison nie ma już zupełnie litości i nie bierze jeńców.

Komiksowe arcydzieło znane jako „The Invisibles” składa się z trzech serii wydawanych między 1994 a 2000 rokiem. Polska edycja Egmontu zbiera wszystko w czterech wielkich albumach – dwa pierwsze zawierają serię pierwszą, „brytyjską”; a trzeci składa się z większości odcinków drugiej, „amerykańskiej”. Omawiany dziś, najtrudniejszy i najbardziej wymagający, tom czwarty, kończy serię drugą i prezentuje trzecią złożoną z dwunastu odcinków – plan autora, Granta Morrisona, był taki, żeby zakończyć wszystko w styczniu 2000, ale problemy wydawnicze przeciągnęły wszystko do czerwca. Nie ma to wielkiego znaczenia, charakterystyczne odliczanie do końca świata (trzecia seria rozpoczyna się odcinkiem numer dwanaście, a kończy na „jedynce”) wybrzmiewa zgodnie z założeniami. Ale zanim udamy się w podróż krętymi ścieżkami umysłu Szalonego Szkota, podsumujmy szybko trzy pierwsze tomy.

czwartek, 9 maja 2024

Lepsi wrogowie Spider-Mana

Beznadziejna piątka


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Spider-Man to tylko jeden bohater komiksowy, ale posiadający tak rozbudowane własne uniwersum, jak mało który. Nic dziwnego, był to od zawsze pupil samego Stana Lee, ulubieniec czytelników i wydawniczy samograj. Wrogów miał mnóstwo, najwięcej tych występujących kilka razy i często zapominanych, bo przemykających szybko po nawet nie drugim czy trzecim, ale czwartym planie. Dziś czytamy komiks z takimi właśnie kolesiami w rolach głównych.

„Superior Foes of Spider-Man” Nicka Spencera i Steve’a Liebera składa się z siedemnastu odcinków wydanych w 2013 i 2014 roku. Były to czasy inicjatywy „Marvel NOW!” i nieustannych restartów najważniejszych serii komiksowych Marvela. I tak słynna „The Amazing Spider-Man” została przerwana po odcinku siedemsetnym, a w jej miejsce weszła „Superior Spider-Man”Dan Slott kończący stare dzieje i rozpoczynający nowe, podobnie jak J.M. Straczynski dekadę wcześniej, sporo namieszał w życiu Petera Parkera. „Lepsi wrogowie Spider-Mana” byli spin-offem runu Slotta, mającym na celu wnieść humor, prostą rozrywkę i „coś nowego”. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania, bo autor scenariusza, Nick Spencer (znany u nas głównie z późniejszego powrotu do „The Amazing Spider-Man” przy okazji „Marvel Fresh”) odwalił kawał naprawdę porządnej roboty.

niedziela, 5 maja 2024

Orły Rzymu

Miecze i sandały


Recenzja powstała przy współpracy z portalem Esensja i została tam pierwotnie zamieszczona.

Egmont znów serwuje polskim czytelnikom historyczno-przygodowy komiks frankofoński. I po raz kolejny jest to dobra decyzja – zwłaszcza że mamy do czynienia z jednym z najlepszych twórców europejskich. Enrico Marini tym razem zabierze nas w przeszłość odległą o dwa tysiące lat.

Całkiem niedawno zabrał nas do osiemnastego wieku przy okazji „Skorpiona”. W omawianych dziś „Orłach Rzymu” udamy się o wiele dalej – akcja rozciąga się między 9 rokiem p.n.e. a 19 rokiem n.e., czyli w okresie największej potęgi niedawno powstałego Imperium Rzymskiego. Cesarzem jest Oktawian August, który chce podbić Germanię tak, jak jego poprzednik Juliusz Cezar podbił Galię. Sytuacja jest jednak nieporównywalna – Germanie są ludem z o wiele mniejszym instynktem samozachowawczym, bijącym się tak, jakby jutra miało nie być i nierozpoznającym granicy, za którą walka o honor może skończyć się tylko hekatombą. Rzymianie walczą z nimi nieustannie, a gwarantami pokoju na podbitych ziemiach mają być synowie miejscowych wodzów wzięci do niewoli i wywiezieni do Rzymu. Jednym z nich jest Ermanamer, syn lidera plemienia Cherusków – jeden z dwóch głównych bohaterów „Orłów Rzymu”.

czwartek, 2 maja 2024

Binio Bill

Na nostalgii


A dziś krótko, kronikarsko. Przeczytałem ostatnio coś lekko już zapomnianego, chyba po trzydziestu iluś latach przerwy. Tak właśnie – to były lata osiemdziesiąte i ten wspaniały „Świat Młodych”. Nieważne jaki komiks był na ostatniej stronie (choć wiadomo, że to Tytus, Kleks i Kajko z Kokoszem przykuwali największą uwagę) – ważne, że był. Na przykład nieustraszony Binio Bill.

Nie pamiętam dokładnie, które odcinki przygód polskiego kowboja (Zbigniewa Bileckiego, znanego jako Binio Bill!) czytałem w „Świecie Młodych”. Wydany ostatnio przez Kulturę Gniewu integral zbierający WSZYSTKIE części „Binio Billa” przypomniał mi, że na prawdopodobnie był to „Śladami Kida Walkera” i „Binio Bill kręci western i… w kosmos!” – bo skojarzyłem niektóre sceny i kadry. No nie da się ukryć, że ten akurat komiks nie zestarzał się najlepiej, że trafi głównie do takich ramoli jak ja, którzy widzą jego wady, ale i tak mają to gdzieś, bo przypominają im się czasy dzieciństwa z komiksami dostępnymi w przeważającej większości na ostatniej stronie słynnej harcerskiej gazety. Niestety tu musi grać nostalgia, bo bez niej jest raczej mizernie.